środa, 12 września 2018

Przystanek stabilność

Dziś jest zwykły dzień tygodnia, taka sobie normalna środa. Za oknem pada, ja pracuję, ostatni dzień w moim home office, bo od jutra już wreszcie mogę całą działalność przenieść do biura, w którym naprawiono zamek w drzwiach i w którym od wczoraj działa internet. I to właśnie dziś postanowiłam w moich przemyśleniach udać się niespiesznie na Przystanek  stabilność
Będzie tego trochę. Czytelniku. Jeśli nie masz czasu, przyjdź później, kiedy go znajdziesz na przeczytanie całości, a nie tylko podtytułów.
Właśnie siedzę sobie i podsumowuję, ile mi się udało załatwić w ciągu ostatnich miesięcy, od początku roku, a nawet od początku mojego stałego pobytu w Niemczech. Całkiem nieźle to wygląda, jak tak na to spojrzeć z perspektywy ostatnich miesięcy, a właściwie od początku roku, kiedy okazało się, że będę tu dalej pracować, a więc muszę też gdzieś mieszkać.
Najlepiej mi przyglądać się temu z perspektywy jak już udało mi się trochę zapomnieć, jak strasznie chwilami było trudno.
1. Nowa firma
Dzięki mojej pomocy oraz znajomości języka niemieckiego udało się założyć w Niemczech firmę handlową mojego kontrahenta z Polski
2. Umowa o pracę
Od paru miesięcy jestem w tej firmie zatrudniona na stałą umowę i ubezpieczona w Niemczech. Prowadzę bieżącą działalność handlową, załatwiam zaświadczenia, wypełniam setki różnych dokumentów handlowych i finansowych. Nieźle już opanowałam popularny niemiecki program księgowy (moja księgowa korzysta z szerszej wersji), ogarniam faktury, rachunkowość i bank, robię też tłumaczenia, ale to niewielki wycinek mojej pracy.
3. Stała praca
Po raz pierwszy od lat mam stałą pracę, którą wykonuję chętnie i właściwie oprócz mojego biura mogę też działać z każdego miejsca w Niemczech, a korespondencję prowadzić nawet z Polski, czyli nie przeszkadzają w niej nawet za bardzo moje wyjazdy, o ile tylko mam dostęp do łącza i telefonu.
Czyli udało mi się stworzyć najważniejsze kamienie milowe stabilizacji bytowej: stałą pracę, stały dochód i ubezpieczenie, czyli w razie potrzeby opiekę zdrowotną. I wygodne biuro, choć trochę trwało jego przygotowanie do pracy, ale już teraz jest tam wszystko, czego potrzeba i mogę zaczynać. Do tej pory cały czas pracowałam w moim home-office, stąd konieczność posiadania gabinetu w każdym z moich miejsc zamieszkania.


4. Własne (wynajmowane) mieszkanie
W tym samym czasie, kiedy załatwiałam sprawy zawodowe, udało mi się ustabilizować też moje prywatne miejsce do życia, czyli udało mi się znaleźć mieszkanie blisko centrum, odnowić je i przeprowadzić się do niego.


5. Urządzanie się
Nadal jeszcze się urządzam, bo brakuje mi tu paru rzeczy, na przykład nie mam dostatecznie dużo szafek w kuchni, i kiedy sobie kupiłam kilka kubeczków, to już mi miejsca zabrakło. Ale na to już znalazłam sposób, czyli używaną (przeszkloną) witrynę, którą kupiłam w ub. sobotę. M. mi ją załadował na samochód i przewiózł do domu, teraz szuka odpowiednich mocnych i długich wkrętów i jutro mamy ją zawiesić. Będę w niej mogła przechowywać cały drobiazg kuchenny, kubki, miseczki i inne ładne i nie za duże rzeczy, bo jest dość wąska, w środku ma 20 cm.
W urządzaniu pomaga mi nadal M. Wiesza zegary, szafki czy obrazki. Wziął sobie za punkt honoru, żeby mi tu pomóc na rozruch i nie odpuszcza. W zamian dostaje dobrą kawę z ekspresu, czasem coś ugotuję. W sumie zjeść razem jest przyjemniej, niż osobno. Szczególnie, że niesnaski zostały za drzwiami starego domu i za klamrą zamykającą nasz dotychczasowy rozdział.

6. Rozpakowywanie
Udało mi się w nowym mieszkaniu rozpakować już wszystkie duże kartony, kilka małych jeszcze stoi i czeka na odwiezienie do Warszawy, bo tam jest ich miejsce. Kilka kartonów z książkami i innym drobiazgiem wylądowało w piwnicy, mam zamiar zacząć się ich pozbywać, bo skoro nie zaglądałam do nich już prawie dwa lata, to znaczy, że mogę żyć bez ich zawartości. Poza tym piwnica nie jest z gumy, już  jest cała zapełniona, a ja nie zamierzam targać za sobą resztek minionego życia i chcę mieć miejsce na nowe rzeczy. Czas zacząć patrzeć w przyszłość.
7. Możliwość zakupów
Zrobiłam już rozpoznanie okolicy, w pobliżu domu mam jedno spore centrum handlowe (Netto, Edeka, Tacco, Tedi, Aldi), a moją ulubioną piekarnię (Engelbrecht) mam teraz w centrum, kilka kroków może ok. kilometr stąd. Żaden problem przynieść stamtąd małe zakupy na piechotę czy przywieźć nieco większe rowerem. Samochód będzie mi tu potrzebny znacznie rzadziej, niż w Warszawie, głównie na większe tygodniowe zakupy. No chyba, że przy takiej pogodzie jak dziś, kiedy siąpi, leje i pada na przemian i kiedy nawet do pracy jednak wolę jeździć samochodem. 
Kiedy nie pada, przejechanie ok. 3 km w jedną stronę na rowerze to pestka. Kiedy pada, to jednak wolę wygodę i samochód. Bilety na autobusy w Niemczech są dość drogie, więc mieć samochód i dodadtkowo jeździć autobusem jest bez sensu, bo koszty na samochód ponosi się i tak, a do tego jeszcze na bilety. Ale w taki dzień to tylko samochodem.

8. Genius locci
Poczułam się w nowym miejscu dobrze, spółdzielnia wywiązuje się ze swoich zobowiązań, m.in. dostałam już zwrot na konto kosztów remontu, oczywiście nie moich pełnych kosztów, tylko takich, które mi przysługują (czyli które mi przyznał dozorca ze swojego funduszu) z racji odnowienia mieszkania spółdzielczego. Dobre i to, bo każde Euro, które tu włożyłam jest raczej nie do odzyskania w sensie finansowym. Za to ja cieszę się mieszkając w takich warunkach, jakie sobie zapewniłam i nie odczuwam specjalnego dyskomfortu z powodu przeprowadzki z fajnie urządzonego domu do mieszkania w bloku. Moi sąsiedzi są OK, spółdzielnia też. Póki co wszystko jest dobrze.

9. Powolne stabilizowanie finansów
Największe wydatki poniosłam na remont i przeprowadzkę i zakup paru dużych, niezbędnych rzeczy, jak szafa, łóżko, wieszak do przedpokoju, pralka i lodówka. Mimo okazyjnych zakupów (większość z rabatem) wyszło na to całkiem sporo kasy. Na szczęście do tego kroku przygotowywałam się od dawna. Nie musiałam więc wyjąć tych pieniędzy na raz z kieszeni, tylko przez parę poprzednich miesięcy oszczędzałam, odkładałam, czekałam, wiedząc, że mnie taka konieczność czeka.
Wreszcie zaczynam zamiast ciągle wydawać, trochę oszczędzać. To pierwszy taki miesiąc od dawna, więc cieszy nagle nieco wyższy stan na koncie i świadomość, że mogę wreszcie spać spokojnie, bo mam nie na jeden czynsz i podstawowe koszty z wyprzedzeniem, tylko stać mnie na nieco więcej, np. na waciki i różne przydatne domowe sprzęty.
I oczywiście na chrupki dla Kici.

10. Więcej czasu dla siebie
Powoli wprowadzam tu wszędzie własne porządki, uczę się korzystać z suszarni, od dawna z powodzeniem korzystam z piwnicy i schowka na rowery. Dzięki temu różne przydasie, narzędzia i rower nie zawalają mieszkania. Chcę jeszcze tylko dokupić małą suszarkę na kaloryfer, w Polsce są za grosze tutaj nie znalazłam żadnej. Nie wszystkim chcę prezentować moją bieliznę, susząc pranie w ogólnej suszarni. A porządek to rzecz, która pozwala mi nie tracić czasu na ciągłe szukanie rzeczy. Czyli dzięki temu szybciej wywiązuję się z obowiązków i mam więcej czasu wolnego.

11. Zdrowy kot
Uratowałam Kicię od ... wolę nawet nie wypowiadać od czego. W czasie tego całego zamieszania i wcześniej, jak pamiętacie, chorowała mi Mozart. Od lat miała te problemy z ogonem, a tu w Niemczech problemy się nasiliły. Jak się okazało i oby się nie zmieniło (tfu, tfu!), problem jednak był w ogonie. Ogon amputowano jej w Polsce, w czasie moich największych problemów, pakowania, tutejszego remontu i przeprowadzki przebywała u Mamy. A tuż po operacji byłam z nią w Polsce. I od wygojenia ogonka kicia już cały czas jest tu ze mną. Też zaakceptowała to nowe mieszjanie, uwielbia przesiadywać w domu i na balkonie (zabezpieczonym siatką), czuje się tu jak ryba w wodzie i panuje nad otoczeniem. Ale o kici napiszę więcej innym razem.


12. Pierwszy Gość
Oczekuję mojego pierwszgo Gościa. Moja przyjaciółka Lila bardzo mi pomagała w tym trudnym dla mnie okresie. Mogłam na nią liczyć w sytuacjach dla mnie krytycznych w Warszawie. Bardzo się ucieszyłam, kiedy okazało się, że skorzysta z mojego zaproszenia i tydzień urlopu spędzi za kilka dni u mnie. Czekam i już zacieram ręce, jak nam tu będzie fajnie. Dobrze, że udało mi się wysprzątać wszystkie kartony, dzięki temu odstąpię jej na czas pobytu moje biuro, bo stoi tu rozkładana wersalka.


13. Aktywność, odżywianie, zdrowie
Powoli odzyskuję siły, kiedy tylko pogoda pozwala jeżdzę dużo na rowerze po okolicy. Dużo sama, czasem w dalsze trasy z M.



Wracam też do zdrowego odżywiania, bo wreszcie mam więcej czasu, żeby pójść na miejscowy targ (w soboty i środy), a tam kupić warzywa, zdrowe pieczywo i jajka.

Gotowanie i szykowanie jedzenia ze świeżych produktów to dla mnie część mojego zen, odzyskuję przy tym spokój, wyciszam się, a potem smakuję, nasycam się i mam rachodę, że coś dobrego i w dodatku zdrowego zrobiłam.

Podsumowanie:
Kiedy teraz już na spokojnie, a nie w ferworze zajęć, patrzę na to, co udało mi się w tym czasie osiągnąć, chwilami łapię się za głowę, ile tego było.
Na pytanie, jak sobie z tym wszystkim poradziłam odpowiadam: sama nie wiem. Trzeba było.
Zaczynam się ostrożnie poklepywać po ramieniu za to, co już udało mi się przeprowadzić. I życzę sobie tej stabilności przynajmniej przez jakiś czas, żeby odbudować siły i poczuć moc do dalszej walki, do życia, do nowych wyzwań, których życie z całą pewnością mi nie oszczędzi, podobnie jak większości z nas. Dobrze się teraz czuję i mam nadzieję, że ten stan potrwa długo, długo, długo. Już wiem, co lubię, mam świadomość, co jest mi potrzebne do spokojnego życia, a więc robię wszystko, żeby takie właśnie życie sobie budować.
METODA
W nagrodę dla tych, którzy przebrnęli przez całość mojego podsumowania, mam pewien sposób radzenia sobie z rzeczywistością, który jest za darmo i jest prosty w zastosowaniu, a który, przynajmniej u mnie, zadziałał.
Otóż zamiast powtarzać sobie przed dokonaniem czegoś, co powszechnie jest uważane za trudne, staraj się odganiać od siebie myśli typu: trudne, nieosiągalne, stresujące, czasochłonne. Zamiast tego nabierz powietrza w płuca, spójrz odważnie na sprawę do załatwienia i powiedz sobie, że wszystko jest dla ludzi i że to akurat przyjdzie Ci łatwo.
Nie wiem jak, ale to DZIAŁA.
Może spróbujecie i napiszecie mi, czy u Was też. Chętnie przeczytam. Potrzeba trochę czasu, żeby odważyć się i spróbować, więc poczekam nawet dłużej. :)
Możecie mi napisać o swoich mniejszych i większych sukcesach pod wpływem tej metody zawsze! A potem stworzymy post złożony z Waszych wpisów!

41 komentarzy:

  1. Powiało optymizmem :) Niech ci tak trwa!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Iw! wiem, jak cudnie smakuje stabilność po okresie zawirowań!Jak błogo zasypiać w spokoju, bez kołowrotu trudnych myśli:)Ja w trudnych chwilach działam zadaniowo- widzę tylko to, co na zaraz...co konieczne, nie myślę, co potem, tylko "odfajkowuję" kolejne zadania ...i nagle - wstecz-O! udało się wszystko:)

    A tak w ogóle- to ten słonik na szczęście tak Ci we wszystkim pomógł!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też sobie myślę, że słonik miał w tym szczęściu jakiś udział. Samo to, że na niego patrzyłam mnie motywowało.
      Też działam w trudnych chwilach zadaniowo, a potem dopiero podsumowuję i się cieszę z tego, co się udało osiągnąć. I też patrząc z perspektywy na dokonane, czuję nagle radość i mówię WOW! A jednak się udało mimo różnych ostrzeżeń i wątpliwości z boku :)

      Usuń
  3. Z przyjemnością przeczytałam, dużo słów, bo dużo treści :) Ogromnie się cieszę, że jesteś zadowolona ze swoich dokonań, że masz satysfakcje z tego, że dałaś radę wszystkim przeciwnościom. Cieszę się także, że dogadujesz się z M. i masz w nim oparcie w potrzebie, bo wg mnie to ważne zwłaszcza, gdy jest się daleko od najbliższych. Jesteś świetnym przykładem dla tych wszystkich, którzy są niedowiarkami, widzą przyszłość w ciemnych barwach. Optymizm jest dobry na wszystko. Trzeba zdać sobie sprawę, że tak naprawde poznajemy siebe dopiero w sytuacjach ekstremalnych i warto zawsze w siebie wierzyć. Trzymam kciuki za przyszłość. Mam nadzieję, że czas z koleżanką miło spędzisz :) Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po napisaniu posta uświadomiłam sobie, że wśród dokonań nawet jednym słowem nie wspomniałam o kupieniu, wyremontowaniu i wykończeniu w tym czasie mieszkania w Warszawie. Bo to już jest i stoi, więc nie widzę konieczności zajmowania się tematem. A to mogę jeszcze dopisać do listy na pozycji 14. :)
      Tak, optymizm górą, warto się nim pompować zamiast negatywnego spojrzenia na życie. To pomaga we wszystkim.
      Cieszę się, że jednak mam tu oparcie, tak jak piszesz, jest to szczególnie ważne w obcym kraju, gdzie nie mam nikogo innego.
      Dzięki za kciuki! Z koleżanką na pewno będzie miło :)

      Usuń
    2. Zatem czekam na kilka słów o spotkaniu po spotkaniu😊

      Usuń
    3. Już jutro przyjeżdża! :) Podskakuję w duchu na samą myśl!

      Usuń
    4. Była tydzień i teraz mam milion zdjęć i nie mam pojęcia, jak się zabrać do opisu :)

      Usuń
  4. Bardzo energetycznie Ci to wyszła, znaczy napisałaś tak, ze człowiek zaraz ma ochotę wziąć sie za jakiś remont!
    Moje doświadczenie nauczyło mnie, że zawsze sprawdza się maksyma, którą zapożyczyłam od koleżanki z pracy - nie patrzeć za siebie, omijać toksycznych ludzi, a na problemy znaleźć sposób zamiast wymówki. Narzekanie nic nie daje, a tylko pozbawia motywacji do działania, więc jeśli ktoś zaczyna sabotować pomysł lub narzekać, mówię - nie chcesz, nie rób, ale nie przeszkadzaj innym:-)
    Brawo Ty, słychać między wierszami, że jesteś u siebie i masz dobry czas:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maksyma Twojej koleżanki jest bardzo dobra, to najważniejsze rzeczy w pigułce. Ponarzekać można przez chwilę, ale potem robi się to nudne, chyba że narzekanie prowadzi do rozwiązania problemów. Sabotowanie pomysłów powinno być karalne!
      Traktuję to podobnie, ale w chwilach słabszych można łatwo takiemu przeszkadzaniu poddać.
      Jestem i mam :)

      Usuń
  5. Bardzo mnie ucieszył ten wpis,bo ja lubię jak się ludziom dobrze wiedzie.Ja w ogóle przez większą część życia szukam dowodów na to,ze nie ma w życiu sytuacji beznadziejnych,że wszystko jest możliwe.I zawsze znajduję liczne potwierdzenia tej tezy:)Oczywiście mnóstwo razy mnie samej się nie powiodło,nie wyszło,a nawet jak to się popularnie mówi " sytuacja mnie całkowicie przerosła".:)I zawsze,gdy się tylko jakoś podniosłam,otrzepałam kurz,to zaczynałam od nowa..Mam na myśli sytuacje zawodowe,ale nie tylko.Bardzo często nie doceniamy ogromnej siły,ktora w nas drzemie.
    Jesteś przykładem na to,że nie trzeba się bać nowych wyzwań,ze wszystko jest możliwe.Oczywiście,nic nie przychodzi samo,trzeba włożyć w to mnóstwo pracy,energii ,a przede wszystkim mieć wiarę,że się uda.Ograniczenia zazwyczaj tkwią w naszej głowie.
    Iwona,fajnie,że jesteś już na etapie,na jakim jesteś.I że osiągnęłaś stabilizację czyli sukces na kilku płaszczyznach życia.To się chyba nazywa zadowolenie z życia..i chyba o to w tym wszystkim chodzi.:)
    Bardzo mi się podoba też Twoja relacja z M...,to jak najlepiej świadczy o was obojgu:)pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też stanowczo wolę czytac pozytywne wpisy, szczególnie te, kiedy ktoś pokonując jakieś niemałe trudności jednak dał radę, poradził sobie i szczęśliwie wylądował w porcie przeznaczenia, a przynajmniej w przeładunkowym :).
      Fakt, w każdy sukces trzeba włożyć wiele pracy, bo samo się nie zrobi. Ale uwielbiam ten moment, kiedy jednak się coś udaje osiągnąć i potem idzie z górki.
      Zadowolenie z życia - tak, to właśnie odczuwam teraz.
      A relacja z M. - sama się tego nie spodziewałam, ale złość na to wszystko i żal powoli mi wyparowują i stwierdzam, że nadal lubię tego chłopa, to po co mam na niego warczeć. :)
      Pozdrowienia Ewo

      Usuń
  6. Gratuluje sukcesu zawodowego w nowej firmie, ktora pomoglas zalozyc, wazne ze masz ubezpieczenie i z tym zwiazane leczenie jak bedzie koniecznosc. Nowe biuro bardzo wazne, a to domowe wyglada super na zdjeciach i za jednym zamachem dzieki wersalce masz pokoj goscinny.
    Oczywiscie ze osiagnelas bardzo duzo, remont tego mieszkania uwazam ze wypadl rewelacyjnie, masz bardzo ladne nowiutkie mieszkanie, nawet masz ciekawa rosline w donicy a jaka duza, swietnie pasuje i upieksza wnetrze.
    No i masz cudne mieszkanie w Warszawie w pieknej okolicy, zreszta to tutaj tez ma swietna lokalizacje.
    Taka stabilnosc mieszkaniowa i finansowa jest podstawa czucia sie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to sukces, że już tu pracuję, chociaż wolałabym być pewna, że to będzie stabilne miejsce pracy, no nic to jest branża sezonowa, okaże się tak naprawdę już niedługo, jak to dalej pójdzie.
      Cieszę się też z tych obu mieszkań, w tym momencie chyba jeszcze bardziej z tego, w którym aktualnie mieszkam, czyli w BHV.
      Jeśli jeszcze trochę odłożę, poczuję naprawdę spokój. Miejmy nadzieję, że ten spokój nastąpi przed końcem roku.
      Pozdrowienia!

      Usuń
  7. Jaki ladny slonik!
    Moja maksyma zyciowa, chyba od zawsze, jest nieopisana slowami, ale w sumie chodzi dokladnie o to, co napisalas na koncu. U mnie nigdy nie bylo, ze cos sie uda czy nie uda, ja po prostu nie mysle takimi kategoriami. Jak chce cos zrobic, to nie zastanawiam sie czy to trudne czy niemozliwe, po prostu to robie i ewentualnie dostosowuje do rzeczywistosci. Oczywiscie, wiaze sie to z druga, ciemniejsza strona. Kiedy cos rzeczywiscie nie wychodzilo, jak na odpadniecie z konkursu recytatorskiego w konkursie krajowym, to przezywalam to bardzo. Do tego stopnie ze nie potrafilamn sie podniesc z lozka przez dwa dni. Nauczylam sie z tym radzic i ewentualne porazki przekuwac w sukcesy, ale zajelo mi to mnostwo lat. Zycie jest za krotkie, zeby sie zamartwiac przypalonym ciastem czy pobita szklanka :-)
    Ciesze sie, ze dochodzisz do stanu, w ktorym czujesz sie dobrze. To bardzo wazne wiedziec czego sie chce, inaczej bladzimy po omacku i winimy swiat za porazki, ktore wcale nie sa osobiste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porażki są bolesne, takimi ambicjonalnymi aż tak się nie przejmowałam, bo bardzo wczśnie zaczęłam trenować strzelectwo sportowe, a w sporcie człowiek uczy się, że raz wygrywa, a raz przegrywa.
      Oczywiście, że nie znoszę przegrywać, wolę wygrywać. Teraz idzie mi już znacznie lepiej.
      Owszem, zaczynam dochodzić do stanu, w którym mogę zacząć już się uspokajać. Na razie ten stan jest tak niezwykły, że czuję niepokój, czy aby na pewno już jestem w domu. Mam nadzieję, że przyzwyczaję się też trochę do lepszego, spokojniejszego życia, bo to mi jest na docelowo potrzebne.
      Część porażek nie jest osobista, po prostu ktoś okaże się lepszy od nas, rynek się zmienia, albo przychodzi tak nagła zmiana całej sytuacji, niezależna od nas, że nie mamy na to kompletnie wpływu. Częściowo z tą sytuacją się zmierzyłam i póki co staram się z tym zrobić to, co najlepiej umiem, czyli przetrwać i zacząć na nowo.

      Usuń
  8. Stara zasada ZEN głosi, że nie mów "trzeba iść, tylko po prostu idz".
    A druga "wszystko co nas spotyka jest po to, żebyśmy z tego wyciągnęli naukę".
    A ja mówię: życie nie jest romansem, niestety.
    Buziaki;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu idź. To idę. :)
      Z drugą zasadą się zgadzam, też po czasie zauważam, że wszystko jest po coś.
      A że życie nie jest romansem to też wiadomo. Cóż, ważne, że mimo wszystko bywa bardzo przyjemne i tych przyjemnych chwil zamierzam jeszcze przeżyć dużo!
      Buziaki również dla Ciebie

      Usuń
  9. iwuś .... Od jakiegoś czasu stosuję podobną metodę i moja też działa. Przed każdym wyzwaniem mówię sobie:" nie będzie łatwo, ale nikt nie dał mi gwarancji, że życie ma być lekkie łatwe i przyjemne". Tak już jest, wyzwania należy podejmować, i nie ma sensu buntować się albo chować głowę w piasek metodą na strusia:) Zresztą każde osiągnięcie, każde nasze zwycięstwo, im jest trudniejsze w realizacji tym bardziej satysfakcjonujące.:)
    A Ty osiągnęłaś bardzo wiele.:))) buziaki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie mówię sobie, że "będzie łatwo, uda się", bo to wyzwala we mnie dodatkowe siły i optymizm! :)
      Nie uważam, że wszystko powinno przychodzić z trudem, czasem pewne rzeczy - pewnie też jako wynik długich starań - nagle przychodzą wcale nie tak trudno.
      Są chwile, że czuję, ile osiągnęłam, a są takie, że nie wiem i ciągle wszystko wydaje mi się za mało. Na szczęście kłócę się z tymi drugimi :)

      Usuń
  10. Stabilizacja u mnie jest uważana w taki sposób – mam do czego wracać. Pod tym kątem patrze na dwie inne lokalizacje, bo jak tu nie wyjdzie, wracam do ojczyzny. A póki co, jestem gdzie jestem.
    Praca powolutku się rozwija, choć więcej przynosi mi finansowych wydatków, niżeli korzyści, ale na korzyści potrzeba czasu w mojej branży. Czasem bardzo dużo czasu.
    Stabilizacja jest dla cierpliwych i spokojnych – bo tymi terminami można określić ogarnięte życie, niekoniecznie materialne.
    Dla mnie stabilizacja duchowa jest dużo ważniejsza od wyglądu mieszkania.
    Nawiasem mówiąc, bardzo przytulnie się urządziłaś :) I widać na zdjęciach, że jesteście z Mozartem szczęśliwe :)
    Ja mam taka metodę – zamiast myśleć "trzeba to zrobić", zaczynam myśleć "chcę to zrobić".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co Aniu, ja też mam do czego wracać w Polsce, gdybym chciała. Problem w tym, że ja nie bardzo chcę, a im dłużej tu mieszkam nad morzem, tym bardziej mi się tu podoba. Zawsze zresztą marzyłam o mieszkaniu nad morzem, tyle że nie sądziłam ileś lat temu, że to morze znajdę o 1000 km od domu rodzinnego.
      Nie jestem ani cierpliwa, ani spokojna, ale z czasem zauważam, że tych właśnie dwóch cech mi w życiu najbardziej brakuje.
      Bez stabilizacji bytowej trudno w ogóle wejść na poziom życia duchowego, bo jak człowiek nie ma co jeść ani spokojnego i bezpieczenego dachu nad głową, to i tak myśli ma głównie zajęte tym, jak przeżyć.
      Dopiero na pewnym poziomie stabilizacji bytowej rozwija się również stabilizacja duchowa. To znaczy u jednych się rozwija, a u innych niekoniecznie. :)
      Zamiast myśleć trzeba robić - no to większość teraz robię!
      I całkiem dobrze mi z tym. :)
      Pozdrowienia serdeczne!

      Usuń
  11. ja nie myślę czy łatwe czy trudne czy się uda czy nie ROBIĘ
    ale nie polecam tej metody wszystkim ;-)
    czasami się właduje w coś takiego, że japierdzielę w trakcie sobie przysięgam, że to ostatni razzz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WIesz, ja też przeważnie szłam przez życie jak taran, nie zastanawiając się, czy coś się uda. Ale kiedy wylądowałam w nie swoim kraju, z robotą nie do końca potwierdzoną, ze stemplem też jeszcze nie wyrobionym (czekam, będzie na dniach i tutaj tytuł TP), to jednak musiałam pewne decyzje mocno rozważyć.
      Dzięki przewidywaniu coraz rzadziej wpierdzielam się, jak to nazwałaś, w coś takiego, żejapierdzielę :)
      Co nie znaczy, że zawsze tak łatwo i dobrze mi idzie. Za każde trudniejsze przedsięwzięcie czymś się płaci. Jak nie pieniędzmi, to zdrowiem lub stanem emocjonalnym (czyli też zdrowiem). Ale jeśli coś robię drugi raz i wiem, że będzie bolało, sstaram się zminimalizować ten ból, na ile jestem w stanie.

      Usuń
  12. Z czasem zawsze jest tylko lepiej, jeżeli się pracuje, nie tylko nad dobrami materialnymi. Ty to wszystko połączyłaś, spięłaś. Jesteś dzielna. Głaski dla koci bez ogonka :* ślicznej Mozart :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez strawy duchowej to takie dziwne życie. W pewnych bardzo stresujących okresach nie byłam w stanie nic: ani książki przeczytać, albo czytałam jedną przez kilka tygodni/miesięcy, ani do teatru pójść, ani cokolwiek innego. Na życie duchowe powoli odnajduję w moim obecnym świecie miejsce. Już i czytam, i oglądam coś ambitniejszego, przyjdzie czas i na resztę.
      Głaski przekazane, Mozart bardzo miziasta wczoraj była po naszym powrocie z koncertu. :)))
      Buziaki Małgosiu

      Usuń
  13. Wrocilam jeszcze raz, bo mialam potrzebe wrocic do troche starszego Twojego wpisu, bede tajemnicza dlaczego, no ale jeszcze raz przeczytalam i ten post i widze ze nic nie napisalam o moich sukcesach i porazkach.
    Najtrudniej mi bylo ponad 10 lat temu, kiedy zostalam diagnoze powaznej choroby, troche mi czasu zajelo zeby pogodzic sie z tym i nauczyc sie zyc z ta choroba, od tamtego czasu wszystko inne stalo sie latwe i jakby niewazne. Zyje z dnia na dzien i ciesza mnie najzwyczajniejsze rzeczy, ciagle mam swoje rozne przyjemnosci, chociazby ksiazki. Nigdy nie przywiazywalam wagi do pieniedzy, ale teraz wiem ze mi ulatwiaja zycie, chociazby to ze nie musze sie martwic o placenie rachunkow np. za prad czy gaz, nie obchodza mnie podwyzki i ogolnie zakupy moge robic bez patrzenia na ceny.
    Oczywiscie ze wolalabym nie miec pieniedzy a miec zdrowie, ale jest inaczej i godze sie z tym, to jest chyba moja zaleta ze potrafie przyjac co mi los zgotuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie dziś tajemnicza jesteś, ale niech tak będzie Marigold. :)
      W życiu za wszystko czymś się płaci, albo po prostu spadają na nas nieszczęścia, i przed wieloma nie da rady się uchronić ani ich przewidzieć. Nie zastanawiam się więc nad tym na zapas, bo to nic nie zmieni. Gdybym kiedyś dostała taką diagnozę, to też dopiero bym się zaczęła zastanawiać.
      Natomiast już teraz wiem, że "lepiej płakać w mercedesie, niż na rowerze", jak to mawiają. Przy czym marka samochodu nie gra większej roli, chodzi o symbol tego, czym jest pewna stabilność materialna, która daje właśnie to, że nie musisz sprawdzać każdej ceny, zanim nie kupisz czegoś. Jeśli ogólnie wiem, że mnie na coś stać, to oczywiście pilnuję się, żeby nie wydawać ponad miarę, ale nie muszę liczyć się z każdym drobiazgiem.
      W odpowiedzdi na Twoje ostatnie zdanie dodam, że każdy by wolał mieć doskonałe zdrowie, niż pieniądze, ale jednak te ostatnie nieco pomagają w pogodzeniu się z ograniczeniami. I cieszyć się tym, co dostaje się od życia mimo tych ograniczeń.
      Pozdrowienia!
      IW

      Usuń
  14. A masz czasami podsumowania negatywne?
    Czyli co mi nie wyszło?
    Ja miałam.Nie chowam głowy w piasek przed sobą i nie udaję -sama przed sobą,że wszystko mi wyszło.
    Ale...teraz,po całkiem długim czasie, już to potrafię- bez płaczu czy żalu nad sobą.
    po prostu dałam sobie kiedyś prawo do błędu.I wiem,że te porażki małe i duże czegoś mnie też nauczyły.
    Gośka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba większość ludzi robi podsumowania negatywne, ale ja akurat nie mam kompletnie potrzeby opowiadania o tym na blogu, poza tym w sumie dochodzę do wniosku, że z każdej porażki wynika jakaś nauka, czyli w sumie to jest i tak jakiś sukces, bo czegoś się nauczyłam. A że nauka kosztuje, to wiadomo nie od dziś.
      Jestem świadoma swoich błędów, ale to ja się sama z nich rozliczam i sama sobie na nie pozwalam, albo raczej daję sobie prawo do prób, bo nie mogę przewidzieć do końca ich efektu. A jeśli jakaś decyzja okazuje się błędna, staram się kolejny raz nie iść w tę stronę.
      Uprawiałam w młodych latach sport wyczynowy, więc już wtedy przerobiłam lekcję o wygranych i przegranych, więc to dla mnie od lat jest normalne.
      Pozdrowienia Gosiu

      Usuń
  15. Druga wiadomość.
    Dwa tygodnie temu, jechaliśmy ok.100km od Twojego niemieckiego domu ..jechaliśmy do Amsterdamu.
    Po kanałach tez popłynęliśmy.Trudno wysyłać pozdrowienia do nieznajomej ale miło było pomyśleć, że prawie"za rogiem" mieszka znajoma.
    Gośka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amsterdam i jego kanały wspominam z wielką przyjemnością! Też sobie czasem myślę o znajomych blogowych, kiedy przejeżdżam przez miasta, z których pochodzą, albo nawet kiedy widzę nazwę ich miast na drogowskazach.
      Pozdrowienia
      IW

      Usuń
  16. Wielkie gratulacje, naprawdę ogarnęłaś mnóstwo. Nie wiem, czy ja dałabym radę, ale skoro piszesz o swojej metodzie - to pewnie bym dała radę, korzystając z niej. Zresztą, my kobiety nawet same nie wiemy, ile możemy zrobić, znieść, dźwigać itd. Bardzo mi się podoba to twoje mieszkanko. Oby ci się dobrze mieszkało. Pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie Iwonko, my kobiety jesteśmy zdolne w tym samym czasie wykonać wszystkie niezbędne do życia czynności, zaopiekować się dziećmi i domownikami, a na dodatek dokonać ważnych zmian w wyglądzie itp. I jeszcze ładnie urządzić mieszkanie. :)
      Bałam się bardzo tego wszystkiego, ale teraz pod koniec tego fragmentu mojej drogi widzę, że dobrze obliczyłam siły i właściwie je spożytkowałam. Dzięki temu osiągnęłam jako-taki spokój.
      Bardzo dziękuję za pozytywną opinię, mnie też się podoba i chętnie w nim przebywam. Będzie dobrze, o ile reszta spraw pójdzie w dobrym kierunku. :)
      Pozdrawiam również ciepło

      Usuń
  17. Krótko mówiąc osiągnęłaś swoją małą prywatną stabilizację - i tak trzymaj :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W większości zakresów tak właśnie jest. W paru innych nie, ale dążę do spokoju. :)

      Usuń
  18. Kiedy zobaczyłam zdjęcie numer 4, złapałam się na myśli: masz firankę w literki? A potem: pewnie to po prostu jakieś naklejki na szybie :) Co do pomagania M, przyznam, że nigdy nie mogłam tego zrozumieć (i trochę podziwiam), że ktoś po rozstaniu dalej utrzymuje kontakt z eks. Ale może to dlatego, że zawistna jestem, poza tym nie mam doświadczenia. Były był jeden, ale tak, jakby go nie było, więc po prawdzie to nie wiem co by było, gdyby.

    Suszarka na kaloryfer? (strzyże uszami)

    Strasznie Ci zazdroszczę tego targu. Gdyby koło nas był jakiś, chodziłabym regularnie. Niby jest jeden warzywniak, ale tuż przy ruchliwej drodze, więc... no właśnie, już wolę kupować w hipermarkecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie firanka, tylko lampa jest w literki :). Kiedy zapalam światło, to tak właśnie świeci po wszystkich ścianach.
      Przyznam, że i ja jestem po raz pierwszy w sytuacji, że korzystam z pomocy kogoś, kto właściwie powinien przestać być częścią mojego życia. Na razie inne wyjścia są zbyt trudne, może z czasem jeszcze bardziej się usamodzielnię.
      Suszarki na kaloryferze nie upolowałam. Ale mam nadzieję, że się znów pojawi, to kupię. :)
      Targ mam o 1 km od domu, mogę dojechać albo dojść i wrócić z średniej wielkości zakupami. I to mi się strasznie podoba. Nie mówiąc już o tym, że towar i świeższy i lepszy niż w markecie, a poza tym często i tańszy.

      Usuń
  19. Twoją metodę stosuję często do spraw drobnych, raczej powszednich i prawie zawsze działa. Do życiowych ogromnych kamieni milowych jakoś się nie odważyłam. Chociaż... sama nie wiem, bo też się u mnie bardzo dużo pozmieniało i też wymagało odwagi. Ta czy inna metoda, a może nawet "bezmetoda" - ważne, że się udało. I po wszystkim człowiek taki zdumiony, że jak to? Było trudne, niemożliwe, a tu ... już oo wszystkim?
    Wtedy chwilowo można odpocząć. I super jest, spokój, stabilizacja. Aż człowiekowi znowu się coś pozmienia i konicznym stanie się wymyślanie nowych sposobów na nowe życie.
    I w sumie to tak właśnie jest fajnie 🙂
    Wszystkiego dobrego Iw!

    OdpowiedzUsuń

Zostaw ślad, będzie mi miło.
Komentarze nie na temat lub hejterskie będą wysyłane w siną dal, gdzie ich miejsce.