piątek, 29 czerwca 2018

Batalia

Moją kicię Mozart znacie od lat.
Ci, którzy czytali trochę więcej wiedzą, że cierpi na nie do końca zidentyfikowaną chorobę, manifestującą się pękaniem na coraz dłuższych fragmentach ogonka wzdłuż. Leczenie dermatologiczne trwało od 2015 r. 
Mozart była leczona na rzekomą (bo do końca nawet lekarka nie wiedziała, na co) alergię zastrzykami z dużą dawką steroidów. O ile leki te na początku bardzo pomagały i ogon leczył się na dobre pół roku, z czasem ich działanie było coraz krótsze.
Kiedy ostatnio podana w maju tego roku dawka wystarczyła dosłownie na dwa i pół tygodnia, zrozumiałam, że sytuacja jest dramatyczna. Kot, który ciągle cierpi i niemal nieustannie jest skazany na chodzenie w kołnierzu, spędzający życie właściwie tylko od zastrzyku do zastrzyku, które już w dodatku nie pomagają, ma w zasadzie niewielki wybór. W naturze pewnie już dawno byłoby po niej.

Kiedy jednak córka zniosła mi tę kotkę do domu osiem lat temu, nie miałam serca wysłać ją do schroniska, mimo że naprawdę broniłam się przed posiadaniem kota.
Biegała sobie potem kolejne lata po ogrodzie, będąc kotem wychodzącym w Warszawie. Tak samo chciałam urządzić jej życie w Niemczech, bo też mieliśmy tam ogród.
Niestety okazało się, że albo ona była coraz słabsza (już w trakcie leczenia sterydowego), albo otoczenie tak niebezpieczne, bo wróciła trzykrotnie tak poraniona, że już się baliśmy o jej życie.
Na pewno rany goiły się trudniej i dłużej także z powodu przyjmowanych leków.
Dodatkowo oprócz sterydów lekarze w Niemczech poradzili mi stosowanie leku na atopowe zapalenie skóry. Przez pewien czas ten lek spowolnił trochę chorobę, ale nie na długo. Wreszcie i on też koniec końców ją osłabiał.
I wtedy przypomniałam sobie sugestie dwóch albo nawet weterynarzy, którzy zastanawiali się, czy aby ten pękający ogon nie ma przyczyny w tym, że jej ogon był już dawno temu złamany i to w dwóch miejscach. I czy to nie słabość skóry w tych miejscach jest faktycznym powodem jej ponawiającego się pękania. Wiele psów i kotów łamie sobie podobno ogon w chwili porodu, kiedy jest jeszcze bardzo miękki, a one wypadają w nowe życie i tak nieszczęśliwie padają, że im się te ogonki łamią.
Brzmiało to dla mnie logicznie, a przynajmniej dawało nadzieję.
Amputacja to była zarazem pierwsza propozycja weta, do którego Mozart trafiła właśnie do tej pierwszej przychodni.
Po tym, jak ostatnio przestały praktycznie działać końskie dawki sterydu, postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę: obciąć jak najwięcej ogona z całą tą pękającą przez lata częścią.
Amputacja ogona to podróż w jedną stronę. Bo on już nigdy nie odrośnie, kot to nie jaszczurka.
Ponadto w tle ciągle będzie obawa, czy alergia nie pojawi się w innym miejscu ciała. Jeśli to faktycznie jest/była alergia.
Jak wiecie jestem obecnie w jednym z bardzo trudnych momentów życiowych. Tuż przed drugą przeprowadzką, tym razem w Niemczech. Przed kompletną zmianą życiową i kolejnym życiem w pojedynkę.
Ale w tym wszystkim przecież nie mogłam ot tak poddać się i nie dać jeszcze tej jednej szansy Mozartowi.
Zdecydowałam się iść do jej pierwszej wetki i tam właśnie wykonać zabieg amputacji ogona. Nie mówiąc o kosztach, które są w Polsce o wiele niższe, niż w Niemczech, liczył się też fakt, że ci lekarze znają Mozarta od kociaka i znają całą jej historię, a ja nie muszę jej już szczegółowo opowiadać i uzasadniać.
Po opowiedzeniu, jaką drogę przeszłyśmy z Mozartem lekarze potwierdzili mi, że faktycznie już zrobiłam dla niej wszystko, co mogłam. A amputacja nie musi, ale może ma szansę być jej ostatnią deską ratunku.
Toteż jadąc tym razem w ubiegłą niedzielę z Niemiec do Polski, zdawałam sobie sprawę, że w poniedziałek rano odbiorę koteczkę od mamy i zawiozę ją praktycznie od razu na stół operacyjny.
I tak się stało.
Jej operacja przebiegła sprawnie, efekt był dobry, a kot przeżył. Po około półtorej godziny dostałam telefon, że mogę odebrać pacjentkę.
Wetka pouczyła mnie o możliwych efektach głębokiej narkozy, w której musieli operować kotkę. Ogon to bardzo unerwione miejsce i trzeba było wprowadzić ją w głęboką narkozę.
Jednym z mniej znanych objawów po głębokiej narkozie w kilka godzin po wybudzeniu była prawdziwa wścieklica, która ogarnęła moją kicię. Do tej pory mam podrapaną do żywego lewą kostkę. Nawet nie wiem, kiedy to nastąpiło.
Wiedziałam, że taki objaw może nastąpić, ale rozmach tego ataku szału był tak przerażający, że się aż takiego nie spodziewałam. Zaczęłam bombardować lekarkę SMSami, że boję się o kotkę, że na pewno ją tak boli (takie były reakcje) i że na pewno nie działają środki przeciwbólowe. Kicia była wykończona, a ja chyba jeszcze bardziej - emocjonalnie.
W efekcie wetka przyjęła nas jeszcze wieczorem i o 22 podała koteczce dodatkową porcję leków przeciwbólowych. Przypomniała mi jednocześnie o tym, że uprzedzała mnie o tej reakcji i że radziła wręcz zamknąć na ten czas kota, żebym mogła pójść spać. I ona też.
Po tej wieczornej wizycie zrobiłam, co radziła wetka. Z ciężkim sercem zostawiłam Mozarta na resztę nocy w kontenerku w oddzielnym pokoju i zamknęłam drzwi. Jeszcze się jakiś czas rzucała. Po czym wreszcie przestałam ją słyszeć. Poszłyśmy spać. Następnego dnia reagowała już jakby nigdy nic, słodki niewinny kotek, jakby nic się nie stało, a ona nie porwała na strzępy ręcznika, którym jej nakryłam kontener (mojego ulubionego, nowego, jakaś zemsta za ogon musiała być!). Jednak w pełni objawy wścieklicy opuściły ją dopiero w pierwszej dobie po operacji po południu.
Wtedy obie znów padłyśmy spać.
Pierwsza doba była więc jeszcze próbą, ale już łagodniejszą.
Na kontroli pani doktor orzekła, że ogonek, a raczej kikutek goi się dobrze.
Wczoraj, czyli w czwartej dobie po operacji kicia dostała kolejną, czwartą dawkę antybiotyku i leków przeciwbólowych na 24 godziny. Idziemy na kontrolę dopiero w sobotę, czyli jutro.
A na kolejną w poniedziałek.
W dziesięć dni po operacji, czyli w środę będą zdjęte szwy. Po tym wszystkim zdecydowałam się zostać te kilka dni dłużej i przesunąć remont mieszkania w Niemczech. Nie chciałam z chorym kotem zostawiać moją mamę. Wprawdzie załatwiła sobie już nawet transport do przychodni na zdjęcie szwów, ale gdyby się coś działo pozostałaby bez samochodu zdana tylko na siebie. A mamie ostatnio też już zaczyna siadać zdrowie. A chcę a raczej muszę zostawić u niej jeszcze kicię na miesiąc, dopóki się nie przeprowadzę do nowego lokum.
Dlatego decyzja przyszła mi łatwo i nieodwołalnie. Przedłużyłam pobyt o tydzień. Majster zapewnił mnie, że zdąży z moim remontem w 2,5 tygodnia, zatem ja zdążę z przeprowadzką do końca lipca, to jest zgodnie z planem.
Kicia przychodzi już do mnie wieczorem na brzuszek, układa się do spania. Jak widać nie ma mi za złe tego, co się stało, chociaż kiedy na chwilę zdejmuję jej kołnierz, żeby mogła się umyć traktuje ten dziwny krótki twór zamiast ogonka z fochem, jakby nie należał do niej. Szybko jej zakładam kołnierz, bo nie umie się umyć, omijając ogonek. A nie chcę, żeby się tam urażała.
Za to w kołnierzu wszystko nagle przychodzi jej łatwiej. Tego drapaka przez pierwszy miesiąc w ogóle nie zauważała. Nakłoniłam ją do używania dopiero jak zaczęłam się z nią przy nim bawić. Teraz jest jedyny i niepowtarzalny, wreszcie porzuciła stary i za mały i drapie w pozycji wyprostowanej.
Mam nadzieję, że nauczy się żyć w nowym nieco zmienionym ciele i będzie równie sprawna, co dawniej. Pierwsze próby wskazują na to, że nie będzie problemów: bez najmniejszego problemu wskakuje na najwyższe komody w domu i blaty.
Teraz najważniejsze jest, żeby doszła do siebie i zarosła do końca. Skóra zagoi się w ok. 10 dni. Tkanka kostna zarasta dłużej. Tak więc pełne zagojenie nastąpi za ok. 2 miesiące. Wtedy też kicia zapomni, że miała ogon.
Teraz bardzo jeszcze na wszystko uważam. Nie zdejmuję jej kołnierza, bo zbyt groźne byłoby, gdyby sobie pogryzła tę końcóweczkę. Nawet dokupiłam kołnierz o numer większy, w którym nie może jeść, bo w bardziej dopasowanym sięgała do ogona i starała się wykonać podstawową toaletę.
Kikutek od wczoraj już w zasadzie się nie przesącza, więc dziś zmieniłam pościel, bo trzeba wyprać te wszystkie krwawe kleksy, które kiteczka wszędzie pozostawiała. Do wyprania pozostały jeszcze poduszki na krzesłach. Ale pościel poszła na pierwszy ogień, bo była cała upstrzona krwawymi stempelkami.
Powoli obie dochodzimy do siebie. Już druga w miarę spokojna noc za nami.
Lekarz mówił, że kicia będzie się stopniowo uczyła zupełnie nowej mechaniki, skakania, przemieszczania się itd. 
Nie wiem skąd, ale mam wrażenie, że moja kicia jest nieprzeciętną wojowniczką, bo akurat teraz zaczęła wyczyniać takie akrobacje, o których nawet wcześniej jej się nie śniło. Oto przykład:

Proszę zwróćcie uwagę, że ona stoi sobie na słupku, który ma max. 6 cm w obwodzie, przy czym drapak nie jest przymocowany do podłoża. To ostatnio jej najnowsza metoda, żeby wyprosić wypuszczenie na balkon.
Wypuszczam, a jakże, doszły nowe mocniejsze szelki i dłuższa smycz.
I dajemy radę.
Na balkonie zachowuje się już tak samo, jak poprzednio, jest nawet rytualne turlanko. Na swoim drapaku bez półki teraz już bardzo lubi przesiadywać.
Nie ma mowy o tym, żeby zeszła. Tu trzeba ją ubrać w szelki i otworzyć balkon.
Mam nadzieję, że tę batalię wygramy i skóra już jej nigdzie więcej nie będzie pękać.
A tak wygląda przytulny kot nocą.

28 komentarzy:

  1. Dzieje się. I nie wiem czy patrzeć optymistycznie i postawić :) czy przeciwnie (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano dzieje się i tak naprawdę jeszcze nikt nie wie, w którą stronę to pójdzie. Ja nastawiam się optymistycznie, bo inaczej po co by to wszystko było. :)

      Usuń
  2. z żadnym kotem tyle nie przeszłam, współczuję

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Należysz do tej grupy szczęśliwców, którzy mają koty głównie dla radości. Może i nam to już wreszcie będzie pisane.

      Usuń
  3. Za duzo plag na biednego malego kotecka sie zwalilo, ale to chyba bylo jedyne logiczne wyjscie, zwlaszcza ze nie do konca bylo wiadomo, skad sie te spekania biora. Wspolczuje kocince, wspolczuje Tobie, ale teraz trzeba byc dobrej mysli. Dosc juz chorob, limit dawno zostal wyczerpany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żaden lekarz, nawet i dermatolog tak do końca nie był pewny tych wyników. Ani żaden nie powiedział, na co kotka miałaby być uczulona. Zatem wyjście było jedno. Oby się okazało, że moja intuicja mnie nie zawiodła. Też już mam dość tych wszystkich chorób, czuję się jakby ktoś rzucił na mnie jakiś zły czar.

      Usuń
  4. Ojej Mozart... Zdrówka życzę. Oby już tylko było lepiej.
    Powodzenia dla Was.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy nadzieję, że będzie lepiej. Uściski Sikoreczko!

      Usuń
  5. Dziwnie tak bez ogonka, ale nie dało się inaczej, więc co poradzić. Oswoi się z tym, Ty też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dało się, trzymajcie razem ze mną kciuki, żeby to cierpienie się opłaciło i dość już tego żeby było.

      Usuń
  6. Znam kotki, które żyją bez ogonków, bez łapek... Żyją! I dają radę. Mozart też da. Da radę!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wiem, że można. Oby Mozart dała radę.. I ja.

      Usuń
  7. Też bym ratowała, gdybym miała takiego kota, ale jak to czytam to odechciewa mi się mieć kota. Mam jednak nadzieję, że już Mozart będzie w dobrej formie ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano trafił mi się chorutek. Najgorsze widzieć, jak taki zwierzak cierpi przez lata i nie móc mu pomóc. Jeśli ta operacja nie pomoże, to już nie mam innych pomysłów. Oby!

      Usuń
  8. Bardzo mi jej zal i ciebie tez! Jak to wszystko przetrwacie, to powinno byc juz tylko dobrze, i tego wam zycze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz to tylko kciuki i przeczekajmy, zobaczymy co z tego wyniknie.

      Usuń
  9. Wam obu życzę dużo zdrowia i miłego, letniego wypoczynku. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko, dziękujemy za życzenia. W tym momencie o wypoczynku jeszcze nie mam jak nawet pomyśleć. Może na jesieni.

      Usuń
  10. Bardzo, bardzo duzo przeszlyscie obie. Tez mialam w przeszlosci duzo ciezkich przezyc z moim psiakiem, ktory mial obsesje gryzienia ogona do krwi, nawet w agresji, tak jakby ten ogon byl jego wrogiem, gdyby nie mial zalozonego kolnierza to chyba bylaby to walka na smierc i zycie. Wiele miesiecy spedzil w tym kolnierzu, musial nauczyc sie jesc w nim, spac, nie bylo innego wyjscia. Musialam wykazac duzo cierpliwosci. W zasadzie szybko nauczyl sie zyc w tym kolnierzu, mial kilka na zmiane, zebym mogla umyc, co jakis czas kupowalam nowe, bo w czasie zabawy kiedy gnal za pileczka czy wydobylam ja z krzakow niszczyl je. W koncu doczekal zdejmowania kolnierza, tak stopniowo, na czas zabawy, az do zupelnego zdjecia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marigold, nie wiedziałam o Twoim piesku. To faktycznie miałaś z nim też dramatyczne przeżycia. Współczuję. Wiem też, że po przejściu czegoś takiego wiesz, co to znaczy cierpiący i mający ataki nerwowe zwierzak. Moja od dwóch ma wymioty w środku nocy. Doszło do tego, że już jej ten kołnierz zdjęłam. Miałam wrażenie, ze sobie naciskała na krtań podczas jedzenia, bo to ewidentnie były te momenty. Albo kłaczek, nie mam pojęcia. Chyba jej dziś lub jutro kupię maść antykłaczkową.
      Ogona i tak na szczęście nie obgryza, miała tylko na początku trochę prób, ale potem sobie odpuściła. I ogonek jest już prawie zagojony. Natomiast jeszcze trochę pewnie potrwa do pełnego wyleczenia...

      Usuń
  11. Też miałam problem z psim ogonem. Nasza Aza jak witała nas po po powrocie do domu, tak machała ogonem, uderzała nim o ściany, że aż ten ogon sobie uszkadzała do krwi. I co się jej zagoił to zaraz znowu krwawił. Może też wcześniej był uszkodzony, nie wiem. W każdym razie weterynarz poradził,żeby jednak skrócić jej ogon i tak zrobiliśmy. Problemy się skończyły a dla nas, czy miała cały ogon czy pół i tak była najpiękniejsza i najukochańsza. Myślę, że i Twoja Mozart będzie już zdrowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może u Mozarta było podobnie i też sobie uszkadzała ten ogon skacząc i wywijając nim, tym bardziej, że ciągły niemal stan zapalny doprowadzał ją na skraj załamania nerwowego, a razem z nią i mnie, czy nas - jej opiekunów.

      Usuń
  12. aha, czyli tak sprawy zaszły, że konieczna była korekta długości kota... jak mus, to mus... ale po takim zabiegu kot szybko zaczyna normalnie funkcjonować, kłopot może mieć tylko z komunikacją z innymi kotami, ale z tego co wiadomo, Mozart zbyt rozległego życia towarzyskiego w tych kręgach nie prowadzi, a z ludźmi szybko się dogada i bez ogona, np. Mozart fanclub działa, jak działał...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korekta długości ogona brzmi bardzo elegancko. :) I tego się będziemy trzymać. Ona w zasadzie już od wczoraj ma zdjęty kołnierz, skacze gdzie i jak chce, więc nie sądzę, żeby motoryka bardzo ucierpiała na tej korekcie.
      Jej ludź, czyli ja, jestem z tym pogodzona. Kotek wygląda teraz trochę jak królik, ale po uszach widać nadal, że to kot. I zostały jej wszystkie dobre cechy, za które tak ją lubię. Pozdrowienia dla fanklubu Mozarta przede wszystkim dla Prezesa!!! :)))

      Usuń
  13. Iw!Znam kota bez ogona, który ma się świetnie i dobrze sobie radzi, a był jeszcze przecież filunek _ Bezogonek:) Tak ze ja też optymistycznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powoli patrząc, ile ma teraz energii i jak dobrze już teraz sobie radzi, nabieram nadziei. Oby tylko ta cholerna choroba nie powróciła, to już wiem, że sobie poradzimy! :)))

      Usuń
  14. I bez ogonka jest śliczna - niech się szybko wszystko goi i już więcej nie pęka :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na razie czekamy na wygojenie tej zeszytej ranki, czyli szwu. Jak to się uda, z czasem będzie coraz lepiej. Też uważam, że mała wygląda ślicznie czy z czy bez. A najważniejsze, że wraca do zdrowia. I jakoś na pozostałym fragmencie ogonka nie widać żadnych pęknięć. Więc oby to już był koniec tych problemów!

      Usuń