niedziela, 4 listopada 2018

Priorytety: być czy mieć, a realia

Dla każdego człowieka istnieją pewne filary szczęśliwego życia, zależne od norm społecznych i miejsca, w którym przyszło nam żyć. Są one inne w innych, różnie rozwiniętych krajach.
Nie ma co się czarować, od czasu, kiedy wynaleziono kapitalizm w Europie środkowej synonimem dobrobytu jest posiadanie. Posiadanie dóbr materialnych jest uważane za nie mniej ważne, jak posiadanie dobrego wykształcenia, a co za tym idzie, wygodnego mieszkania czy domu, dobrej pracy, która z kolei umożliwia posiadanie innych dóbr, jak ładne umeblowanie, dobry sprzęt, wysokiej jakości nagrania muzyki, przedstawień i filmów, odbywanie udanych wakacji itp.


Dopiero na pewnym etapie gdzieś daleko z tyłu pojawia się dobroczynność jako cecha ludzi, którym zbywa i którzy chcą wspomagać tych mniej uposażonych i tych, którzy mieli mniej szczęścia w życiu.
Na liście rzeczy niematerialnych ale pożądanych do szczęścia śmiało można zapisać posiadanie rodziny albo chociaż udanego partnera życiowego, zdrowych i zaopiekowanych dzieci, rodziców. 
Następnie możliwość obcowania ze sztuką, napawania się pięknem, wyjazdami czy innymi radościami życiowymi.
Nie wynajdę prochu, jeśli stwierdzę, że bez posiadania podstawowych środków do życia i zaspokojenia swoich podstawowych potrzeb nie spełnimy wielu punktów z powyższej listy.
Moja teza jest następująca:
Samo być nie istnieje bez mieć.
Jeśli myślisz, że uważasz inaczej, przypomnij sobie, jak odbierasz bezdomnego, który może i kiedyś był profesorem czy doktorem na uczelni i przez bełkot alkoholowy nada włada piękną polszczyzną, ale teraz żyje na ulicy, pije, śmierdzi i zbiera na kolejną butelkę.
Czy uznasz, że ważniejsze jest być i wdasz się z nim w filozoficzną dysputę? Czy raczej zatkasz nos, przejdziesz na drugi koniec autobusu, a w najlepszym razie dasz parę groszy lub coś do jedzenia i z ulgą wrócisz do swojego mieszkania, gdzie masz wszystko, czego ci do życia potrzeba, rodzinę, zwierzaka lub zwierzaki i pełną lodówkę?
Posiadanie, mądre gospodarowanie zasobami i wiedza decydują o tym, kim jesteśmy nie mniej, niż przeczytane książki, obejrzane sztuki, filmy, koncerty. Z tego, co obserwuję, pracujemy na całokształt życia, a nie tylko na wyrwanie z kontekstu bycie, czyli kulturę i sztukę.
Pomijam tu krańcowe przypadki ludzi, którzy chcą głównie mieć, mieć, mieć, nie umieją przestać i nie umieją się tym z nikim podzielić, bo to nie czas i miejsce na opowieść wigilijną, wujka Scrooge przypomnimy sobie dopiero w święta.
Źródło
Niniejszy wpis nie różnicuje też ludzi na lepszych czy gorszych w zależności od stanu posiadania. Można mieć znacznie mniej, ale wystarczająco, ale jednak trzeba mieć, żeby móc być.
Nie bardzo da się być, nie mając kompletnie nic, bo jednak każdy człowiek musi mieć najpierw zaspokojone potrzeby niższego rzędu, aby mógł zająć się potrzebami wyższego rzędu.
Podstawowe potrzeby? To dla mnie oczywiste: dach nad głową, jedzenie, picie, opieka zdrowotna, wykształcenie.
Mamy szczęście żyć w kraju, gdzie większość ludzi jednak na skromne warunki stać, jeśli pracuje.

Jesteśmy wolnymi ludźmi i każdy z nas może wybierać, na co przeznaczy gros wypracowanych przez siebie środków.
Skoro więc nie zatrzymujemy się na dogmacie, że lepiej jest być, niż mieć, idźmy dalej i rozpracujmy tę łamigłówkę.
Czyli spróbujmy odpowiedzieć na pytanie:
Co to znaczy być?
Być wykształconym? No dobrze, a skąd wziąć pieniądze, jeśli się ich nie ma?
W Polsce jeszcze nadal obowiązuje tzw. bezpłatna edukacja. Ale podręczniki, wyjazdy na wycieczki szkolne, składki na komitet rodzicielski, jedzenie i picie do szkoły, strój do WF-u i inne pomoce naukowe to już rodzic musi wyłożyć z własnej kasy.
Czytać dobrą literaturę? Tu też środki na nią są niezbędne, nawet używane książki kosztują, ale każdy może coś znaleźć, o ile tylko poświęci na to czas, ale i pieniądze.
Korzystać z dobrodziejstw sztuki? Spróbuj pójść na dobry film czy do teatru, oświadczając na kasie, że jesteś tak inteligentny, że "wejście po prostu Ci się należy".
Oglądać bogactwo kulturowe innych krajów? Spróbuj kupić bilet nie posiadając pracy, a tym samym dochodów.
No dobrze, czasem są jakieś występy czy koncerty uliczne, ale nie zastąpią one wszelakich dóbr kultury dostępnych, ale za określoną cenę. Nic w tym dziwnego, bo pisarze, aktorzy, poeci i muzycy też nie żyją wyłącznie energią słoneczną, a dofinansowanie kultury przez kolejne rządy brzmi raczej niczym bajka o jednorożcu, każdy o nim słyszał, ale niewiele go widziało.
I co, czy po zastanowieniu nadal uważasz, że być można bez mieć?
Na posiadanie, a więc i na bycie tym, kim jesteśmy, pracujemy całe życie, na samym początku zwykle ustalamy zasady i priorytety, których się trzymamy.
U mnie od czasu, kiedy jestem dorosła i zarabiam na siebie, a wcześniej też na dziecko, zawsze na samej górze listy priorytetów było opłacenie na czas wszystkich rachunków za mieszkanie, samochód, gaz, prąd, telefony, internety i podatków.
Jeśli kiedykolwiek miałam jakiś kredyt, to również rata kredytu była w tych podstawowych priorytetach. 
Na liście priorytetów tuż za nimi było doskonalenie zawodowe, chociaż za moje studia zapłacili akurat rodzice. Ale wszelkie słowniki, fachowa literatura, wykłady, szkolenia, zawsze miały dla mnie znaczenie i jeśli mogłam, to na tym nie oszczędzałam.
Zaraz potem jest jedzenie i picie, ale tu już prędzej można oszczędzić. W czasach, kiedy nie wiodło mi się zbyt dobrze, odpuszczałam sobie wyjścia do restauracji, raczej gotowałam w domu, kupowałam produkty równie dobre, ale tańsze. Da się. Czasem trzeba też kupić leki, bywa że używam suplementy.
Co do jedzenia teraz wolę gotować sama, bo dzięki temu jestem w stanie zapanować nad tym, jak wyglądam i czy jestem zdrowa. Jeśli wiem co mam na talerzu i w potrawie, raczej nie przytyję i nie pochoruję się od ukrytych w potrawach restauracyjnych wzmacniaczy smaku czy cukru. 

Co nie znaczy, że czasem nie lubię wyjść i zjeść coś - głównie podczas podróży czy wyjazdów. Ale to są odstępstwa od reguły, regułą jest jedzenie zrobione w domu z podstawowych składników.
Dopiero po tym wszystkim na mojej liście jest literatura, sztuka, film, koncert, obraz, aparat fotograficzny, ciekawy wyjazd czy wakacje. I prędzej oszczędzam na tym, niż na trzech powyższych priorytetach.
Raz na jakiś czas kupuje się też rzeczy do domu, takie jak nowe meble, rolety, czy zasłony, uzupełnia się AGD czy przedmioty codziennego użytku.
Z nałogów czy przyjemności używam tylko czasem zbyt dużo internetu i social mediów, więc to akurat mieściło mi się zawsze w ramach abonamentu.
Jak to brzmi: nałóg w abonamencie. No nic, może kiedyś się nad tym zastanowię.
Gdzieś na samym końcu tej listy są u mnie różne drobne przyjemności.
Na liście poniżej zebrałam po kolei moje priorytety w gospodarowaniu zarabianymi pieniędzmi.

Za co płacę w pierwszej kolejności? 
I na co nie może zabraknąć?
1. comiesięczne rachunki
2. kredyty
3. jedzenie, leki
4. kształcenie
5. sprzęt 
- komputer, aparat fotograficzny
- rzeczy do domu, AGD
- pojazd (samochód wg mnie to narzędzie niezbędne w niektórych profesjach, np. w mojej) 
- sprzęt sportowy
6. ubrania i kosmetyki (muszą być, ale nie stanowią dla mnie bardzo dużego priorytetu, są konieczne i muszą odpowiadać mojej pracy i sposobowi spędzania czasu wolnego)
7. książki, filmy, płyty z muzyką
8. pozostała sztuka (koncerty, wystawy, teatr)
9. wyjazdy, urlopy
10. inne przyjemności, czy spontaniczne wariactwa.
Czyli mieszkanie, jedzenie, kształcenie, a dopiero potem kultura, sztuka, sport, wyjazdy i inne.
Co jeszcze robię.
Ano, bardzo często sprawdzam stan konta, żeby się w tym nie zapędzić. Szczególnie, kiedy kupuję z karty kredytowej czy płacę z debetu. Spłacam moje kredyty i karty bardzo regularnie i nie daję sobie wcisnąć kolejnych kart, bo każda to potencjalny nowy kredyt, a tych więcej mieć nie chcę.
Poza tym nie lubię płacić odsetek od głupoty, którą jest nie pilnowane spłat.
Tak, nie jestem rozrzutna, wolę wydawać rozsądnie i zabezpieczać się.
Dodam, że pozostawiam sobie też zawsze lub dążę do pozostawienia pewnego bufora bezpieczeństwa, czyli kwoty na koncie na nieprzewidziane okoliczności, jak nagła awaria w domu, w samochodzie, czy w życiu (choroba nie wybiera i ja czasem musiałam mniej pracować, a tym samym mniej zarobiłam), utrata pracy itp.

Żeby móc spać spokojnie
Od ok. 10 lat odkładam też pieniądze w ramach ubezpieczenia na życie.
Już raz mi to ubezpieczenie (emerytalne i na życie z dodatkiem na wypadek dłuższej choroby) dosłownie uratowało tyłek. Miałam akurat tamtej roku wyjątkowo wysokie rachunki za ogrzewanie domu, a niskie i słabo spływające na konto dochody.
Dokonałam jednorazowej wypłaty (raz na rok można w ramach mojego ubezpieczenia i zebranych środków) i ta kwota uratowała mnie w tamtym momencie od wzięcia kredytu konsumpcyjnego.
Dzięki ubezpieczeniu nie musiałam brać kredytu, chwilówki i żadnego innego badziewia.
Kredyt wzięłam też kiedyś na wymianę pieca grzewczego w domu. Spłaciłam również przed terminem, zaciskając pasa w tym czasie.
A potem w miarę możliwości zarobkowych podwyższyłam ratę na ubezpieczenie, żeby nadrobić to, co mi się odkłada na emeryturę. Od początku jestem na swoim, zatrudnienie na stałe mam dopiero tutaj i to od paru miesięcy. Nie jest dla mnie więc żadną tajemnicą, że płacąc najniższe możliwe składki na ZUS, w wieku 60 lat otrzymam też dość niską emeryturę. Tak, ja to wiem. Podobnie jak wiedzą o tym inni przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą. Mający często nie pracujące żony, które są tylko ubezpieczone jako członkowie rodziny, a nie mają odkładanych żadnych środków na emeryturę. Jeśli zabraknie kiedyś męża, żona zostaje niejednokrotnie z kredytem na dom, mieszkanie i firmę, w dodatku z nieletnimi dziećmi na utrzymaniu. I bez pracy, bo w tej rodzinie było ustalone, że on pracuje zarobkowo, a ona w domu. I nawet jeśli było to bardzo postępowe małżeństwo i dzielili się obowiązkami w zdrowy sposób, w razie kiedy on odejdzie na tamten świat, ulegnie poważnej chorobie jak wylew z konsekwencją paraliżu, albo pójdzie do innej (niestety ale odsetek małżeństw po rozwodach rośnie, co też jest powszechnie wiadomo i hejt na byłych mężów nie odstraszy od rozpadu małżeństw), ona zostaje z ręką - wiadomo gdzie. A można było przynajmniej na wypadek śmierci czy ciężkiej choroby założyć polisę. Polisa najczęściej jest konieczna w przypadku zawarcia kredytu hipotecznego. Ale ta polisa zabezpiecza wyłącznie bank, a nie pozostającą w razie śmierci partnera żonę czy dzieci!
A można było ubezpieczyć żonę i dzieci na wypadek śmierci lub choroby, albo założyć im polisy i opłacać je dalej w razie rozwodu oprócz alimentów, żeby nawet w razie rozpadu małżeństwa wszyscy oni byli jakoś zabezpieczeni na wszelki wypadek.
Jest naprawdę wiele możliwości.
Są wykwalifikowani doradcy w bankach, ja sama na swojej drodze spotkałam kilku dobrych agentów ubezpieczeniowych, którym nie zależy tylko na procencie od kolejnej umowy, ale na zabezpieczeniu swojego klienta od możliwych konsekwencji zwykłego życia.

TEZA być czy mieć? Czy ma sens?
Wracając do być czy mieć i do moich priorytetów.
Uważam, że większość wydarzeń typu choroba, czy śmierć jest przewidywalna dla większości ludzi. I tym bardziej nie mogę się nadziwić ludziom zarabiającym przeciętnie, a popełniającym różne szaleństwa w postaci bardzo drogich kredytów, urlopów, a nie pilnujących swoich abonamentów i nie posiadających zabezpieczenia na wypadek choroby czy ubezpieczenia, które zapewni im trochę wyższą emeryturę.
Albo małżeństwa, w których pracuje tylko jedna osoba, przeważnie nadal jest to pan domu, a druga tylko dorabia, które biorą wysoki kredyt hipoteczny, nie zabezpieczając przy tym w postaci ubezpieczenia na życie z beneficjentami w postaci pozostałych członków rodziny.
Większość moich znajomych myśli i żyje podobnie. Z tym, że ci, którzy mogą sobie na to pozwolić, mają jeszcze pulę na droższe zagraniczne wyjazdy czy wycieczki, większą pulę na imprezy kulturalne czy sztukę.
Dzięki trzymaniu się tej listy i pomocy ze strony mamy udało mi się w życiu uniknąć większych kredytów. A gdybym je miała, z całą pewnością, jeszcze bardziej sztywno trzymałabym się planu jak najszybszej spłaty kredytu nawet większym wysiłkiem, żeby nie ryzykować życia w biedzie i na ulicy.
Uważam, że moja lista jest rozsądna i w zasadzie podobną powinna mieć większość dorosłych ludzi.
Rzeczywistość wygląda jednak zgoła inaczej. Ludzie nie zabezpieczają się, nie oszczędzają i ciągle chyba liczą na cud, że cała masa złych rzeczy nie przypadnie w udziale im, tylko tym pozostałym.
Panuje powszechne przekonanie, że szczególnie kobiety wydają bez sensu na ciuchy, kosmetyki, buty i torebki (*niepotrzebne skreślić). A mężczyźni tracą rozsądek wydając na narzędzia, samochody, inne zabawki (*niepotrzebne skreślić), niektórzy jednak też na ciuchy.
Właściwie nic złego w tym, żeby wydawać własne pieniądze na to, co się chce. O ile są to pieniądze z puli na luźne wydatki i przyjemności, a nie z puli na czynsz i raty kredytu.
I o ile te wydatki są przemyślane, a nie wyłącznie spontaniczne.
Dlaczego więc tak wiele osób tego nie śledzi, nie sprawdza, a potem płaci wysokie odsetki od zaciągniętych kredytów, lub musi je konsolidować, bo ma ich kilka?
Matematyka jest przedmiotem obowiązkowym w szkołach podstawowych i średnich, aż do matury. Także w szkołach zawodowych i policealnych, oraz na niektórych studiach technicznych. Sama miałam nawet ekonomię na studiach.
Ale ani wiedza z matematyki ani ekonomii w ich teoretycznej postaci nie uczy nas od małego, jak oszczędzać pieniądze i jak układać sobie życie, żeby zabezpieczyć się w sposób mądry przed ciosami losu.
Czasem nauczysz się tego w domu, czasem zaobserwujesz u dobrze prosperujących znajomych, a czasem po prostu są osoby, które doszły do pieniędzy bardzo ciężką pracą, raz musiały spłacać długo kredyt na rzecz, którą kupiły w ramach szaleństw, i potem już nie chcą się pakować więcej w żaden kredyt, chyba że na ważne życiowe potrzeby, ale już nie na pierdoły. 
Jestem zdania, że osoby dorosłe powinny panować nad swoimi finansami i życiem. A jeśli widzą, że popełniają błędy, albo zapominają opłacić jeden rachunek (komu się nie zdarzyło, niech pierwszy rzuci kamień), to zawsze mogą sobie wpisać przypominajkę w kalendarzu. Czy to w papierowym, czy elektronicznym, jak kto woli.
Śmiało można, czytając powyższe zarzucić mi materializm. Jeśli to co opisałam powyżej, ktoś uzna za materializm, to proszę bardzo, lubię być materialistką i nie tylko nie wstydzę się tego, ale jestem z tego dumna.
Czy z tego powodu mniej jestem, niż posiadam? Jakoś tego tak nie odbieram.
Po każdej dłuższej przerwie spowodowanej zawirowaniami życiowymi zawsze wracam do czytania książek, filmu czy koncertów.
Do teatru nie chodziłam od bardzo dawna, ale kiedy poczuję taką potrzebę (a już jest blisko), wiem, gdzie i na co chcę pójść, kupię bilety i będę się dobrze bawić.
Czuję się dobrze i bezpiecznie w wypracowanej przez siebie strefie komfortu i polecam wszystkim myślenie, planowanie i mądre korzystanie ze swoich zasobów - czy to mentalnych, czy materialnych - w sposób przemyślany, czyli z głową.
I móc na luzie w czasie wolnym pojeździć na rowerze. I popatrzeć na takie widoki:
Macie z tym problem?
Co Was najwięcej nauczyło odnośnie Waszych finansów?
Czy macie zawsze wszystko pod kontrolą?
Czy tracicie kontrolę nad finansami, jak często?
Czy oszczędzacie pieniądze, czy wolicie żyć chwilą?
I jeśli oszczędzacie, to na czym?

44 komentarze:

  1. Jednak jak słyszę o wykwalifikowanych doradcach w bankach, to na myśl mi przychodzą ci co byli nabici w butelkę zaciągając kredyty we franka. To nie jest tak, że tylko majętni je zaciągali, ale często młodzi, bo kredyty te były przedstawiane jako najbardziej opłacalne własnie przez tych wykwalifikowanych doradców. Wg mnie każdy z nas obiera jakąś drogę życiową, ma jakieś potrzeby, priorytety, cele, marzenia krótko i długofalowe. Niektórym łatwiej przychodzi ich realizacja, innym trudniej. Wiele losowych zdarzeń niweczy plany. Osobiście żyję wg zasady, że warto mieć więcej niż mniej i jeśli można to osiągnąć to jest to sukces, bo wtedy łatwiej ogarnąć codzienność, przyjemności, inwestować, by z inwestycji czerpać także na starość. Jedno mnie natomiast boli i wkurza, że żyjemy w takich czasach, w których osoby cokolwiek mające, czego dorobiły się ciężką pracą, wyrzeczeniami także, mają się wstydzić, że posiadają, bo osoby, które mają mało albo nic oceniają je źle i twierdzą, że żeby mieć trzeba kraść. Nie, nie trzeba kraść, by mieć. Złodzieje zazwyczaj siedzą za kratami i nie mają nic. Iwonko, bardzo dobry wpis, ciekawa analiza. Pozdrawiam/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem nie ma się szczęścia i spotyka same fujary, a czasem wpadnie na swojej drodze na dobrego doradcę bankowego, dobrą agentkę ubezpieczeniową i świetnego majstra. Ja akurat w tych trzech przypadkach miałam szczęście.
      Nie wzięłabym kredytu w obcej walucie nawet gdyby mnie ktoś do tego namawiał bardzo mocno. Nie i już. Oprócz doradców powinno się też samemu zapoznać z zagrożeniami i przewidywać konsekwencje.
      Zdecydowanie jest łatwiej żyć, jak się trochę zaoszczędziło, trochę zainwestowało, im więcej, tym lepiej.
      Ale rzeczywiście wielu ludzi poświęciło na zdobycie swojego dobrobytu wiele lat życia, sił, energii i było to okraszone wieloma wyrzeczeniami. Szukanie wśród tych ludzi złodziei jest powszechną wadą w społeczeństwie i nazywa się zawiść i zazdrość. Skoro mnie się nie udało, to ty na pewno ukradłeś, bo przecież jak to możliwe, że ja nie mam, a ty masz aż tyle. A potem to już idzie. Też jestem z tych, co nie uważają, że trzeba kraść. Wszystkie osoby dobrze sytuowane, które znam, pracowały na swój majątek bardzo dużo, niektóre część dziedziczyły, ale i to pomnażały. Nikomu natomiast nic nie "wpadło do gąbki" od leżenia i wypominania innym, że coś mają.
      Złodzieje zwykle siedzą za kratami to prawda, albo przez większość życia uciekają, żeby w końcu za te kraty znów trafić. Przestępcy podobnie. Mogą mieć okres prosperity, ale zawsze żyją w zagrożeniu.
      Dziękuję, też Cię pozdrawiam Iva

      Usuń
  2. Podobno pieniądze szczęścia nie dają...ale wolałabym sprawdzić to sama, a poza tym, mówią tak ludzie bogaci:-)
    Ważniejszym jest chyba zrobienie właściwego z nich użytku. Poezja i ideami rodziny się nie nakarmi, nawet na leki trzeba mieć pieniądze, że o podróżach nie wspomnę. Jak mawiał mój teść - kto nie ma miedzi, ten w domu siedzi...
    Żadna skrajność nie jest dobra, tak jak i zarobki niewspółmierne do wykonywanej pracy, ale na to już nie mamy wpływu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że same pieniądze szczęścia dać nie mogą, wiedzą o tym bezdomni, którzy wygrali miliony w totka, a potem wszystko przepuścili w kilka lat, żeby z powrotem popaść w bezdomność.
      Szczęście jest złożone, ale ma pewne podstawy materialne, bez których trudno być szczęśliwym w dość trwały sposób, o tym jest ten post.
      Jeśli już miałabym wybierać skrajności, to wolałabym mieć byt zapewniony i dopiero z tej pozycji rozwijać się dalej, w tym szukać kultury, sztuki, wyjeżdżać i urządzać sobie życie w dowolny sposób wiedząc, że podstawy już i tak mam.
      Czasami dopada mnie strach, że mogłabym nagle stracić wszystko i żyć z dnia na dzień, ale nie daję mu się porwać.

      Usuń
  3. Przez mniej wiecej połowę Twgo tekstu myślałem, że kwestie priorytetu być czy mieć określa piramida Masłowa https://pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_potrzeb
    Potem dokonałaś w tekscie kilka ostrych zakrętów i straciłem orientację:)
    Oczywiście bycie bez mania jest bez sensu bo co to za bycie...
    Chyba wszyscy mamy ta ludzką przywarę ( czy aby?) by mieć jak najwięcej lub po prostu więcej. Całe nasze bycie ( upraszczając) nastawionie jest na manie więcej:)
    Jest dla mnie rzeczą absolutnie oczywistą, że nad własnymi finansami należy panować , bo nadmierny apetyt na manie może gwałtownie pogorszyć nasze bycie:)
    I w kwestii pobocznej: Docentowi z piękną polszczyzną zawsze daję na puszkę porannego chleba. On tak ma, że musi, że istnienie dla niego ma tylko sens w stanie odmiennej świadomości. Trzy złote nie majątek a ileż mu da szczęścia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pełną premedytacją mając w głowie piramidę Masłowa nie wymieniłam jej tutaj, polegając raczej na zdroworozsądkowym podejściu do sprawy. :)
      Może tekst wyszedł dość długi, stąd ostre zakręty, dziękuję za uwagę, postaram się następnym razem poprawić. :)
      Bycie zupełnie bez mania nie ma ani przyszłości, ani podstaw do powstania.
      A docentowi też przeważnie daję parę groszy, jak mnie przekona do siebie kulturą osobistą i wypowiedzią. Chociaż niestety w głowie pojawia mi się myśl, że musiał w to swoje nieszczęście zapewne porwać kilka osób z bliskiej rodziny i wtedy jakoś moja chęć wsparcia zmniejsza się proporcjonalnie do wyobrażonych sobie szkód w rodzinie (niestety alkoholizm szkodzi zwłaszcza rodzinom, bo pijący tego nawet nie zauważa), a to co widzimy to już konsekwencja długoletniego zaniedbania, najczęściej nie do uratowania.
      Osobiście nie mam nic przeciwko maniu więcej, czy to u mnie, czy u innych. Nie zaglądam innym na konto, nie przedstawiam swojego, bo nie mam takowej potrzeby i nie jestem politykiem na eksponowanym stanowisku.
      Jeśli coś mi przeszkadza, to ludzki brak przewidywania i zajmowanie się zbyt innymi, zamiast uprzątnięciem własnego podwórka. A często już to by wystarczyło, żeby wygenerować lepsze manie, a tym samym bycie. :)

      Usuń
  4. Najbardziej spodobało mi się zdanie, że chorobę i śmierć można przewidzieć i zabezpieczyć się finansowo na czas choroby i utraty dochodów �� Oczywiście, że można! Skoro dotyka to wszystkich, to dotknie to także i mnie wcześniej czy później, więc zabezpieczam sie w pieniadze na koncie, kiedy jestem zdrowa. Denerwuje mnie ludzkie gadanie o niesprawiedliwościach losu, chorobach spadających jak grom z jasnego nieba i innych przypadłościach. A kobietom pozostajacych na utrzymaniu mężów zawsze zadaję pytanie: Co zrobisz, gdy go zabraknie? (odejdzie do innej, zachoruje, umrze). Zwykle po takiej rozmowie nie mam już koleżanki ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Skoro śmierć przydarzy się każdemu z nas prędzej czy później, a z wiekiem statystycznie coraz bardziej prawdopodobne są choroby, to czemu taka duża ilość osób zachowuje się, jakby nie liczyła się ani ze śmiercią, ani z tymi chorobami i zawsze jest tymi (oczywistymi) zdarzeniami taka zaskoczona?! Czy naprawdę jesteśmy aż tacy wierzący, że tak wielu z nas ciągle liczy na cud? (że akurat oni nie umrą ani nie zachorują?! Koleżankom na utrzymaniu życzę wszystkiego najlepszego, czasem poradzę chociaż ubezpieczenie, ale z doświadczenia widzę, że żadna nie traktuje tego mojego gadania poważnie. Większość moich koleżanek jest samodzielna, a jedna taka (ona wie) czasem mnie słucha i dzięki temu jest i tak lepiej zabezpieczona niż inne. Ale ona jest wyjątkiem. Większość kobiet na utrzymaniu mężów postępuje jak małe dziewczynki kompletnie bez doświadczenia życiowego.

      Usuń
  5. Gospodarność pieniędzmi jest mi wpajana od najmłodszych lat. Rozrzutna nie byłam nigdy. Miałam plan kupić rower to odkładałam, oszczędzałam z pieniążków na urodziny, imieniny czy święta.
    Dziś nie mam z tym problemu. Podziwiam osoby, które np. teraz zarabiają bardzo dużo i zaraz to wydają, a później jest płacz. Uważam, że dziś wszystkiego jest dużo, sprzęty też mają swoje bajery w środku. Jakieś szczoteczki obrotowe, piorące i suszące samo-automaty, zmywarki ... auta z podgrzewanymi siedzeniami itd...
    Wszystko fajne, na prawdę ale czy to trzeba mieć?
    Ogólnie zawsze pierwsze płacę rachunki - TO JEST NAJWAŻNIEJSZE, a potem cała reszta.

    Zawsze mam wrażenie, że moim szczęściem jest to, że mam dach nad głową, ciepłą wodę i że mam co jeść - to chyba 3 najważniejsze podstawy. Jeśli w danym tygodniu, miesiącu, roku nie stać mnie na wyjazd za granicę, zostaję w kraju lub zrobię sobie 2 - 3 wycieczki jednodniowe.
    Aaaa i nie wyobrażam sobie aby co miesiąc nie odkładać paru groszy na bok i zostać totalnie bez środków do życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz bardzo zdrowe podejście do finansów, dobrze Cię nauczono. Faktycznie trzeba mieć zaspokojone te najważniejsze potrzeby, żeby potem cieszyć się z wyjazdów. Ale znam niejedną osobę, która sobie wyjeżdżała na drogie wycieczki po świecie, a potem zazdrości innym, że mają coś, dom czy inną wartość (dzięki temu, że oszczędzali i np. nie wyjeżdżali).
      Też nie rozumiem, jak można szastać pieniędzmi, nie odkładać i potem jeszcze mieć do innych pretensje, że nie mam, to proszę mi dać.

      Usuń
    2. Iw, czasem mam wrażenie, ze jak ktoś ma więcej to jest królem jakimś, jakąś gwiazdą itp.
      Napiszę sytuacje u sąsiadów. Dwójka dorosłych ludzi. Duży dom. Na dole mieszkają rodzice z jednej strony, z drugiej strony córka z rodziną. Na górze mieszka syn z rodziną. Syn mądry odkładał pieniądze i poprosił rodziców aby przepisali jego połowę domu. Remontował urządzał połowę domu. Miał 5tkę dzieci. Jak mieli możliwość to gdzieś pojechali, ale kokosów nie zarabiali.
      Córka zaś z mężem uwielbiali drogie samochody, podróżować po Europie i co najgorsze grać w kasyna. Brać pożyczki z banków, parabanków, chwilówek - później nawet błagali sąsiadów. Jak się to zakończyło - eksmisją.
      Teraz siedzą w małym domku i płacą za wszystko plus czynsz. Czy warto było?

      Sama nie zarabiam kokosów. Co to jest ta najniższa + ewentualnie 100zł więcej? To samo dotyczy męża. Mamy wielki dom rodzinny. Śmieję się, że to willa. Póki z nami mieszkają rodzice będzie dobrze, bo wszystkie wydatki na pół dzielimy ale później. Znalazłam lepiej płatną pracę. Mam nadzieję, że się uda mi tam zostać przynajmniej przez jakiś czas. Lecz nie myślę w kategorii jee - to pojadę tu i tam, kupię sobie za jakiś czas extra samochód. No nie.
      Bardziej myślę o tym by ten dom można było utrzymać po śmierci rodziców jak najdłużej a my abyśmy zawsze mieli co jeść i ... jak piszesz - w razie choroby, wypadku, nieszczęścia czy nawet cóż rozpadu małżeństwa - mogłabym nadal funkcjonować, mieć na swoje podstawy życiowe.

      W tym roku czeka nas jeszcze remont kuchni. I dużo kasy musimy jeszcze wydać na mebelki, a od przyszłego znów wpadam w założenie zeszytu i kontrolowanie wydatków. Gospodarność pieniądza jest na prawdę ważna. Trzeba się natrudzić aby go mieć, a szybko może on uciec.

      Usuń
    3. Moja mama a może ciocia zawsze mawiała, że biednego nie stać na rzeczy tanie. Bo one szybko się zepsują i biedny będzie je musiał kupić drugi raz. Że lepiej kupić rzeczy trwałe, z których długo będzie pożytek. Te droższe najczęściej mamy latami, więc wydajemy ma nie raz, a nie co sezon.
      Dobrze myślicie, i przede wszystkim dobrze, że macie ten kąt u rodziców i dobrze się tam czujecie. Bo wiele rodzin nie umie ze sobą wytrzymać. Nam było za ciężko pod jednym dachem, ale byłam wtedy bardzo młoda i mieszkanie było naprawdę malutkie, a w nim dwie rodziny, w tym jedna z małym dzieckiem, a druga z chorym (mój ojciec był wtedy ciężko chory). Też mam w swoim otoczeniu osoby, które co zarobiły, to wydały właśnie najczęściej na wyjazdy. No i dobrze, jeśli są zadowoleni i dalej zarabiają na godne życie swoje i dzieci. Ale jeśli zamiast docenić, że się najeździli i naoglądali świata, potem zaglądają na konto innym i wyrażają głośno niezadowolenie, że tamci to mają dom, czy wielkie mieszkanie, a oni nic, to chyba nie tędy droga.
      Większość normalnie zarabiających ludzi ponosi pewne wyrzeczenia, żeby robić to, co lubi albo mieć to, co chce. I to uważam za naturalne.
      A już wpędzanie się w kredyty i granie w kasynach to w moim odczuciu jednostka chorobowa. Uciekam od takich ludzi, bo mało mamy ze sobą wspólnego.
      Pozdrowienia

      Usuń
  6. Kiedy bylam mloda nauka byla najwazniejsza, zylam w latach kiedy studiowanie mialam dane przez kochana ojczyzne, byl akademik, wyzywienie calodniowe i stypendium.
    Potem byly lata pracy za grosze, az w koncu decycja meza ze trzeba szukac szczescia za granica. Przyjazd do Australii otworzyl przed nami zycie ktore mozna nazwac sukcesem, najpierw nauka jezyka i jeszcze dwa lata studiow, wszystko oplacane przez panstwo, nie pracujac ze stypendium edukacyjnego wystarczalo zyc przyzwoicie i nawet podrozowac po Au.
    W koncu praca, porzadne pieniadze i pomysl na inwestowanie w pewne akcje, moze mielismy szczescie w tym, bo pieniadze robily sie szybko.
    Dzisiaj jestem finansowo zabezpieczona i jest to dla mnie bardzo wazne, bo mam spokoj wewnetrzny, nie musze sie marwic o rachunki, nawet mandat o ktorym pisalam w poprzednim poscie, dokadnie $476 nie zabolal mnie, wiec przyznaje sie ze pieniadze dla mnie sa wazne zeby nie miec stresu, dla mnie spokoj w zyciu jest bardzo wazny, mam nature sklonna do martwienia sie, gdybym byla zdrowa to bym podrozowala ale w mojej kondycji nie mam sily i ochoty, pomagam zwierzetom regularnie miesiac w miesiac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Im trudniej było wcześniej, tym bardziej docenia się takie szczęście i spokój. Pieniądze i planowanie zabezpieczenia dają spokój, którego każdemu życzę.
      Tym lepiej, że jesteś zabezpieczona, skoro teraz stan zdrowia już nie tak dobry.
      I chwała Ci za tę pomoc zwierzakom!

      Usuń
  7. Pieniądze to poczucie bezpieczeństwa, ponadto dają wiele możliwości i otwierają różne atrakcyjne drzwi. Lubię je i nie miałabym absolutnie nic przeciwko byciu bogatym :) Jednocześnie wystarczająco wcześnie uświadomiłam sobie, że życie jest bardzo krótkie i nie ma sensu (dla mnie) poświęcać go na ganianie za kasą i robienie rzeczy, których robić się nie chce. Selekcjonuję znajomych, spotykając się z tymi, których lubię. Wybrałam pracę, która mnie satysfakcjonuje. Żyję wolniej, doceniam jakość, nie ilość. I ciągle pracuję nad byciem sławną pisarką ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo lubię moich znajomych, bo sobie ich wybrałam z wielu osób, z którymi się spotykałam. Życie jest krótkie, ale warto się cenić za swoją pracę i wysiłek, żeby zarabiać godnie. Dzięki temu te pieniądze też są przyzwoite. Praca, którą się lubi to dla mnie oczywistość, fajnie, że też masz taką. A ja dopiero uczę się żyć wolniej i podoba mi się to. Jednocześnie lubię moją pracę na tyle, że mogę ją wykonywać czasem nawet w dni wolne lub po godzinach. Za to w godzinach czasem załatwiam inne sprawy. Bardzo Ci tego życzę. Pewnie jesteś do tego celu bliżej niż ja. :)

      Usuń
  8. Opłaty, jedzenie, leki - to moje priorytety, wszystkie trzy na pierwszym miejscu listy, potem jest cała reszta. Wydatki kontroluję, co miesiąc odkładam też pewną kwotę, czasem zdarza mi się przez chwilę żyć ponad stan, ale potem zaciskam pasa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli zdrowo i rozsądnie. Życie nie powinno Cię zaskoczyć, a przynajmniej nie w zakresie przewidywalnym.

      Usuń
  9. Finansami zajmuje się Koleżanka Małżonka. Ja mam tylko 5,20 na bułki.
    A propos książek - a czy trzeba MIEĆ książki, by je czytać? Są biblioteki, pełne skarbów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro Koleżanka Małżonka jest tak dobrą Ministrą finansów, to niech tak zostanie.
      Wiesz, ja jestem jeszcze z tego pokolenia, że lubię te książki mieć, czuć ich strukturę, a od dwóch lat, żeby cokolwiek wypożyczyć po polsku musiałabym iść do tutejszej biblioteki, a ona nie jest najlepiej zaopatrzona. Z reguły czytałam nieregularnie, albo po 3 książki tygodniowo, albo za mało. Trudno mi to było pogodzić z terminami zwrotów w Bibliotekach i ciągle mi było głupio, że nie oddaję na czas. Chyba z czasem przejdę na ebooki, ale nadal lubię książki papierowe.

      Usuń
  10. kwestię "mieć, czy być" mam już od dawna rozwiązaną, mianowicie tak, że choć preferuję "być" zamiast "mieć", to świetnie wiem, że bez jakiegoś "mieć" nie ma "być"... kluczem jest tylko zrozumienie, że nie jest istotne co i ile "mieć", ale by się do tego "mieć" nie przywiązywać, bo takie przywiązanie zabija "być"...
    tyle pokrótce w temacie, a teraz pozwól, że w ramach statutowej działalności "Mozart Fanclub" poszmyram wirtualnie kocurnicę, bo jakoś wydaje mi się to bardziej rozwijającym zajęciem, niż skupianie uwagi na filozoficznych rozważaniach...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. To ja jeszcze jestem na tym etapie rozwoju, że się przywiązuję do tego, co jest. I to mogą być nadal moje stare meble, książki, różne przedmioty. Lubię się przywiązywać i nie czuję, żeby to zabijało moje być. Zabijałoby, gdybym ciągle dążyła tylko do posiadania coraz to nowych przedmiotów, a to nie jest mój najważniejszy cel. Cele mi się zmieniają, dostosowują czasem do życia.
      A o Mozarcie zbieram się do napisania posta, ale zbieram jeszcze nadal materiały. :) Miziam, teraz śpi sobie niedaleczko.

      Usuń
    3. no toć baaa... tu wcale nie chodzi o to, by się do niczego nie przywiązywać, a raczej chodzi, tylko do kompletu potrzeba nieprzywiązywania się do nieprzywiązywania się... jeśli jesteśmy przywiązani do nieprzywiązywania się, to całe nasze pozostałe nieprzywiązywanie się jest guzik warte... myk polega na odnalezieniu środka, punktu równowagi w tym wszystkim...

      Usuń
    4. Ten złoty środek pewnie u każdego jest w nieco innym miejscu. Myślę, że czasem trzeba więcej czasu, żeby się zorientować, gdzie tak naprawdę. I że to się też może zmieniać na osi czasu.

      Usuń
  11. Mam wrażenie że od tego dobrobytu, troszeczkę zaczęliśmy wyznawać hedonizm. Owszem, ciężko zarabiamy na wszystko czym możemy się cieszyć w naszych domach i to nie jest samo szczęście, że możemy sobie pozwalać na pewne udogodnienia, ale MAMY wielkie szczęście, że żyjemy w takim miejscu na ziemi, gdzie nie musimy się martwić, jak przeżyć, jeśli tylko – jak mówisz – mądrze rozporządzimy swoim życiem. Oooo, czytam dalej i widzę, że to samo napisałaś.
    Otaczam się ludźmi bogatymi – kraj, do którego wyemigrowałam, nie pozostawia co do tego wątpliwości. Wiesz czego brakuje im najbardziej? Sensu. Multum osób, którym niczego absolutnie nie brakuje, nie wie co ma zrobić ze swoim życiem. Tu jest dosyć duży współczynnik depresji i samobójstw. Spróbowano coś z tym zrobić i np. pracodawcy zezwalają na bardzo długi urlop ze względu na depresje. Nie ma szans, żeby kogoś w tym czasie zwolniono. Ważne, żeby pracownik wrócił na stanowisko zdrowy.
    W internecie w tej chwili mało o tym piszą, a statystyki kwalifikują Szwajcarię za jeden z najszczęśliwszych krajów Europy.
    Teraz na sam koniec zapytałabym Cię, co rozumiesz przez "być"? Czy wobec tego uważasz, że w krajach gdzie ciężko coś mieć i panuje koszmarny ucisk, nie ma ludzi, którzy mogliby się definiować pod owe "być"? Nie przeginam teraz. Pamiętam nadal gdzie jestem i że piszesz o Polsce, niemniej zastanawia mnie, do jakich przemyśleń posunęłabyś się, biorąc pod rozważania różne warunki na całym świecie. Nie tylko bezdomnych alkoholików, o których wspomniałaś. Pytam na spokojnie, żeby nie było, że chcę Cię zbojkotować. ;) Po prostu ja osobiście zawsze patrzę trochę szerzej w takich kwestiach. Sama sobie raczej nie folguję w przyjemnościach takich jak zakupy, raczej chodzę cały czas w tych samych rzeczach, nie mam wypełnionej szafy, bo nie interesuje mnie to. Na półkach nie stawiam żadnych ozdób, nic sobie nie kupuję takiego, bo mi to niepotrzebne. Jest mi z tym bardzo dobrze, ale nie mam do tego dorobionej żadnej ideologii.
    Jestem ciekawa Twojego zdania, jako osoby zaangażowanej w swoją strefę materialną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu. Przeczytałam uważnie, jutro odpowiem. Sorry dziś muszę spać.

      Usuń
    2. Dzień dobry Aniu,
      Cały post jest próbą zdefiniowania tych dwóch pojęć, przy czym każde z nich dałoby się jeszcze rozbić na drobne.
      Tak jak napisałam powyżej, piszę w tym poście o Europie, a zatem o naszym europejskim poziomie bycia i mienia.
      Co do krajów słabo rozwiniętych i tych wszystkich kultur, gdzie ludzie żyją w niewyobrażalnej dla nas biedzie - nie jesteśmy chyba nawet w stanie zrozumieć, jak można tak żyć. Możemy to sobie wyobrażać, możemy się silić na nadawanie ludziom żyjącym w kompletnie odmiennej kulturze swoich odczuć, ale raczej nie wejdziemy do ich głowy ani w ich buty, bo to jest bardzo trudne.
      Podam więc może inny ekstremalny przykład.
      Wojna - druga światowa. Polacy i wiele innych krajów pod butem nazistów w okupowanych krajach. Co robią Polacy. Mimo ucisku, biedy, permanentnego głodu i braku chodzą na komplety, douczają się, kończą szkoły i uniwersytety. Czy tak robili wszyscy. Raczej była to mniejszość. Ale to właśnie ci ludzie mogli o sobie powiedzieć, że ważniejsze dla nich było to, czego się nauczą, co będą mieli w głowach.
      Na szczęście dziś nie mamy tak ekstremalnych sytuacji życiowych, a w ostatecznym rozrachunku liczy się i tak, czy ktoś jest szczęśliwy, albo chociaż zadowolony z życia.
      Niewątpliwie cechą ludzi zadowolonych jest pewien poziom posiadania, dla różnych naprawdę bardzo różny. Dla tego, kto urodził się po wojnie i dziś ma własne niewielkie cztery kąty, stać go na czynsz i jedzenie oraz zaspokojenie podstawowych potrzeb, może to być szczyt szczęścia. Nawet jeśli od 50 lat mieszka wśród tych samych mebli i używa tych samych filiżanek, sztućców i talerzyków. Ktoś inny będzie nieszczęśliwy, jeśli będzie mieszkał w takich warunkach i do szczęścia będzie potrzebował domu. Jeszcze inny - mieszkania, najlepiej wynajmowanego, żeby się móc w każdej chwili przenieść.
      Z tego, co pisałaś, od dość długiego czasu żyjecie we dwoje z pensji męża. Będąc w tej sytuacji też bym raczej nie kupowała sobie stale czegoś nowego, lubię czasem wydawać pieniądze, ale najchętniej własne.
      Od czasu, kiedy wyszłam z domu, utrzymuję się praktycznie samodzielnie. Była pomoc w istotnych sprawach ze strony rodziców, ale poza tym zarabiam i gospodaruję sama. Nie mogę nie być "zaangażowana w sferę materialną", jak to nazwałaś, bo nikt mi tej sfery nie dał i nie da w prezencie. A dopiero po tym, jak w tej sferze wszystko się zgadza, a ja mogę spać spokojnie, myślę o rzeczach niematerialnych. Mało tego, im lepiej mi się wiedzie, tym częściej i chętniej mam absolutnie niematerialne potrzeby i je spełniam. Bo wtedy mogę i nic mnie nie obciąża, jak choćby głód, czy strach o jutro.
      To tak z grubsza odpowiedź na Twoje pytanie, czy czujesz się usatysfakcjonowana?

      Usuń
    3. To że niczego sobie nie kupuję, absolutnie nie jest spowodowane tym, że jestem bezrobotna. Ta sytuacja nie towarzyszy mi od zawsze. Wcześniej utrzymywałam się sama i mój stan posiadania nie zmienia się. Mam inne priorytety, żyję zupełnie inaczej.
      Dziękuję za odpowiedź.

      Usuń
    4. Aniu, wyczuwam, że Cię dotknęłam tą uwagą o bezrobociu, zresztą pisałaś, że nie czujesz się z tym komfortowo. Jeśli tak, to wybacz.
      Wiem, że przedtem kilka lat utrzymywałaś się samodzielnie i że w każdej chwili możesz.
      Nie chodziłomi tylko o aktualny brak pracy, od ok. 25 lat jestem na tzw. swoim, czyli sama prowadzę działalność, wcześniej po studiach trochę pracowałam w 3 kolejnych firmach, ale to były dodatki do mojej głównej pracy jako tłumacza. Dopiero od niedawna tu w Niemczech poracuję na umowę na stałe, niecały rok.
      Na DG niestety masz małą ochronę, ZUS w przypadku chorobowego wypłaci Ci kwotę, z której nie przeżyjesz, a wszystkie rachunki musisz opłacić z nieregularnych zawsze dochodów, tak już mają freelancerzy.
      Może dlatego tym bardziej dbam o to, żeby się zawsze móc utrzymać i stanowi to dla mnie priorytet. A dopiero za tym idą inne rzeczy.
      W sumie mamy podobnie. Ja też kupuję mało nowych rzeczy, bardzo lubię moje stare meble, o czym też kiedyś pisałam, nie czuję potrzeby kupowania nowych, jeśli stare spełniają swoją funkcję. To co muszę mieć to sprzęt do pracy, zaliczam do tego też auto.
      Czasem trzeba się w coś ubrać, do pracy głównie, i na wycieczki w czasie wolnym.
      A reszta to jak u wszystkich środki czystości itd. materiały zużywające się.
      Reszta podobnie jak u Ciebie, nie czuję potrzeby, żeby mieć więcej. Ale chcę się czuć bezpiecznie. Pozdrowienia

      Usuń
    5. Nie ukrywam, że odniosłam wrażenie, iż postrzegasz moją wypowiedź konkretnie przez pryzmat mojego bezrobocia. Ale nie przejmuj się nic, wszystko jest w porządku. :)
      Póki nie wyjechałam do Szw., miałam stałą pracę na pełny etat, dodatkową na boku i jeszcze staż, który chciałam wkrótce przekształcić na stały zawód, ale nie wyszło, bo wyemigrowałam i porzuciłam rok swoich starań.
      W Szw. pracowałam i chodziłam na kurs. Gdy pracę mi wypowiedziano, zaczęła się szamotanina. Nie udało mi się znaleźć nigdzie stałego zatrudnienia, a dorywczo to nie jest majątkowa stabilizacja. W tych czasach to ważne, bo ubezpieczenie, bo składki itd. Długo borykałam się ze zwyczajną, ludzką bezsilnością.
      Od ponad roku samozatrudniam się nie przynosząc żadnych zysków. Dopiero dopięcie na ostatni guzik całego planu, pozwoli mi na pełny wymiar znaczenia tego słowa. A to już wkrótce.
      Ja nie umiem nic całkiem nie robić, zwariowałabym od tego.
      Mebelki w zasadzie najważniejsze są dwa, biurko do pracy i szafa na ciuchy. Reszta to podstawy, kuchnia, łazienka etc. są wyposażone, stawiam na funkcjonalność. Mam laptop, mam aparat fotograficzny, bo to narzędzia które mi służą. Nie żyję całkiem po spartańsku, ale gdyby porównać moje mieszkanie do tradycyjnego w Polsce, to bliższe jest ono mieszkaniu po włamaniu... choć bałaganu nie mam, bo nie za bardzo jest z czego go zrobić. ;)
      I tyle, nawiasem mówiąc – całkiem normalnie. Mam porównanie tylko do kobiet żyjących zakupami. Posiadających przepastne garderoby i masę, moim zdaniem, niepotrzebnych innych rzeczy. Mnie by się chyba nie chciało kurzu z tego wszystkiego ścierać... ;)
      Były też gorsze czasy, nie zawsze miałam to, czego potrzebowałam, ale przecież z życia mi przez to nie ubędzie, dlatego nie przejmuję się tym. Jeżeli kiedyś mi czegoś braknie, nie będę się tym trapić. Żyję, a życie nie opiera się na meblach czy laptopie. To wygoda, jasne. To pomoce do pracy, owszem. Wszystko zależy dziś od sytuacji życiowej (jak i zawodowej). Po prostu nie trzeba człowiekowi wiele aby przeżył i chyba najlepiej jest się o tym przekonać na jakimś survivalu, gdzie nagle odkrywasz, że niezbędne stają Ci się wyłącznie ubrania i coś do jedzenia.

      Usuń
    6. Też uważam takie dość skromne życie za całkiem normalne, i chociaż pewnie różnimy się ilością rzeczy, bo ja jednak jestem trochę chomik i mam więcej lat :), ale lubię mieć gdzie ułożyć te swoje rzeczy i kiedy mam ich za dużo, systematycznie staram się pozbyć części.
      Nie jestem i nie byłam nigdy typową kobietą zapełniającą wielkie garderoby ciuchami, butami, torbami. Jak nawet ze zwykłymi zakupami w sklepach odzieżowych mam problem, a zimą to już w ogóle, nie cierpię się przebierać w tych przebieralniach.
      Dobry aparat i ew. kamera, jeśli będę dalej rozwijać moje filmiki, to też niezbędna rzecz.
      Survival to ja już miałam wielokrotnie na samozatrudnieniu, nie szukam go więc poza życiem zawodowym. :)
      Ale gdyby trzeba było, staram się czasem czytać książki i artykuły, jak zrobić coś z niczego. Bo wiadomo, że nigdy nie wiadomo.
      Coś do jedzenia też umiem zrobić, co może się przydać i w buszu!

      Usuń
    7. Chciałam też przez to powiedzieć, że mając czy nie mając, nadal jestem. Nie uzależniam "być" od "mieć".
      Nie utożsamiam się ze swoimi rzeczami, mieszkaniem czy narzędziami pracy. Dziś są, jutro ich nie będzie. Nie utożsamiam swojego "być" ze statusem majątkowym, który na dzień dzisiejszy pozwala mi żyć spokojnie.
      Człowiek jest mądry i zaradny i nawet podczas wspomnianych przez Ciebie bardzo trudnych czasów, dążył do tego, aby "być" pomimo.
      Kiedy miałam niewiele, towarzyszyło mi poczucie szczęścia, bo byłam, bo żyłam, bo zdrowa, bo razem. I to było najważniejsze. Mimo że poczucie bezpieczeństwa we własnym domu przestało istnieć na długie lata pod groźbą nawet stracenia tego domu. To było długotrwałe wystawienie się na stres, któremu się nie poddawałam.
      Siła to nie majątek ani status społeczny. Żyję krótko, doświadczyłam całkiem sporo, dojrzałam przez to wcześniej. Mam zupełnie inną perspektywę i czasami pytam o coś jak jakiś alien, mam nadzieję, że mi to wybaczysz.

      Usuń
    8. Aniu, już niejednokrotnie zauważyłam u Ciebie wielką siłę i to taką, którą nosisz w sobie i której nikt Ci nie może zabrać. :) I dobrze. Lubię takich ludzi. Lubię z nimi dyskutować i rozmawiać.
      Nie wydaje mi się, żebym utożsamiała bycie ze stanem posiadania. Uważam jednak, że mimo wszystko są to dwa bieguny, ale nierozerwalnie ze sobą powiązane. Hipotetycznie można być w każdych warunkach. Ale ktoś starszy i słabszy, schorowany, gdyby mu tak nagle zabrać wszystko i nie miałby szans na pracę, nie miałby tylu atutów co Ty i byłoby mu o wiele trudniej utrzymywać swoje wewnętrzne być.
      Wiesz, tak na podsumowanie: chyba jednak to być jest po prostu w nas. Bo jedni są bogaci, mają tzw. wszystko i jeszcze oprócz tego nadal są ludźmi, mają rozwinięte życie wewnętrzne, a nie tylko materialne. Inni o wysokim statusie bogactwa będą żyli wyłącznie kręcąc się w sprawach materialnych. I niemal tak samo będzie wśród ludzi mających znacznie mniej, borykających się z podstawowymi opłatami. Jedni mimo to pozostaną na poziomie i będą (inteligentni, myślący, zainteresowani, zajmujący się licznymi sprawami oprócz materialnych), a inni skupią się wyłącznie na gonitwie za tym, żeby wreszcie dogonić tych bogatszych.
      Jak zwykle wybór należy do nas.
      Co zrobimy z naszym życiem, z naszymi potrzebami i naszym potencjałem.
      Długo by można jeszcze pisać, dziękuję Ci za ciekawą dyskusję :)

      Usuń
  12. Ja mam prawie dokladnie takie same priorytety. Mam to szczescie ze mam oszczednosci po podziale pieniedzy ze sprzedazy polskiego domu, niewiele na brytyjskie warunki ale zawsze to jakies zabezpieczenie. Drugie szczescie ze dostalam awans w pracy i jakos tak mi sie nagle za duzo pieniedzy na koncie znajduje co miesiac i nie mam na co je wydawac wiec ida w lokaty. Nie lubie wydawac pieniedzy. Przez dwadziescia lat nie mialam zadnych oszczednosci, tylko dlugi, dopiero jak sie zozstalam z eksem to odzylam. A mowi sie ze co dwie pensje to nie jedna :-)
    Mam dobra prace, dzieci juz na wlasnym utrzymaniu, owszem pomagam im od czasu do czasu i bardzo sie z tego ciesze ze moge. Mam zabezpieczenie w postaci wlasnych oszczednosci i oszczednosci Chlopa, ale na razie nie moge sie jeszcze przyzwyczaic ze "co moje to nasze" (po porazce ze zbyt rozrzutnym eksem) choc Chlop mi ciagle powtarza ze wszystko co ma to tez jest moje. Nie interesuje mnie za bardzo co on ma i gdzie, wazne ze ja mam swoje i sie nie musze prosic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie jestem przyzwyczajona do wydawania, prędzej do oszczędzania. I również wolę poczucie niezależności. Niejeden raz mi to uratowało d... Życie z rozrzutnym człowiekiem robiącym długi dla mnie byłoby bardzo trudne. Myślę, że bym odeszła Raz tak nawet zrobiłam. Ake rozrzutność i długi nie były jedynym problemem.

      Usuń
  13. odbywanie udanych wakacji - rany boskie - ależ to brzmi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koszmarnie, przyznaję, jakoś kiedy piszę o takich materialnych rzeczach, czasem nie umiem dobrze wyrazić niektórych pojęć. A zwyczajne wyjazdy na udane wakacje jakoś nie chciały mi się napisać. :)

      Usuń
  14. Też uważam,że każdy ma swój sposób na szczęście.Poczucie bezpieczeństwa finansowego to dla mnie wielkie szczęście.
    Wiadomo,punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia.Są kraje, dające obywatelom dobrą służbę zdrowia,emerytury itp.Ale są i inne.
    Czyli:raz-kraj zamieszkania
    dwa-jestem sama czy mam kogoś,komu ufam czy tez pomaga mi finansowo/rodzic,rodzeństwo,mężczyzna czy kobieta obok//tak tez bywa.
    Kolejny-pracuje na siebie czy ja pomagam-/rodzice, dzieci/
    Kolejny temat-poruszony przez Ciebie-co dla kogo jest ważne.
    I wszystkie te punkty to temat rzeka.
    Zauważyłam,że często zdrowe/konkretne /podejście do finansów jest odbierane jak sknerstwo i zarabianie na meble,wycieczki czy biżuterię/czy coś tam innego/
    jako rozrzutność.
    A ja uważam,dajmy ludziom wybór,chcesz mieć coś-myśl i tyle.
    Cieszy Cię kolejny piękny fotel-ok.lubię szczęśliwych ludzi.
    Nie warto przekonywać do swoich racji a czasami nawet nie warto o nich mówić.
    I jeszcze jedno-ten punkt widzenia zmienia się z ...wiekiem.
    Pozdrowienia.
    Gosia


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś nigdy nie wierzyłam spacjalnie, że jak będę biedna, to mi opieka czy pomoc socjalna coś zapewni, raczej wolałam sama zaorać swoje pole, zasiać i zebrać. Oczywiście takie instytucje są dobroczynne dla tych, co z jakichś powodów nie są zdolni do pracy, chorzy, starzy, niedołężni, niepełnosprawni w wysokim stopniu i ich rodziny itd. Jednak zdrowy człowiek w wieku produkcyjnym niemal zawsze może pracować.
      Według mnie w Polsce jeszcze nadal istnieje mania szczycenia się tym, co się nie udało i zachwalania tego, co robi się źle. Może to kwestia odreagowywania perfekcji, do której nas próbowano zmuszać przez ostatnie dziesięciolecia, ale tak naprawdę nie do końca dobre są tego skutki.
      Mimo wszystko zamierzam mówić i pisać o tym, co jest dla mnie ważne czy na czym mi zależy. A jeśli nie wszystkim to odpowiada, to trudno.
      Mnie cieszą piękne przedmioty, którymi się lubię otaczać. Ale one mogą być piękne i stare, albo piękne i nowe. Chcę mieć ten wybór.
      Do mnie z wiekiem coraz bardziej przemawia stabilizacja, chociaż to nie oznacza, że dalej nie ryzykuję i nie robię zgoła nowych rzeczy. :)
      Pozdrowienia Gosiu!

      Usuń
  15. Jest świetna książka Ericha Fromma właśnie pod tym tytułem "Mieć czy być?",napisana chyba z ćwierć wieku temu,ale wciąż aktualna:)Czytałam już dosyć dawno ,muszę do niej wrócić:)
    Bo chyba w tej kategorii niewiele się zdezaktualizowało.Upraszczając wszystkie górnolotne wywody o miłości,wartościach,rodzinie,duchowości itp.itd,myślę po prostu - żeby być,trzeba mieć:)..cokolwiek dziś znaczą oba pojęcia.Bo na pewno inaczej wygląda "mieć"miliardów ludzi na świecie,ktorzy muszą przeżyć za mniej niż za 1 dolar dziennie niż nas - Europejczyków,żyjących w dostatku,w większości bez większych problemów codziennej egzystencji. Świat jest bardzo nierównomiernie rozwinięty.
    Nie powiem nic odkrywczego mówiąc,że pieniądze są ważne:)Pieniądze nas definiują prawie w każdej dziedzinie życia.. wiem,że niektórzy uznają takie stwierdzenie za obrzydliwe,narcystyczne i będą się zapierać rękami i nogami,że ich to nie dotyczy:))
    Daleka jestem od oceniania kogokolwiek,ale wiem,że często ludzie za swoje finansowe niedobory obwiniają okoliczności życiowe,rodziców,ktorzy nie zostawili spadku i na dodatek nie pozwolili się im kształcić,niezbyt zaradnego partnera itp.itd.:))
    Wydaje mi się ,że mądry człowiek,świadomy obywatel,w naszej części świata, zawsze ma wybór jak żyć,pracować,inwestować,zarabiać,oszczędzać;).. póki co:))
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie to jest wiedza praktyczna i nawet bez książek teoretycznych wydaje mi się oczywista. Jakiś poziom zaspokojenia podstawowych potrzeb jest według mnie podstawą do tego "bycia".
      Jak miło zresztą jest się nad tym pozastanawiać w kręgu osób, z których wszystkie (bo raczej zakładam, że wszyscy z nas) mają dach nad głową, stałe dochody i internet flat rate, prawda? :) Opowiadanie z tej pozycji, że nie mają tak wiele, a jednak zajmują się głównie kwestiami górnolotnymi brzmi dla mnie trochę dziwnie. :)
      Trudno mi się czasem oprzeć wrażeniu, że każdy ma wpływ jeśli nie na miejsce urodzenia i dom rodzinny, to już po wyjściu z niego na okoliczności, dalsze kształcenie (można i w życiu dorosłym pracując podnosić kwalifikacje, trudno ale da się), oraz na wybór partnera lub życia w pojedynkę.
      Człowiek dorosły, świadomy świata, w którym żyje i żyjący w krajach europejskich (bo nie znam na własnej skórze rzeczywistości innych krajów, więc o nich nie piszę), a nie żyjący iluzją, ma tę wolność, że tak naprawdę może wybrać sobie takie życie, jakie chce. I mniej lub więcej realizować swoje potrzeby. Czasem trzeba tylko otworzyć się na różne okazje, a nie kopać każdą z nich w d.... tylną część ciała, broniąc się przed jakąkolwiek zmianą, bo lepsze to g..., w którym się tkwi, niż nowe nieznane a może obiecujące możliwości.
      Pozdrawiam również!

      Usuń

Zostaw ślad, będzie mi miło.
Komentarze nie na temat lub hejterskie będą wysyłane w siną dal, gdzie ich miejsce.