piątek, 4 maja 2018

Jak nie robić nic?

Parę dni temu udało mi się po długim czasie porozmawiać chwilę z dawnym znajomym. Jacek jest couchem i dobrze sobie radzi nie tylko z couchowaniem innych, ale i z własnym życiem, co wcale nie jest takie jednoznaczne. Rozmowa zeszła na drogi osiągnięcia spokoju w życiu.
- Spróbuj czasem nie robić nic. - Rzucił mi Jacek lekko niczym piórko koliberka. To często bardzo porządkuje rzeczywistość. - dodał ze znawstwem.
- Ale niektórym trudno jest nie robić nic, bo pojawiają się wyrzuty sumienia, lęki, że czas ucieka albo jakieś okazje zwiewają tak szybko niczym ścigane przez lamparta na sawannie.
A że zapoznało się swego czasu ze stosowną literaturą, czyli poczytało się o zen, uważności, medytacji, poczyniło się też kilkakrotnie próby sesji medytacji, to się już wie, że nie jest tak łatwo z tym nicnierobieniem.
Ale czego się nie robi dla osiągnięcia spokoju. Świętego.
I najważniejszego w życiu przecież.
No więc obudziłam się rano i już wiedziałam, że to będzie ten dzień. W końcu majówka jak żaden inny czas nadaje się do odprężenia, leżenia do góry kokardą i kontemplowania ciszy, spokoju, relaksu, i nicnierobienia właśnie.
Czyli wstałam i pomyślałam, że dobrze byłoby nie robić nic. Ale przecież taka brudna nie mogę nic nie robić. No więc najpierw prysznic. Potem zaczęło mi bulgotać nieprzyjemnie w brzuchu. Trzeba było zrobić śniadanie. A że dbam o swoje wnętrze oraz o to, co do niego wkładam, trzeba było posiekać warzywka na patelnię, podsmażyć je, poczekać aż zmiękną, a potem zjeść. Naczynia brudne. A ja zmywarki jeszcze nie mam. No dobrze. To tylko szybko uruchomię ręczną zmywarkę a potem to już nic nie będę robić!
No ale jeszcze kawa. Kawę parzę teraz w imbryku. Imbryk wstawiłam, za pięć minut będzie kawa. Otworzyłam drzwi balkonowe, żeby sobie wygodnie usiąść na tarasie, nacieszyć uszy śpiewem ptaków, a oczy zielenią. Oj, jak przyjemnie będzie tutaj usiąść...


No może nie do końca. Bo na stole i na płytkach zauważyłam nagle grubą warstwę żółtego pyłku.

No przecież to mi się zaraz naniesie do salonu, do całego mieszkania na kapciach. A przecież odkurzacza jeszcze tu nie mam, a córce oddałam pożyczony dwa dni temu.
No więc złapałam za ściereczkę, przetarłam stół. A potem za wiaderko z mopem i przejechałam taras...

Oooo, od razu lepiej!
Kawa się doparzyła w międzyczasie, właściwie prawie wystygła. Podgrzałam więc wodę w czajniku, żeby dolać.
Taaaaak. Teraz to sobie tylko posiedzę, poczytam, wypiję kawę.

Ale zaraz. Czy to można tak czytać, kiedy ma się nic nie robić? Przecież książka generuje setki dodatkowych myśli, przemyśleń, refleksji. A ja się od tych pobocznych myśli właśnie miałam uwolnić!
Stwierdziłam jednak w upale, że ta kwestia mnie przerasta. I że pozostanę w swojej niewiedzy i jednak poczytam moją książkę.
- Dobrze, że łóżko mam pościelone... - pomyślałam niestety za chwilę. Ale tam tak chłodno w tej sypialni. A na dworze tak gorąco. Może by tak okna otworzyć i wpuścić tego powietrza gorącego. To się przyda.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Gorące powietrze wtargnęło do sypialni i całkowicie ją odświeżyło.
W tym samym czasie odsłoniło jednak też haniebnie brudne parapety zewnętrzne, też pełne tego żółtego pyłku. Szybko chwyciłam za ściereczkę i zaczęłam przecierać. Jeden parapet - o raju, jakie to brudne!
Drugi parapet - nie doczyszczę tego, a przecież to taki ładny parapet, wolę przecież wyglądać na taki umyty. No dobrze. Może być. 
Ale te okna, i ramy - pomyślał mój mózg zdradziecko.
- Dziś nie będzie mycia okien - odparłam atak odważnie. Naprawdę nie miałam chęci na mycie okien. - Wracam do książki - dodałam stanowczo.
Książka na szczęście okazała się bardzo ciekawa. Poczytałam chyba całe piętnaście minut.
Aż tu nagle przypomniałam sobie, że przecież ja mam tyle prania do zrobienia. Co było robić. Nie chcę wyjechać bez wyprania tego, co tu zostaje. Wstawiłam więc pranie, potem kolejne. Na szczęście pogoda sprzyjała, więc mogłam wywiesić wszystko na tarasie.
Po zrobieniu i wywieszeniu prania okazało się, że trzeba by teraz coś zjeść. Poszłam więc posiekać i pokroić trochę warzyw.
W międzyczasie, czyli między jednym praniem a drugim, oraz gotowaniem Mozart uznała, że trzeba przecież też wyjść trochę popatrzeć na świat. Nie mówiąc o tym, że trzeba było jej kilka razy dać jeść, wysprzątać kuwetę, zmienić wodę, dać trawkę do podgryzania itp. Bo to jest oczywiste dla wszelkiego kociego personelu.

Jak zwykle za moment zaczęła sobie odgryzać szelki, więc to by było na tyle wspólnego siedzenia na tarasie.

Żeby nie przegapić pięknej pogody, uznałam, że dam się kotu w takim razie wyspać (zgadliście, to ten mały wzgórek pod pościelą) ...

a sama przejdę się do lasu na spacer. Bo przecież nie da się tak w kółko siedzieć i nie robić nic.

W lesie nie mogłam się nacieszyć zapachem, widokami, świergoleniem ptaków. Złapałam więc za komórkę na przemian z aparatem i a nuż uwieczniać.
A to drzewa w ogóle.

A to konwalie.

A to pnie ścięteych drzew.

Ten drugi pieniek wyglądał, jakby się z jakiejś bajki urwał.

A to kwiaty przeróżne.

Czy mlecze mogą być piękne? Jak najbardziej.
A co dopiero fiołki.
A niebo nade mną? Coś wspaniałego!

I jeszcze ten krzak bzu w środku lasu!

Przycupnęłam na chwilę na jednym z konwaliowych pól, porobiłam im zdjęcia ze zbliżenia...

Zmęczyłam się łażeniem i znalazłam sobie też fajny obalony pień brzozy na odpoczynek.

Powrót ze spaceru do domu sponsorowały te krzaki, niestety nie znam ich nazwy. Ale uwielbiam te małe kwiateczki.

Po powrocie zdjęłam pierwsze, już suche pranie i wywiesiłam drugie, które akurat się skończyło.
Zjadłam. Pozmywałam.
Tego dnia po pracy córka akurat mogła odebrać ode mnie mój stół, który był dobry tymczasowo, ale na dobre miał wylądować w jej piwnicy jako blat roboczy. Oraz oddać mi swoją toaletkę, która teraz służy mi jako tymczasowe biurko. Zniosłyśmy stół z pierwszego piętra, zawiozłyśmy do niej. U niej zniosłyśmy toaletkę z 2 piętra, a u mnie musiałam ją wnieść z koleżanką z powrotem na moje pierwsze.
Jako że tym razem w Niemczech czeka mnie bardzo dużo pracy, zawiozłam jeszcze koteczkę na razie na jakieś trzy tygodnie do Mamy. Z całym wyposażeniem, czyli kuwetą, drapakiem, jedzeniem itd. Do domu wracałam mocno zmęczona.
A późnym wieczorem przypomniałam sobie, że chyba tego dnia o czymś zapomniałam.
A tak, miałam nie robić nic.

44 komentarze:

  1. Buhahahahaha Od początku do końca czytałam z zaciekawieniem i rozbawieniem. Fajny post, naprawdę fajny. :D Pięknie wyglądasz, a kotek uroczy. Rozśmieszył mnie ten wzgórek pod pościelą. :D Ja potrafię nic nie robić niemal cały dzień. Czasami mam taki dzień i już. Zawsze, ależ to zawsze ten właśnie dzień coś mi uzmysławia. Zawsze coś nowego odkrywam o sobie, nawet o innych. Zawsze następuje jakiś przełom, mniejszy bądź większy, ale zawsze jest. hehe :D

    Post bombowy, dodający radość, mi przynajmniej dodał. :)

    Cudnego weekendu życzę. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano tak sobie pomyślałam, że napiszę, jak to u mnie wygląda, założę się, że nie jestem jedyna. Ale miło wiedzieć, że niektórzy mają opanowaną funkcję nicnierobienia. Mnie idzie coraz lepiej. Już po pół godziny umiem wytrzymać! :))
      Kicia tak się lubi ostatnio chować i śpi niewzruszona po dwie-trzy godziny :)

      Usuń
  2. Ja sobie świetnie radzę z nicnierobieniem :) Swietnie , to oznacza na poziomie co najmniej eksperckim:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja chyba poproszę o korepetycje!

      Usuń
    2. Najważniejsze jest właściwe planowanie. To podstawa sukcesu. Trzeba usiąść i dokonać przeglądu wszystkich czynności do wykonania. Potem , jak juz jesteś porażona ilością spraw, to bożebroń nie wstajesz. Siadasz wygodniej i zastanawiasz się, w co najpierw ręce włożyć. Do wieczora szybko zleci:)

      Usuń
    3. Mnie po takim dokładnym planowaniu miękną kolana i muszę się potem zbierać czasem i kilka dni!!! :))

      Usuń
  3. Potrafię nic nie robić- po prostu leżę, gapię się w sufit lub w zaokienne niebo i myślę o tym,jaka ja jestem czasami leniwa baba.I po jakimś czasie albo wstaję i rzucam się na robotę jak przysłowiowa "głupia", albo....zasypiam na kilka godzin. A czasem w ramach "nicnierobienia" zaplatam koraliki, co mi wspaniale oczyszcza myśli.
    Miałaś bardzo męczące swe "nicnierobienie".
    Buziam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nawet kiedy nic nie robisz, to robisz koraliki, to też rodzaj medytacji, więc można zaliczyć do nicnierobienia :))

      Usuń
  4. No i pomyśl, że miałam zostać couchem. Wszyscy mnie do tego namawiali, w sumie byłam takim prywatnym pomocnikiem życiowym moich znajomych oraz tych nowo spotykanych też. Już mnie nawet znajoma umówiła ze swoim znajomym couchem, żeby ugryźć na poważnie ten temat.
    A teraz tak się porobiło, że nie radzę sobie nawet już z własnym życiem i to ja potrzebuję takiego człowieka. Nikt się nie spodziewał, że tak będzie, a na pewno nie ja. Serio.

    Myślę, że jemu nie chodziło o taką całkowitą bezczynność. To nicnierobienie związane z relaksem, ale takim prawdziwym, miałaś w lesie. W domu robiłaś bez pośpiechu rzeczy, które robić należy, chociażby po to, żeby żyć. Np. ugotować sobie jedzenie, czy umyć się. Ale to pewnie dodałaś do posta dla rozbawienia nas, czyż nie? ;)

    Ale dalej to faktycznie przegięłaś :P Te parapety mogłaś sobie darować :P Pranie to nic wielkiego, wciskasz guzik i samo się robi. Przymknęłabym oko ;)

    Wiesz, że ja ostatnio też nie potrafię skupić się na książce dłużej niż kwadrans? Parę dni temu udało mi się czytać pół godziny i się z tego cieszyłam. Kiedyś potrafiłam czytać godzinami, a teraz ciągle coś mnie rozprasza. Myśli przeważnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pranie bardzo lubię robić, naprawdę. :)
      Parapety zrobiłam tylko dwa, a mogłam wszystkie cztery! I okna jeszcze mogłam. :) Tak więc nie jest chyba ze mną tak źle.
      Couchowie często świetni są w poradach dla innych, i te porady nawet się spełniają. Sama tak często potrafię pomóc znajomym i przyjaciołom. A kiedy przychodzi do mnie, tracę dystans i niestety często to ja sama szukam pomocy.
      Poza tym są etapy w życiu, że nic nie idzie łatwo. Czasem zwyczajnie trzeba przez nie przejść. I dobrze, jeśli jest jakaś pomoc.
      Kiedy mam naprawdę dobre książki, jak te ostatnie, czytam ile wlezie. W każdej przerwie, do każdego posiłku, do poduchy to już w ogóle. Czyli wreszcie tak jak wcześniej. I połykam te kilkaset stron w kilka dni!
      Ale miałam dłuuuugi czas, kiedy kompletnie nie mogłam się skupić na żadnej książce, a już 15 minut to był długi czas.
      Widać masz jakieś problemy do rozpracowania, które dominują. Znam ten stan.
      Pozdrowienia

      Usuń
  5. A ja lubię nicnierobienie:) Od czasu do czasu-leniwie na hamaku, z książką albo krzyżówką, albo z muzyczką...tak się doładowuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś miałam zdecydowanie więcej takich chwil autentycznego nicnierobienia. Ale od paru lat mam problem z wyłączeniem myśli i czynności. :)

      Usuń
  6. "majówka jak żaden inny czas nadaje się do odprężenia, leżenia do góry kokardą i kontemplowania ciszy, spokoju, relaksu, i nicnierobienia".
    Cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha! :))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobra, nie wszyscy mają wolne. Ja w sumie też nie mam, tylko trochę :)

      Usuń
    2. p.s. ciesz się, że tym razem nie napisałam, jak ożywczo działa przejechanie na rowerze 20-30 km! :)))

      Usuń
  7. "Gorące powietrze wtargnęło do sypialni i całkowicie ją odświeżyło".
    Cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha! :))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wiesz, jak jest zimno, to jeszcze koc jest potrzebny :)))

      Usuń
  8. "nie da się tak w kółko siedzieć i nie robić nic"
    I toś mądrze rzekła. Pewnie, że się nie da w kółko siedzieć. Jak czuję, że mam dość siedzenia, to się kładę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. są takie sytuacje, że czy się chodzi, czy się leży, to i tak się siedzi i co gorsza, nic się nie należy...
      p.jzns :)...

      Usuń
  9. od kiedy to lamparty coś ścigają po sawannach?... raczej gepardy... ale na pewnym poziomie jest to bez znaczenia... zawsze to jakieś koty, a koty zawsze są super: ścigające, skradające, skaczące... latających brakuje do kompletu, bo pływające akurat są, np. jaguary... znaczenie znika do końca, gdy kot narżnął do kuwety... wtedy znika lampart, znika gepard, znika jakikolwiek kot i jego znaczenie... jest tylko kuweta plus jej wsad... jest narżnięte, się zmienia wsad, coś tam się ogarnia, tak po prostu i już nie jest narżnięte, vułala, kuweta gotowa dla jaśnie pani/pana do kolejnego razu... zero zbędnego myślenia...
    to jest właśnie robić nic, choć nieprawdą jest jakoby nic się wtedy nie robiło...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś kot. No właśnie, czy lampart, czy gepard mniejsza z tym. :)
      Te wszystkie czynności w obrębie domu zaliczam wręcz do medytacji. Gorzej z jeżdżeniem w korkach po mieście. Tu się często medytacja kończy, a zaczyna łacina i to ta najgorsza! Nie chciałbyś słuchać :)
      Czyli co, nie jest jeszcze tak źle wg Ciebie z tym moim nicnierobieniem?

      Usuń
    2. odpowiem "po zenowsku": pustka wcale nie jest pusta...
      ale co do łaciny w korku, to kiedyś podczas pewnego korku (korka?) miałem takie małe satori... wściekałem się na maksa, nagle coś mi się zrobiło w głowie, takie "phhh!" i nagle luz... potem tak sobie myślałem o tych korkach, że co ja wtedy odwalam, po co sobie to robię?... od tamtej pory w korkach daję sobie pełen luz... inna sprawa, ze nie zawsze mi to wychodzi, ale pracuję nad tym :)...

      Usuń
    3. aha... jeszcze mi się tak przypomniało... kiedyś, takie spore kiedyś, byłem na zbiorczym spotkaniu z pewnym mistrzem zen i była faza pytań do niego... jakaś dziewczyna skarżyła się, że nie ma czasu na zazen, bo ma małe dziecko, które jej marudzi w najmniej spodziewanych momentach... mistrz się tylko uśmiechnął i powiedział coś w tym guście:
      - Masz małe dziecko? To bardzo dobra sytuacja. Marudzi? To się nim wtedy zajmij, to będzie właśnie twoje zazen.

      Usuń
  10. Cóż, byłam pewna, że Ci się nie uda. Czytam Cię na tyle długo, żeby wiedzieć, że to kompletnie nie leży w Twojej naturze, zwłaszcza w trakcie urządzania się na nowym miejscu. A to żółte coś z brzozy też ścieram codziennie z balkonu. Dziś nawet dwa razy, bo przysiadłam sobie na chwilę odpocząć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie tam się wydaje, że Iw-ce się udało... no, ale tylko Ona ma rację w tym temacie, innego arbitra nie ma, my sobie możemy o tym tylko pogadać tak dla sportu...
      p.jzns :)...

      Usuń
    2. Leżenie bez ruchu to by chyba faktycznie nie była moja medytacja. Jeśli już, to ulubione czynności. Trochę tych z listy powyżej, znalazłoby się też trochę innych :))).

      Usuń
    3. podobno to jest kwestia klimatu... dawni Słowianie żyli w klimacie umiarkowanym, wręcz chłodnym, więc uprawiali medytację w ruchu, żeby nie zmarść... chodzili na polowanie, rąbali jakieś drwa do świętego ognia (albo Słowian z sąsiedniej wioski), o rąbaniu panienek już nie wspomnę, bo taka technika medytacji ma miejsce w każdym klimacie... tylko emeryci, którym już się niewiele chciało siadywali przy tym świętym ogniu i oglądali sobie kreskówki, które ten ogień im tworzył...
      w klimacie gorącym nic się nie chce robić w ogóle... stąd powstał koncept medytacji biernej ruchowo, na siedząco...
      mnie się czasem marzy taki wariant emerytury po meksykańsku, usiąść sobie gdzieś pod płotem, faja z godnym zielem i kalebasa z tequilą pod ręką, sombrero na dziób i... i nie ma mnie... kosmos! :)...

      Usuń
  11. Pierwszy blad, jaki zrobilas, to zamiar nicnierobienia we wlasnym domu, to jest awykonalne, bo w domu zawsze cos jest do roboty. W celu nicnierobienia wychodzi sie z domu i idzie np. na pobliska lake. Tam kladzie sie na trawie (moze byc na kocyku) i... nic sie nie robi. W przerwach mozna przygladac sie niebu, ale to nie jest obowiazkowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W lesie przysiadałam, na łączkach leśnych też, ale wtedy rzucały się na mnie liczne owady! :))) Albo motywy do fotografowania!

      Usuń
  12. Ale tak zupelnie nic nie robic to dla mnie strata czasu, szkoda by bylo tak lezec caly dzien i nic nie robic, moge chwile, no moze 5-10 minut nic nie robic, wtedy troche marze, mysle.. Poza tym Ty robilas same fajne rzeczy i dla mnie wtedy to prawie jak nic nie robienie, kiedy spokojnie, troche leniwie robie cos dokladnie dla siebie, wiec zeby usiasc na tarasie musze zadbac zeby bylo ladnie i czysto, lubie przygotowywac sobie jedzonko i Ty tez lubisz, to zadna praca to przyjemnosc.
    A wyjscie do parku to najcudowniejsza przyjemnosc, cudny ten Twoj park.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to niezły ze mnie model, bo większość rzeczy, o których piszę powyżej, lubię naprawdę robić.
      Spokojnie i leniwie! I to są słowa klucz!
      A park jest przecudny, masz rację :)

      Usuń
  13. Jestem tak zajęta niecnierobieniem, że nie potrafię się skupić, żeby napisać cokolwiek. Wczoraj w ramach relaksu wysprzątałam całą chatę i jeszcze w ogrodniczym kupiłam doniczki i ziemię do kwiatków, więc konsekwencją wczorajszego nicnierobienia będzie dzisiejsze nicnierobienie na balkonie. A obiad zrobi się zapewne sam. ;)

    Pozdrawiam wszystkich pracoholików :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta jest! Pracoholicy wszystkich krajów łączcie się!

      Usuń
  14. Skąd ja to znam... Chociaż czasem udaje mi się robić nic, ale za to potem wyrobić się nie mogę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest właśnie kara za takie błogie nicnierobienie! :) Dlatego częściej pracuję, żeby uniknąć kary.

      Usuń
  15. Z tego wszystkiego tylko tych konwaliowych pól Ci zazdroszczę. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te konwalie zaprawdę są przepiękne!

      Usuń
  16. Niezbyt leniwe to nic ;D Nie wiem czemu, ale jakoś niespecjalnie dziwi mnie, że opowieść poszła nie w tę stronę, w którą miała iść. Powiem więcej, zdziwiłabym się, gdybym przeczytała, że naprawdę spędziłaś cały dzień na błogim wyleganiu się ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano poszłam jak zwykle :)))) na całość!

      Usuń
  17. Taaa:))) Takie już jesteśmy niereformowalne, że nie potrafimy "nie robić nic".Chyba, ze nas okoliczności, choćby zdrowotne, do tego zmuszą.Ja wczoraj byłam bliska idealnego "dolce far niente". trenuj iwuś... próbuj dalej...trening "miszcza" czyni:) uściski:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorzej to się starać, to wychodzi wtedy jeszcze gorzej. :)
      Idealnie jest wtedy, kiedy nawet robiąc coś odczuwamy dziwny przemożny spokój. To jest właśnie zen, o którym pisze PKanalia wyżej.

      Usuń
  18. Ależ Iw, przecież właśnie na tym polega nicnierobienie - na robieniu rzeczy, które MASZ OCHOTĘ zrobić, ale wcale NIE MUSISZ. Starłaś pył i zrobiło Ci się przyjemniej, prawda? O to właśnie chodzi. Zrobiłaś pranie - i ucieszyłaś się, ze możesz je sobie wywiesić na tarasie. Nie musiałaś się spieszyć i myśleć, "czy ja się wyrobię".

    P.S. To nie fiołki, tylko barwinek - ale też piękny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja wiedzialam ze to nie fiolki, ale nie wiedzialam jak sie nazywaja, barwinek juz wiem, dziekuje Nitager

      Usuń
    2. Tym sposobem obroniłeś moje nicnierobienie lepiej ode mnie samej! Czyli nie muszę mieć wyrzutów sumienia, że w sumie zrobiłam to, co zrobiłam!

      Usuń