piątek, 20 lipca 2018

Przyjaźń dla zaawansowanych

Wiele już napisano o przyjaźni, więc nie będę trwonić słów. Opowiem tylko to, co warto opowiedzieć. Od dawna cenię moich przyjaciół.
Przyjaciół, tych prawdziwych poznaje się w biedzie. A może jeszcze bardziej w chwilach, kiedy dopisze fortuna czy uśmiechnie się szczęście, bo wtedy odpadają Ci, którzy wprawdzie potrafią wysłuchać w biedzie, ale którzy nie radzą sobie czy zazdroszczą nam powodzenia i sukcesów.
Może gdybym nie przeżyła tego, co się działo u mnie ostatnio, nie wiedziałabym, na kogo naprawdę mogę liczyć. A tak po prawdzie, to dowiedziałam się bardzo wyraźnie, że gdyby nie najwytrwalsi przyjaciele, moje przetrwanie w jednym emocjonalnym kawałku ostatniego tego okresu stanęłoby pod wielkim znakiem zapytania.
Sama wiem, że nie jest łatwo wysłuchiwać kogoś, kto jest w rozsypce, szczególnie na samym dnie rowu mariańskiego i jeszcze nie widzi z niego wyjścia. Trudno wtedy znaleźć słowa pocieszenia: 
- Trzymaj się.
- Jeszcze będzie lepiej.
Albo też słów prawdziwego wsparcia.
- Dasz radę, już tyle rady dawałaś!
I chyba właśnie to ostatnie zdanie, wzmocnione wspomnieniami ubiegłych historii i sytuacji, w których sobie poradziłam, było słowem kluczem. Bo to właśnie w tych słowach moi przyjaciele przypomnieli mi w najczarniejszych chwilach, kim jestem i co potrafię.

A teraz najnowsza historia z życia.
Bardzo chciałam pojechać na ślub mojej przyjaciółki na początku sierpnia. To jej drugi ślub i chciałam tego dnia być przy niej i życzyć tego, co powiedziałabym tylko jej.
Jednak moje życie przypomina teraz kolejkę górską bez hamulca, której nie mogę chwilami, i która w dodatku toczy się z górki i co chwila wywija na zakręcie. Którą ja ręcznie próbuję sterować i wyprowadzać na prostą.
A teraz tło, czyli jaka jest u mnie sytuacja.
Przedwczoraj majster Wiesław powiedział mi, że w związku ze zwiększeniem zakresu robót nie może mi zagwarantować, że skończy pracę w terminie. A raczej, że jest pewien, że nie da rady skończyć, bo mimo pracy przez 7 dni w tygodniu prawie przez 12 godzin dziennie, nie daje fizycznie rady zrobić więcej, niż to możliwe.
Zwiększyć zakres robót musiałam z powodu pleśni, po zdjęciu części tapety przy oknie zauważyłam jej wielkie połacie ukryte pod tapetą. Wyszło na to, że zdecydowałam się na zdarcie zaledwie rocznej srebrnej tapety w największym pokoju i wykończenie go całego pod malowanie - ale to oznacza, że cały jeden duży pokój będzie robiony dodatkowo. Przy czym najwięcej roboty jest ze zrywaniem tej tapety właśnie.
Salon do poprawki.
Wzrost kosztów to jedno, liczyłam się z tym, chociaż i tak zaboli. Ale da się odpracować.
Jednak przedłużenie terminu, kiedy ma się wyznaczony termin przeprowadzki, a obowiązki wzywają w międzyczasie do Warszawy to drugie.
Podjęliśmy decyzję, że majster zrobi do przeprowadzki przynajmniej wszystkie pokoje, żeby było gdzie wstawić meble. Jak zostanie mu przedpokój i łazienka, to zostanie w BHV dłużej, a ja opłacę mu samodzielny powrót autobusem do Warszawy. 
Ślub przyjaciółki ma się odbyć na początku sierpnia.
A już z początku lipca córka uzgodniła ze mną termin swojego urlopu, czyli czas, kiedy zabiorę mogą Kicię od mamy, a ona (czyli córka) będzie mogła jechać na urlop, bo będzie miała z kim zostawić swojego kota.
Muszę więc być w Warszawie najpóźniej w pierwszym tygodniu sierpnia i zabrać do siebie od mamy Mozarta.
Okazało się, że na ten ślub mogłabym pojechać tylko metodą: jeden dzień 1000 km wyjazd do Warszawy, drugi dzień ślub, trzeci dzień - powrót 1000 km do Bremerhaven. A potem wrócić do pracy.
I po kilku dniach musiałabym powtórzyć cały przejazd z uwagi na kota.


Ale jak tu przyjechać i podziać się we własnym mieszkaniu w zamieszaniu remontowym ze zwierzakiem. Zablokowałam się na tym problemie na półtora dnia, zanim wymyśliłam rozwiązanie.
Tym bardziej, że jeszcze nie umiem przewidzieć, kiedy dokładnie skończy się remont. Muszę to po prostu gdzieś przeczekać. Mogłabym zostać w Bremerhaven, ale jest jeszcze kot.
Ale najpierw musiałam rozwiązać pierwszą kwestię.
Pozostał mi ... telefon do przyjaciółki.
Z bólem serca odezwałam się do Niej przedwczoraj i opowiedziałam, co się u mnie dzieje.
Odpowiedź, którą usłyszałam, na zawsze mi zostanie w uszach jako wyraz największego dystansu i dojrzałości.
- Rób jak chcesz, to tylko ślub.
A potem dodała, że w sumie nie widzi nic niezwykłego w ślubie ludzi, którzy żyją ze sobą jak rodzina od 9 lat, mając już 6-letniego synka.
Smutno mi bardzo, że nie pojadę. Ale wielki ciężar spadł mi z serducha, że Ona tak to przyjęła.
Potem jeszcze dość długo rozmawiałyśmy na komunikatorze. Ona opowiedziała mi, co czuje w związku ze ślubem, ja jej moje spostrzeżenia. Powymieniałyśmy się bieżącymi sprawami.
I ta sprawa NIC ale to ABSOLUTNIE NIC między nami nie zmieniła.
Wiecie co, jestem szczęściarą, że mam takich przyjaciół. To mój największy kapitał i już wiem, że nie zmieni się, niezależnie od sytuacji.

34 komentarze:

  1. Nie mój biznes, ale jakoś długo się do tego ślubu zbierali;)))
    Iw, prawdziwych przyjaciół poznajemy wcale nie w biedzie ale właśnie wtedy gdy nam nadspodziewanie szczęście sprzyja i wszystko się super dla nas układa.
    No to nieciekawie się układa z tym remontem. Tutaj dość ciekawie brzmią umowy o wynajmowaniu mieszkania- np. w umowie jest zaznaczone, że najemca ma obowiązek częstego wietrzenia swego mieszkania by nie dopuścić do rozwoju pleśni. Jeśli się takowa pokaże to ma obowiązek ją na swój koszt usunąć. Trochę mnie taka umowa zdziwiła, ale tu większość domów to stare lub bardzo stare budownictwo i domy nie posiadają systemów wentylacji. Jedynym systemem wentylacji są...okna, a wielce wskazanym sposobem wietrzenia to robienie przeciągów. Jest to nieco upiorne zwłaszcza zimą w łazience. W Warszawie łazienka była najcieplejszym i najsuchszym miejscem w mieszkaniu, tu jest wiecznie zimno od jesieni do póznej wiosny.
    Trzymaj się szczęściaro;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anabell, czytałam dziś o takich, co brali ślub po 24 latach, więc na to nie ma zasady :).
      Wiesz myślę, że przyjaźń to takie uczucie, do którego po prostu nie wszyscy są zdolni, podobnie jak do miłości. Jednych przerasta ilość plag u przyjaciela, innych ilość sukcesów.
      A dla mnie przyjaciel to człowiek, który Cię na swój sposób kocha (bo ja kocham moich przyjaciół, przynajmniej dopóki ich za takowych uważam) i akceptuje w całości i jest zawsze po Twojej stronie. A komentuje Twoje decyzje dopiero, jeśli się upewni, że właśnie popełniasz epokowy błąd i widzi, że nie zdajesz sobie z tego sprawy.
      Niestety prawie zawsze remont się przeciąga. O ile nie trzeba mieszkać w takim remontowanym mieszkaniu, czyli tak jak miałam w Warszawie, to pestka. Gorzej, kiedy trzeba się tam podziać i jeszcze w międzyczasie zorganizować tam przeprowadzkę. To wtedy robi się hardcore.
      W moim mieszkaniu poprzednia lokatorka ewidentnie za mało wietrzyła. W łazience mam uruchamiający się automatycznie wiatrak i on chyba nieźle daje.
      Ale już w kuchni dużo mi jeszcze pozostało do umycia, choćby filtry w okapie, żeby przestał zalatywać poprzednimi latami gotowania. Da się, ale faktycznie trzeba zrobić przeciąg.
      Mieszkanie zaczyna też już inaczej pachnieć i to kolejny sukces.
      Powoli się to poukłada, ale nie ukrywam, że jest z tym wszystkim trochę roboty.

      Usuń
  2. Pamiętaj na przyszłość, że w Rowie Mariańskim są ekstra rybki. Wiele nawet jeszcze nie odkrytych. Pomyśl sobie, że w takim rowie najpewniej byłabyś syreną, a te bestyjki szybko pływają. I dodaj do tego, że potrafisz sprawnie wypłynąć na powierzchnię, spojrzeć w słońce i... (wiem już, że lubisz światło). Ta jasność powinna Cię zawsze wyrywać z wody. W Rowie jest dla Ciebie zbyt ciemno.

    Nie wiem jakim czasem dysponujesz w dni powszednie (no i czy masz siłę po pracy), myślałam, że można troszkę odciążyć pana Wiesława. Np. niech przygotuje wszystkie ściany pod malowanie, a dokończysz już sama. To jest proste zajęcie, a lepiej chyba żeby fachowiec ogarnąć jeszcze łazienkę.

    Ze ślubu w takich okolicznościach na pewno bym zrezygnowała. Ewentualnie przejrzyj jeszcze linie lotnicze. Ostatnio spostrzegliśmy z mężem, że przeloty są tańsze od naszych przejazdów samochodem. A na taki "wpad" do kraju to idealna sprawa by była.

    Moja przyjaciółka nie była na moim ślubie, bo akurat koleje losu temu "dopomogły". Ja u niej byłam, lecz tak naprawdę obie mamy to samo zdanie odnośnie ślubów. Nie są ważne. Nigdy jakoś nie marzyłam o weselu i sukni. No i wiadomym jest powszechnie, że pobraliśmy się, bo był potrzebny dokument, żebym mogła zostać w Szwajcarii na zawsze. Takie dojeżdżanie na czas określony mijało się z sensem wspólnego życia na stałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, z chęcią bym pozdrapywała tę tapetę, ale nie wiem, kto by mnie wtedy spakował. Mam do przeprowadzki nieco ponad tydzień i jak na razie nie spakowałam jeszcze nic! Nie ukrywam, że i tak mam ataki paniki, chociaż wiem, że w razie czego firma przeprowadzkowa mi pomoże. Ale to też będzie wtedy dodatkowy koszt.
      Z wyjazdu na ślub muszę zrezygnować. Po prostu mnie to przerosło. A temat latania z BHV gdziekolwiek też już przerabiałam, nie ma lotów bezpośrednich, bo miasto leży na uboczu, trzeba najpierw dojechać do Bremy albo do Hamburga, potem tam zostawić samochód (drogi parking), dolecieć i wrócić. W Warszawie bez samochodu poruszać się komunikacją to koszmar, taksówkami drogo.
      Nie wiem, czy zdecydowałabym się w życiu jeszcze na ślub.
      Chociaż z ojcem mojego dziecka pewnie tak, myślę, że to jest tu główny powód i parę innych formalnych.
      Faktycznie wieczne dojeżdżanie i mieszkanie na odległość to zabawa a nie wspólne życie. Dopiero będąc naprawdę razem widać, czy ludzie do siebie pasują. I czy umieją docenić siebie wzajemnie.
      Dobrze, że Wam się to udaje. :)

      Usuń
    2. No to masz groch z kapustą, istne szaleństwo po prostu. Przydałaby Ci się ciężarówka, a nie zwykły samochód, byś mogła zabrać się na raz i mieć spokój.

      My do lotniska też musimy dojechać i to aż do Niemiec, do Monachium, bo ze Szwajcarii nie ma bezpośrednich. I nie parkowaliśmy na parkingu lotniskowym, tylko takim co obok jest (wielkie, rozległe tereny niekryte) i za bilet parkingowy wsiada się do specjalnego autobusu, który wiezie prosto na lotnisko. Multum osób z tego korzysta, bo tak taniej.
      Za 7 dni ok. 60 Euro było... coś koło tego.

      Usuń
    3. Zamówiłam firmę przeprowadzkową, nie wiem czy o tym pisałam. Przecież nie przeniosę tych mebli i rzeczy sama z Wiesławem na plecach. Zwłaszcza na moich. Czyli będzie ciężarówka i będą ludzie do przewiezienia i przeniesienia mojego dobytku o kilka kilometrów dalej. Ale spakować muszę się sama, bo już ta akcja kosztuje bardzo dużo, a dodatkowe pakowanie to też kasa, poza tym wolę sama układać swoje rzeczy, wtedy ich nie zgubię.
      Z uwagi na te skomplikowane łączone loty z przesiadkami póki co się tym w ogóle nie zajmuję. Może kiedyś, jak sobie kupię dodatkowo mały samochodzik czy motocykl do jazdy po Warszawie, to pomyślę o lataniu. Póki co nie latam. :)

      Usuń
    4. Wspominałaś, że może zamówisz.

      Nominowałam Cię.
      Wiem, że nie masz czasu i doskonale to rozumiem, dlatego możesz sprawę olać ja się w ogóle nie obrażę.

      http://ekstraktzycia.blogspot.com/2018/07/mystery-blogger-award.html

      Usuń
    5. Nie biorę udziału w żadnych nominacjach, co wyraźnie napisałam na blogu, więc dziękuję za wyrozumiałość! :) I za nominację jednak też!

      Usuń
  3. Jak zwykle, z zainteresowaniem. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak zwykle miło mi to słyszeć. Pozdrowienia :)

      Usuń
  4. Iwona, ale dlaczego usuwasz plesn na wlasna reke i koszt? To jest sprawa wynajemcy, plesn wyszla dopiero po zdarciu tapety, wiec odbierajac mieszkanie, nie wiedzialas, ze tam jest. Ty mozesz nawet obnizyc czynsz do momentu, do kiedy wynajemca tej plesni nie usunie. Na Twoim miejscu napisalabym pismo do tej Twojej spoldzielni z nieprzekraczalnym terminem do czasu Twojej wprowadzki do mieszkania. Niepotrzebnie wyrzucasz wlasne pieniadze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, zrobiłam dokumentację zdjęciową, mam nadzieję, że mi zwrócą. Wiesz, ja tu nie mam nie wiem ile czasu na wszystko, a więc i nie o wszystkim pomyślałam. Preparat to akurat nie majątek, więcej zapłacę faktycznie za robociznę.
      Generalnie wygląda to tak, że odsłoniłam tę tapetę na własne życzenie, bo przy oknie mi nie odpowiadała (sklejona z kawałków) a na jednej ścianie była poznaczona tyloma dziurami, że by się tego w żaden sposób nie udało uratować.
      W ciągu dnia pracuję intensywnie, kończę po 17, coś szybko wrzucam na ząb,a potem lecę na budowę. I tam dopiero zastaję sytuację, że zdjęta tapeta a na ścianie grzyb.
      Nie miałam siły i energii, żeby dzwonić do spółdzielni. Może jak im pokażę zdjęcia, przyznają mi więcej zwrotu za remont. Póki co facet, który miał się pojawić żeby przybić odstające listwy do podłogi zadzwonił po 1,5 tygodnia, więc im się nie spieszy. A ja tu Wiesława mam na miejscu i termin wyprowadzki na koniec miesiąca. Więc nie mogę sobie pozwolić na czekanie. Już nie. A przecież po potraktowaniu ściany trzeba poczekać 48-60 godzin, potem zaszpachlować, a potem pomalować ściany. Jak zwykle, jak chcę mieć dobrze zrobione, to sama muszę zrobić. Nic nowego. :/

      Usuń
  5. Kurcze, trzeba sie bylo fachowca od zdzierania tapet zapytac jak to sie robi szybko i sprawnie, czyli mua :-)))
    Idzie sie do sklepu, kupuje sie myjke parowa jak sie nie ma (wcale nie sa drogie) i przy pomocy pary i szpachelki usuwa sie tapete elegancko i szybciutko. A przy okazji odkaza sciany. Zeby nie wiem jak mocno siedzial to odlezie przy tej parze.
    Ale sie madrze ;-)
    Masz jazde po zakretach bez trzymanki, ale to sie kiedys skonczy bo co sie zaczelo to sie skonczyc musi, nie da rady inaczej. Tylko kosmos jest nieskonczony a i tak nie wiadomo czy to prawda :-) Ale potem to porzadnie odpocznij, co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym ja Cię miała bliżej, to nie wywinęłabyś się od pomocy! A przynajmniej od pożyczenia tego parowacza. Teraz na resztki dwóch ścian już nie będę tego kupować, tym bardziej, że wcale nie miało być zrywania tej konkretnie tapety, w tym ostatnim pokoju. A okazało się, że jednak trzeba.
      Ano jazda konkretna, jeńców nie biorę, jak to mówią.
      Ale widać już coraz bardziej światełko w tunelu i ono rośnie. I to jest raczej wyjście z tego tunelu niż inny pociąg :))).
      Tak sobie właśnie planowałam ten odpoczynek, ale chyba nie będzie z tym tak lekko. Może coś we wrześniu... Ale ten rok w zasadzie jest na straty. Za to zaczynam korzystać z popołudni i weekendów dla siebie. :)

      Usuń
    2. Iwonko, Twoja rada się bardzo przydała!!! Bardzo Ci dziękuję, bo dzięki Twojej poradzie wprawdzie nie kupiłam już drogiego sprzętu do naparowania (ale będę wiedziała na przyszłość). Na ostatni pokój kupiłam jednak taki sprzęt do rozpylania płynu i majster zastosował go na ścianę. Tajemnica tkwiła w tym, żeby dodać do wody odrobinę płynu do zmywania!
      I poszło. W jeden dzień cała tapeta zeszła, w niektórych miejscach taka nawilżona płatami schodziła. W innych klej trzymał mocniej i majster musiał się namachać. Ale wszystko zeszło, wczoraj już wyrównywał ściany, dziś najpóźniej gipsuje i jutro będzie szlifował. A potem zostanie tylko malowanie. W międzyczasie, kiedy schnie mu ta masa na ścianie robi inne pomieszczenia, czyli kuchnię i łazienkę. A że w łazience jest tylko sufit, bo płytki są do samej góry, to ta robota szybko mu pójdzie. Zaczynam patrzeć z nadzieją na termin zakończenia robót. :)

      Usuń
  6. Chyba przekazałaś mi jakieś niewidzialne fluidy, bo również myślałam o wpisie na temat przyjaźni. Póki co jednak, jeszcze chwila upłynie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma w tym temacie bardzo osobiste przemyślenia, bo z przyjaźnią u mnie to najchętniej po grób. Chyba, że się po którejś stronie wypali, to nie ma co się zmuszać.

      Usuń
  7. No zle ze ta plesn, ze tak duzo dodatkowej pracy, ale przeciez musi byc zrobione dobrze.
    Dobrze ze jakos to mozna rozwiazac zeby i przeprowadzka sie odbyla, pakowania nie lubie, ale zawsze w zyciu podchodze spokojnie jak wiem ze cos musi byc zrobione.
    Dla mnie przyjazn to cos bardzo wyjatkowego, mam ogromne wymagania w tym temacie. Mialam szczescie miec prawdziwa przyjaciolke przez 5 lat studiow, bylysmy nierozlaczne, dali nam nawet wspolna prace magisterska, bo to bylo wrecz oczywiste. Z koncem studiow podjelysmy decyzje rozejscia sie na zawsze, chcialysmy zachowac wspomnienie przyjazni takiej jak byla, idealnej, nie moglysmy przeciez kontynuowac tej przyjazni w ten sam sposob. To byla jedna z najlepszych decyzji mojego zycia, moja przyjaciolka, jest ciagle piekna i mloda, wrazliwa, dobra, delikatna i bardzo kochana, dlugo bym mogla pisac o jej zaletach i wiem ze dla niej tez jestem ciagle ta sama mloda, kochana dziewczyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano musi Marigold, nie zostawię sobie przecież tej pleśni do wdychania. Przeprowadzka odbędzie się tak czy siak. Jak czegoś nie zdążę spakować, liczę na pomoc firmy, jeszcze to z nimi ustalę. Zresztą nie sądzę, żeby na ten dzień mieli inne zlecenie. Jak im dłużej zejdzie to mi więcej policzą, to proste.
      Przyjaźń dla mnie to też coś wyjątkowego, ale nigdy nie chciałabym stracić swoich przyjaciół z oczu. Zapłakałabym się. Oni mi są potrzebni do życia, a nie żeby pozostawać w pamięci. Jak widać Wy obie byłyście tego samego zdania, więc gratuluję decyzji i wspaniałych wspomnień. Ludzie są różni :)

      Usuń
  8. Kiedyś czytałam, że przyjaciele nie są od prawienia komplementów, tylko od dawania właściwych rad we właściwym momencie i mówią co naprawdę myślą...
    Gratuluje nominacji blogowej, remontu nie zazdroszczę;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Jotko. Też wiele rzeczy czytałam, ale nie ze wszystkimi się zgadzam. Wiesz, jestem już w takim wieku, że bardzo rzadko potrzebuję rady, a jeśli już to na tyle dojrzałam, żeby umieć o nią poprosić. I nie uważam prawienia uczciwych komplementów za nic złego, wprost przeciwnie. To właśnie od przyjaciela powinniśmy usłyszeć dobre słowo, bo reszta świata niekoniecznie doceni nasze wysiłki.
      W mojej historii poszczególne jej etapy i tak naznaczone są remontami, więc chyba już się przyzwyczaiłam. Na pewno nie jest to ostatni.
      Dziękuję, ale ja się zawsze wyłamuję z tych nominacji, po prostu nie czuję potrzeby odznaczeń. A moich znajomych blogowych doceniam komentarzem i dobrym słowem właśnie. :) Myślę, że są z tego zadowoleni!

      Usuń
    2. Mówiąc o komplementach, miałam na myśli fałszywe pochlebstwo, a dobre słowo warto powiedzieć każdemu, bo niby dlaczego nie?

      Usuń
    3. W Polsce dominuje opinia, że chwalenie ludzi rozpuszcza. Od dziecka jestem temu przeciwna. W moim życiu więcej dobrego zrobiło kilka pochwał od osób dla mnie ważnych (dziadek, nauczyciele), niż połajanki tych, którzy postanowili mi dopiec. Pamięć mam niestety czy stety jak słoń i wszystkie te słowa we mnie zostały. Z niektórymi opiniami zachowanymi w sercu walczę od lat, żeby je zmienić na pozytywne i nadal nie ze wszystkimi mi się udaje. A prawdziwa pochwała potrafi mi dodać skrzydeł. O dziwo ludzie nie umieją często chwalić, nawet jeśli mają dobre intencje, to właśnie wolą doradzać czy krytykować, co według mnie jest bez sensu i niesie z sobą niewiele dobrego. :)

      Usuń
  9. Iw mogę tylko pokiwać głowa ze zrozumieniem, po zdjęciu płyt regipsowych ze ścian naszej chałupy, ukazał nam sie widok nędzy i rozpaczy ...i zagrożenie zawaleniem!! połowa belek przegniła do wymiany. Budujemy normalnie dół naszego domu. Śpimy i żyjemy na budowie a ja już nie mam siły.Potrwa to dwa razy dłużej niż planował nasz majster. nie zazdroszczę Twojej sytuacji i tylko zal, ze nie możesz byc na tym ślubie. Trzymaj się kochana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, w przypadku domu zbudowanego na szkielecie z belek to naprawdę groźne, ale lepiej, że się tego dowiedzieliście wcześniej, bo możecie działać. Gdybyście to tak zostawili i zaklajstrowali jak poprzednicy naprawdę mogłoby się w pewnej chwili zawalić. Współczuję tego placu budowy, mieszkałam na takim długo w poprzednim domu i zdaję sobie sprawę, jak bardzo to uciążliwe!
      Ty też się trzymaj. Też nadal żałuję :(

      Usuń
  10. Iv, moje doświadczenie z przyjaciółmi jest takie, że poznaję ich kiedy jest bardzo dobrze i kiedy jest bardzo źle. To samo niestety dzieje się w rodzinie. To boli, ale na szczęście mam taki charakter, że jak ktos mi mówi, że jednak nie dam rady, że i tak bez czyjejś zgody nie pójdę dalej - myli się ogromnie bo udownodnie że i tak jestem lepsza i niczyjej łaski nie potrzebuję.
    Iv super że masz takich przyjacioł. Doceniaj. :) byleby za kilka lat jednak koleżanka nie wypominała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sikoreczko, też mam mocny charakter i potrafię często dokonać rzeczy, o których ktoś mówił, że to niemożliwe. A ja jeśli mam dobry plan i widzę szansę na powodzenie, to staram się przynajmniej spróbować. I dzięki tym próbom doszłam już wiele razy do celu.
      Z rodziną jestem tylko najbliższą, inni się wykruszyli. A jeśli kogoś nie obchodził mój los przez ostatnie ...dziesiąt lat, to nie muszę poświęcać takiej osobie uwagi.
      Doceniam, a Przyjaciółka (nie koleżanka, koleżanek mam oprócz tego kilka, a przyjaciółki na wagę złota i na palcach jednej ręki liczę) na pewno mi takiego numeru nie wytnie. Tym bardziej, że wie, przez co tu przechodzę i ile mnie to kosztuje. Pozdrowienia i dobrze, że się trzymasz mocno tego, co sobie postanawiasz, to dobra cecha!

      Usuń
    2. To dobrze. Też mam kilka koleżanek ale przyjaciółek dwie i jednego przyjaciela. z ławy szkolnej, od najmłodszych lat jedną, druga to moja mama a przyjacielem jest mój mąż.

      Usuń
    3. Nie ma nic lepszego, niż mieć przyjaciela za męża. Oraz przyjaźnić się z własną mamą. :)

      Usuń
  11. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że żyjesz w ciągłym remoncie. (ja wiem, że ludzie lubią rożne rzeczy, i to absolutnie nie przygana). Jedni biorą udział w maratonach, inni w marszach majowych, a Ty w remontach. Trzymam kciuki zeby się jak najszybciej skończył, bo mimo, że nie mam doświadczenia (na czas remontów uciekam na drugi koniec świata) to zdaję sobie sprawę, jak bardzo bywają czaso-żrące.
    Co do przyjaciół, to lepiej mnieć mniej, ale za to tych wypróbowanych w bojach. W naszym wieku (w sensie, że w wieku młodym średnim) zwykle człowiek już trochę kopniaków od życia zebrał, i wie od kogo się trzymać z daleka, a do kogo można dzwonić w środku nocy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieprzu już jakiś czas temu stwierdziłam, że remonty są moją karmą, niektórzy lubią to słowo, innym nie mogę pomóc. Wystarczy zerknąć na ostatnie kilka lat. I może to jest tak, że inni nie piszą tyle o remontach, bo mogą sobie uciec na drugi koniec świata. A ja sama prowadzę moje remonty, a nie żaden facet dla mnie (jeden był tylko taki, tu w Niemczech). I trudno, żebym nie pisała o czymś, co jest ważną dla mnie życiowo sprawą.
      Pewnie w poprzednim życiu byłam pilotem bombowca i sporo narozwalałam, teraz trzeba to odbudować. :)))
      Przyjaciół mam dosłownie kilkoro, za to takich, na których mogę liczyć.

      Usuń
  12. Już ani słowem nie pisnę nic na temat naszego (całej trójki) wielkiego zmęczenia po jednorazowym przejechaniu ok. 300 km. Kiedy tu mowa o 1000.. o matko jedyna!
    Z przyjaciółką nadrobicie innym razem - chodzi mi o spotkanie na żywo. Takie osoby to prawdziwy skarb. Wcale niełatwo znaleźć człowieka, który potrafi wczuć się w sytuację drugiej osoby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt. Dla mnie przejechanie 300 km wydaje się w tym momencie weekendową wycieczką :).
      Na pewno nadrobimy z przyjaciółką, chociaż muszę przyznać, że od zbyt dawna jestem ciągle w szponach jakiegoś przymusu. Bo jak nie dokończę remontu teraz i się nie przeprowadzę, to będzie duży problem. Cieszyłabym się, mogąc powiedzieć: wreszcie dotarłam do miejsca, które mi się podoba i jest moim domem na długo.
      Pozdrowienia

      Usuń
  13. Takich przyjaciół można tylko pogratulować :-)

    OdpowiedzUsuń