czwartek, 15 marca 2018

Rok temu nie było mi do śmiechu

Ubiegły rok nie był dla nas dobry.
Na początku marca w szpitalu znalazł się Mikael, a ja zostałam sama z wyprowadzaniem Schwarza z prawie już bezwładnymi tylnymi nogami, z jego wnoszeniem i wystawianiem z samochodu. Niedługo potem w marcu musieliśmy mu pomóc odejść. Nie mogłam sobie z tym poradzić przez wiele miesięcy. Dziś już nie lecą mi łzy za każdym razem, kiedy pomyślę o moim Piesiu.
Kicia zaczęła wtedy też znów mieć problemy z ogonem pękniętym na całej długości. To było tuż po tym, jak w lutym ub. r. zaatakował ją tu jakiś zwierzak. Odchorowywała ten stres.
A w połowie marca trafiłam odwieziona karetką do szpitala w Bremerhaven ze strasznym bólem kręgosłupa, że nie mogłam samodzielnie ustać. Zresztą leżeć czy siedzieć też za bardzo nie mogłam. Bolało wszystko w każdej pozycji.
I tak oto po raz pierwszy zderzyłam się z niemieckim systemem opieki zdrowotnej.
Miałam ubezpieczenie międzynarodowe na bazie karty turystycznej EKUZ z Polski, a jednak ciągle czułam się niepewnie. Tym bardziej, że znajomy, pracujący w zarządzie finansowym pewnego szpitala w Polsce ostrzegał mnie, że mimo tego ubezpieczenia za niektóre usługi, typu rezonans magnetyczny (MRT) będę pewnie musiała pokryć różnicę w cenie tych usług między Polską a Niemcami. Bardzo mnie ta informacja zaniepokoiła, więc jeszcze kilka następnym miesięcy liczyłam się z tym, że dostanę do zapłaty słony rachunek za 4 dni pobytu w tym szpitalu. Teraz już chyba nie dostanę.
Od początku lutego jestem już ubezpieczona w Niemczech. A do jutra złożę ostatnie dokumenty, które pozwolą tutejszej kasie chorych na wystawienie dla mnie karty ubezpieczenia. Numer już mi przydzielono. O dziwo muszę im dostarczyć akt urodzenia mojego dziecka, bo to ma jakieś znaczenie przy wyliczaniu emerytury czy jakoś tak.
Na szczęście przed wyjazdem z Polski załatwiłam wszystkie akty urodzenia moje i córki oraz moje urodzenia i ślubu z wpisem o rozwodzie.
Te ważne dokumenty pobrałam w USC od razu w wersji międzynarodowej, żeby potem nie musieć tu szukać tłumacza przysięgłego na miejscu (mimo posiadanych uprawnień nie mogę dokumentów dla wszystkich instytucji tłumaczyć sobie sama).
Sam pobyt w szpitalu też był dla mnie traumatyczny i chcę zakończyć ten etap opisując go.
Tego dnia, czyli 14 marca 2017 w ciągu dnia czułam się już nienajlepiej. Z drugiej strony w przeddzień wrócił do domu po pobycie w swoim szpitalu i po operacji Mikael. W sumie w ub. roku w ciągu kilku miesięcy przeszedł dwa badania i dwa zabiegi w pełnej narkozie. Wtedy był po pierwszym zabiegu i od dosłownie kilku godzin w domu.
A mnie od rana strasznie bolały plecy, poprosiłam więc M., żeby mi pomógł dostać się gdzieś do lekarza. Dotarliśmy do ortopedy i dostałam zastrzyk. Pomógł mi na dwie godziny.
Poszliśmy w tym czasie nawet do restauracji chińskiej coś zjeść. W porze lunchu oferują tam niezły bufet w dobrej cenie. I nie dodają konserwantów do jedzenia.
Po wyjściu z restauracji jeszcze jakoś się trzymałam.
W domu ból dopadł mnie mocniej.
Mikael krążył po lekarzach, żeby załatwić sobie dalsze zwolnienie lekarskie i dalszą opiekę po tym szpitalu.
A ja zostałam w domu sama. W pewnym momencie ból był tak silny, że nie czekając na jego powrót (a miał być za pół godziny) zadzwoniłam po karetkę, żeby mnie natychmiast odwiozła do szpitala.
Karetka przyjechała faktycznie bardzo szybko, byli max po 15 minutach. Nie byłam w żaden sposób przygotowana do tego pobytu w szpitalu, miałam tylko torbę z dokumentami i tą kartą ubezpieczeniową, o którą pytali mnie wszyscy po kolei. Dobrze, że zawsze starałam się ją mieć podczas pobytów za granicą. Trafiłam z poczekalni do pokoju zabiegowego.
Nade mną wisiał wieszak na kroplówki.
I tu zaczęło się czekanie. Dostałam chyba dość szybko tylko leki przeciwbólowe (ale też musiałam o nie prosić) i musiałam tam czekać na panią doktor, która przyszła mnie obejrzeć.

Leżałam przez ten czas w gabinecie, gdzie przyjmują pacjentów z nagłych wezwań. Po wystawieniu karty, co za leki mam dostać, zostałam zarejestrowana jako pacjentka i trafiłam na piętro do pokoju z inną chorą. 
Dostałam mocne leki i mogłam dzięki temu zasnąć.
Pokoje na oddziałach były wyposażone przeważnie w dwa w porywach do trzech łóżek.
W każdym była łazienka przystosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych.
W pokoju było też szerokie okno. Na parapecie stał wazon z kwiatami. To wlało we mnie jakąś pozytywną energię.
 

Byłam po tym dniu tylko na lunchu strasznie głodna, więc ledwo doczekałam do śniadania. Za dużo tego nie było, nie znają tam też czegoś takiego, jak dodatki w postaci sałatki do buły z masłem i serem lub wędliną.
 
To była cała moja porcja.
I leki, jak widać cała bateria leków przeciwbólowych na cały dzień. Na szczęście leki zaczęły dość szybko działać i podawane regularnie od paru godzin już sprawiły, że ból zaczął być znośny.
W jakiś takim dziwnym otępieniu doczekałam do obiadu. A potem dotarł Mikael z rzeczami, które spakował po telefonicznej rozmowie dla mnie. W tym był też własny chleb i trochę białego sera. I szarlotka z bitą śmietaną. Już nie pamiętam, czy ją zjadłam, czy oddałam M.
 
I dobrze, bo głód mnie nie opuszczał a jedzenie tego typu jak widać na załączonych obrazkach to nie był szczyt marzeń. Chyba nawet nie odważyłam się spytać o jakąś sałatkę, bo i tak by mi jej nikt nie zrobił.
Spędziłam w tym pokoju trzy dni. A raczej dwa dni i dwie noce. Na trzeci ranek przyszedł do pokoju lekarz - ordynator oddziału neurochirurgii. Nie pamiętam jego nazwiska, chociaż pewnie przy odrobinie wysiłku bym je odnalazła na liście lekarzy tego szpitala.
Pan ordynator pojawił się w asyście wszystkich lekarzy z oddziału, w tym młodych praktykantów.
W ich obecności nic mi nie wyjaśniając poprosił mnie, żebym stanęła na palcach, potem na piętach. Mogłam ledwo bo ledwo ustać na tych palcach jak stałam na dwóch nogach i na obu piętach też. Nie mogłam jednak stanąć na tej lewej, bo mi się wszystko załamywało. Byłam zrozpaczona i liczyłam na objaśnienie mojego stanu i pomoc.
Ale ordynator po tym "badaniu" stwierdził, że wszystko ze mną w porządku i że przygotuje papiery wypisu ze szpitala. Zapytałam o coś więcej.
Udzielił mi dość dokładnej odpowiedzi, wyjaśnił, że prawdopodobnie mam coś z kręgosłupem i żebym sobie zrobiła badanie rezonans magnetyczny.
Spytałam, dlaczego nie zrobią mi jej tu na miejscu w szpitalu, że przecież sama nie dotrę do lekarza, który by mi dopiero wypisał skierowanie, a na miejscu chyba będzie to o wiele prostsze. 
W tym momencie zadzwonił telefon i ordynator skończył ze mną rozmowę po czym po chwili zaczął zbierać się do opuszczenia mojego pokoju.
Opowiem jak się czułam. Nie bardzo mogłam ustać na lewej nodze i nie miałam w niej czucia. Zorientowałam się że coś jest nie tak praktycznie od razu po tym, jak trafiłam do szpitala i próbowałam wypytywać o to pielęgniarki i lekarzy. Niestety każdy odsyłał mnie do ordynatora i stwierdzał, że muszę poczekać na jego opinię, bo oni nie chcą bez jego wiedzy stawiać diagnozy.
I w chwili, kiedy wreszcie się na tego ordynatora doczekałam, on chciał mnie po prostu w połowie rozmowy zostawić tak w niewiedzy i bez koniecznego badania (o jego konieczności też dowiedziałam się sama od znajomych, którzy mieli podobne problemy w Polsce, bo ciągle wisiałam na telefonie).
Bałam się coraz bardziej o moje zdrowie, a mój stan nie pozwalał zdecydowanie na normalne funkcjonowanie.
Mój ojciec miał wylew krwi do mózgu i cierpiał potem na paraliż i bardzo się bałam, czy przypadkiem i ja nie mam podobnego stanu. Nie wiedziałam, co ze mną jest.
Nikogo to jednak nie obchodziło. Mimo moich protestów ordynator nie przerywając rozmowy telefonicznej wyszedł z pokoju i zamierzał iść na dalszy obchód. Poprosiłam lekarzy, żeby ktoś ze mną został i udzielił mi do końca informacji, co dalej ze mną i dlaczego mam brak czucia (wtedy jeszcze bałam się mówić i paraliżu) w lewej stopie i że ten brak czucia mi się właściwie przemieszcza po całej nodze. Czy już mi tak zostanie, czy może nie.
Po tym obchodzie poczułam się strasznie. Nikogo nie obchodziło jak się czuję. Nikt mi tam nie zamierzał pomóc.
W niedługim czasie trafił do mnie jeden z lekarzy z dokumentami wypisu i kartą uprawniającą mnie do skorzystania z taksówki i pojechania do domu na koszt szpitala. A ja nadal ledwo mogłam chodzić.
Próbowałam wymóc, bo prośby nic nie dały, żeby szpital wykonał mi chociaż to badanie rezonansem.
Ale ordynator był nieprzejednany.

Po pół godzinie czekał na mnie wypis i musiałam się spakować i czekać na korytarzu. Ciekawe, jak oni sobie wyobrażali mój samodzielny powrót do domu.
Niestety Mikael mógł po mnie przyjechać dopiero po pracy o godz. 16.
Musiałam spakować torbę i zostałam przez zdenerwowanego już nie na żarty moją niesubordynacją ordynatora wyproszona z pokoju.
Nie miałam siły przenieść toreb i jechać do domu taksówką.
Miałam prawo usiąść w poczekalni i czekać te 4 godziny na siedząco.
Niestety poczekalnia znajdowała się na samym środku korytarza, co chwila ktoś otwierał okno niedaleko, wiało na mnie i na moje biedne plecy. Po dwóch godzinach tego czekania nie byłam w stanie wstać i iść do toalety. W pewnym momencie ból powrócił z taką siłą, że ubłagałam jedną z pielęgniarek, żeby mnie tam zaprosiła.
Po wyjściu z łazienki (przemieszczanie się przy ścianach zajęło mi dobre piętnaście minut) mało nie osunęłam się na ziemię, tak mnie z powrotem bolały plecy. Na koniec byłam w tak złym stanie, że sama pielęgniarka powiedziała, że nie powinnam w tym stanie teraz nigdzie wychodzić. Pozwoliła mi się położyć na kozetce w gabinecie pielęgniarek. Było mi zimno, poprosiłam więc o jakiś koc. Dostałam cienkie prześcieradło.
Leżałam tam w otoczeniu leków, co chwila ktoś wchodził, coś zabierał, czasem do mnie zagadał, czasem nie, a ja płakałam z bólu dalej.
Żeby czymkolwiek się zająć fotografowałam otoczenie.


Jako, że nie chciałam się tak łatwo poddać, prosiłam mimo wszystko o to, żeby jakiś lekarz się mną zajął.
Po dwóch godzinach czy dłużej przyszła ta lekarka, która mnie przyjmowała do szpitala.
Do niej ponowiłam prośbę o zrobienie mi rezonansu magnetycznego, żebym wiedziała dokładnie co mi jest. Nie wiem jak, ale skierowała mnie na to badanie. Na badanie wożą tam na wózku.
 
Zawieźli mnie więc tam wreszcie. Teraz już nie pamiętam, o której.
Obok czekała na takie samo badanie kobieta po 80-tce z rakiem z licznymi przerzutami. Jak na taką chorobę wyglądała całkiem nieźle, dobrze znosiła swój stan. Miło nam się rozmawiało podczas tej godziny oczekiwania.
Badanie czyli rezonans magnetyczny ledwo przeżyłam, bo położyć się na stole do rezonansu z taką tubą, do której człowieka wsuwają na ruchomym zimnym stole komuś, kto wyje kiedy kładzie się nawet na miękkim łóżku, nie jest łatwo.
Po odwiezieniu mnie z powrotem na górę przydzielono mi na kolejną noc łóżko - niestety już w innym pokoju. Było mi szkoda, bo zdążyłam się zaprzyjaźnić i poznać trochę z kobietą z sąsiedniego łóżka. Opowiedziała mi o swoim życiu, ale to długa historia i na inną okazję.
W każdym razie następnego dnia do mojego pokoju wpadł wściekły jak osa ordynator, który stwierdził, że jego lekarze wbrew jego woli skierowali mnie na to badanie. Ale teraz już dość i mam się stąd wynosić.
A jak nie wyjdę po dobroci, to on mnie każe usunąć siłą. Byłam już wtedy tak wściekła, że mimo bólu odpowiedziałam, że proszę bardzo i że umieszczę film z tego usuwania mnie siłą w sieci, na pewno będzie bardzo popularny.
I że tego dnia nie dam się znów na całe przedpołudnie posadzić w tej zimnej przewietrzanej co chwila poczekalni i poczekam na odbiór mnie przez mojego przyjaciela w moim łóżku, bo tu mi przynajmniej ciepło.
Mimo to pakując po raz kolejny rzeczy płakałam rzewnymi łzami. Pielęgniarki w odróżnieniu od ordynatora były bardzo miłe i pomocne.
Pomogły mi trochę w pakowaniu. A potem ostrożnie powiedziały, że niestety mają już kolejną osobę na to łóżko i że muszę się przenieść jednak na tę poczekalnię. Do odebrania mnie zostały ok. dwie godziny, Opatuliłam się ciepłym swetrem, poprosiłam od nich o ciepły koc, który tym razem dostałam.
I jakoś doczekałam się na Mikaela.
Kiedy przyjechał, poprosiłam go jeszcze o odbiór moich wyników MRT, czyli płyty CD z wynikami rezonansu magnetycznego. Czekając na niego żegnałam się z tym szpitalem w poczekalni bez żalu.
Za to z niedowierzaniem, że w ogóle mnie coś tak potwornego mogło tutaj spotkać.
Myślałam nawet o zgłoszeniu całej sprawy konsulowi, nawet z nim rozmawiałam, ale okazało się, że w sumie ma ręce związane, bo lekarz zrobił to, co przepisy wymagały. A zmusić lekarza, żeby zrobił konkretne badanie pacjent ani nawet konsul nie może.
Na koniec doczekałam się na moje wyniki i mogliśmy iść do samochodu.
Iść brzmi jakbym żwawym krokiem podeszła i wsiadła.
A ja wtedy przemieszczałam się tak wolno, że ledwo tam doszłam po kilku dobrych minutach.
To powolne poruszanie było tak sprzeczne z moim dotychczasowym tempem chodzenia i przemieszczania się, że Mikael prawie nie chciał wierzyć, że ja tak naprawdę i że nie mogę iść szybciej.
W domu czekały na mnie zwierzaki, Piesio jeszcze był z nami ostatnie dni...
Po powrocie bardzo musiałam się oszczędzać.
Mikael przejął psa i gotowanie.
W szpitalu na pożegnanie dostałam wypis do lekarza domowego z mojej okolicy. Dostałam się do niego następnego dnia i zapytałam, czy może mi dać skierowanie do specjalisty, żeby się wypowiedział, co dalej, jakie leki i co w ogóle mam ze sobą zrobić.
W ten sposób trafiłam do przychodni bardzo miłej i fachowej doktor neurochirurg. Żeby dostać się do niej trzeba było albo czekać tygodniami, albo wybrać się do przychodni obok szpitala w konkretny dzień i wtedy były też przyjęcia takich z ulicy, jak się wystało w kolejce. Byliśmy tam 6.30 i już była wielka kolejka. Ale udało się wystać numerek głównie dzięki temu, że stał Mikael, a ja sobie usiadłam nieco dalej.
Czekaliśmy na wizytę jakieś półtorej godziny. Naprzeciwko mnie wisiał taki plakat:
Po zbadaniu mnie pani doktor wyjaśniła mi, że mam uszkodzony 4 i 5 krąg kręgosłupa, ale że ona na razie wstrzymałabym się z operacją, z czego bardzo się ucieszyłam, bo nie spieszy mi się na stół chirurgiczny.
Zapisała mi kolejne leki przeciwbólowe i dała skierowania na rehabilitację. 
Udało mi się dostać na zabiegi w pobliskiej klinice rehabilitacyjnej, do której byłam w stanie bardzo powoli ale jednak o własnych siłach dojść na piechotę.
Zaczęłam brać tam zabiegi, jednocześnie ze trzy razy pojechałam jeszcze do polskiego rehabilitanta, który też tu przyjmuje. Mój stan trochę się poprawiał, ale nadal nie było dobrze.
Dwudziestego trzeciego marca pojechaliśmy uśpić Schwarza. Po powrocie do domu bez Piesia Mozart usiłowała jakoś się pocieszyć.
Wpakowała się pod jego posłanie i długo tak leżała.
Co do mnie - zebrałam się trochę, bo ból na szczęście ustąpił po tygodniu. Przestałam łykać środki przeciwbólowe, a zaczęłam słuchać rehabilitanta.
Od tego czasu nie wolno mi dźwigać absolutnie nic cięższego niż 5 kg.
Skończył się marzec, w ogrodzie zakwitły piękne kwiaty, a ja nadal nie czułam mojej lewej stopy od spodu i miałam uczucie, jakby mi ktoś wyłączył biegi od trójki w górę.
Rehabilitant jednak nie miał nic przeciwko temu, żebym jeździła na rowerze. Wybraliśmy się więc na wycieczkę rowerową, przy czym nie miałam już siły na wielkie trasy i musiała po niej długo odpoczywać.
Wiosna była już w pełnym rozkwicie.
ale ja ciągle poruszałam się bardzo wolno. Miałam wrażenie, że tutejszy rehabilitant nie posiada dostatecznych umiejętności.
Jako że problem z kręgosłupem pojawił się już drugi raz w życiu, wcześniej trzy lata temu i miałam w Warszawie rehabilitanta, który wyciągnął mnie z ciężkiej niemocy podczas dosłownie kilku zabiegów na początku kwietnia zdecydowałam się wsiąść w samochód i pojechać do Warszawy. Tam poszłam od razu na rehabilitację do niego i faktycznie bardzo dużo mi ona dała.
I tak nieco ponad miesiąc od pobytu w szpitalu czyli 18 kwietnia 2017 zebrałam się i razem z Mozartem z krwawiącym ogonem zapakowałam się do samochodu i pojechałam leczyć nas obie w Warszawie.
Nasz wyjazd opisałam dla Was tutaj: 

Zdecydowałam się wtedy pójść za ciosem i poszukać też wreszcie nie tylko lekarza i pójść na rehabilitację, ale też znaleźć mieszkanie, bo moja sytuacja w Niemczech zaczynała być męcząco nierozwiązana i uznałam, że trzeba mieć gdzieś w Warszawie też jakąś bazę.
Lekarz w Warszawie wysłał mnie na ponowne badanie rezonansem. 
To pierwsze i kolejne badanie właściwie były wskazaniem do operacji. 
Ale byłam już po kilku zabiegach u mojego rehabilitanta i umiałam ustać na palcach tej nieszczęsnej lewej stopy. 
Czucia na spodzie stopy nie mam nadal w pełni.
Ale chodzę już normalnie, mogę prowadzić samochód i jestem z powrotem samodzielna.
Nie chcę nigdy więcej czuć się tak zależna od innych, nie życzę nikomu takiej traumy, jaką mam ja z tamtego szpitala.
Jak wielka ona była może świadczyć fakt, że do tej pory nie umiałam się zebrać do opisania tego pobytu w szpitalu.
W rocznicę nadszedł jednak czas, żeby to wreszcie z siebie wyrzucić. To dlatego powstał ten wpis.
Oraz żebyście wiedzieli, co mnie wtedy spotkało.
Napisałam to wszystko na jednym wdechu, ale chcę go opublikować jako ważną część mojego życiorysu.
Aby móc zamknąć ten etap w moim życiu. I iść dalej.

30 komentarzy:

  1. Mniej więcej do jednej trzeciej tekstu myślałem, że to tak jak u nas. W miarę czytania szczęka mi opadała. U nas też jest bardzo źle, ale chyba nie az tak.
    Napisanie "zdrowia życzę" jest bez sensu. Więc napiszę tylko "niech jak najmniej boli i nie za często".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest chyba przypadek odosobniony. Wszystkie inne wizyty, np. u ginekologa zaliczam do pozytywnych przeżyć. Szkoda, że trafiłam na takiego troglodytę akurat w chwili mojej największej w moim dotychczasowym życiu słabości.

      Usuń
  2. Iw...straszne, czy sądzisz, ze powodem takiego potraktowania było Twoje obywatelstwo? czy to po prostu taki typ człowieka? Ale, żeby już nie smęcić- myślę, ze wyczerpaliście już swój limit chorób na najblizsze półwiecze! Pięknej wiosny, Iw!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz ja tam szłam z nadzieją na uzyskanie pomocy i z dobrą wiarą, że gdzie jak gdzie, ale w jednym z wiodących krajów Europy jako jej mieszkanka władająca perfekcyjnie miejscowym językiem, będę potraktowana jak wszyscy inni pacjenci.
      Niestety wszyscy inni pacjenci, którzy byli Niemcami byli traktowani prawidłowo. Tylko ja niestety nie.
      Dwa razy w moim życiu zdarzył mi się taki "konował", bo lekarzem tego chyba nazwać się nie da. Pierwszy raz byłam na SOR w Polsce z zapaleniem pęcherza. Mało nie zeszłam z bólu, a ten nie przyjął mnie ani nawet nie podał środków przeciwbólowych. A to był ten drugi raz.
      Myślę, że wszystko razem: i wstrętny charakter, bo lekarzami też pomiatał, i jakieś uprzedzenie do cudzoziemców też.

      Usuń
    2. Iw! rozumiem, ze dopiero po roku mogłaś o tym napisać...a historii z Piesiem kibicowałam wiernie i razem z Tobą przezywałam Jego odejście...wciąż motywujesz, podziwiam siły i energię!

      Usuń
    3. Powoli się z tą historią żegnam, blogowo też.
      Już bym chciała napisać coś innego, ale w tym celu musiałam oczyścić się z tych wspomnień.
      Teraz może być już tylko lepiej

      Usuń
  3. Co za debilny lekarz, brak mi słów normalnie. Zgroza!!!!!! Gdybym mogła, to przywaliłabym facetowi. Jest mi bardzo przykro. Strasznie Cię potraktowano. Człowiek ten nie powinien w ogóle być lekarzem. Dno dna. No totalnie brak mi słów. Ty za to jesteś wspaniała, jesteś silna. Jestem niesamowicie dumna z Ciebie, wywaliłaś emocje, opisałaś wszystko. Nie mam pojęcia, co tak naprawdę czujesz. Facetem gardzę, a Ciebie podziwiam. Jesteś inspiracją. To, co tu napisałaś, może być pomocne wielu osobom. Biję Ci brawo. Życzę zdrowia, żeby by jak najlepsze. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. W odpowiedzi na komentarz Basi opowiedziałam podobną historię z Polski. Myślę, że ten człowiek powinien naprawdę dostać za takie traktowanie jakąś naganę, ale zrezygnowałam z walki z nim, bo wolałam wykorzystać moją energię na walkę o siebie i swoje zdrowie. To było dla mnie i nadal jest znacznie ważniejsze. Mimo to jestem z siebie dumna, że go wtedy wystraszyłam tym filmem video, oj zdobyłby popularność na YT, szkoda, że nie zdążyłam go nagrać podczas tych wszystkich akcji, ale on to robił tak, że wchodził wykrzykiwał jedno-dwa zdania, a potem szybko wychodził. Nie zdążyłam, bo naprawdę powinni mu odebrać prawo do wykonywania zawodu. Może jeszcze kiedyś się spotkamy w innych okolicznościach albo znajdzie się ktoś inny, kto mu za mnie "odda" aż mu w pięty pójdzie.

      Usuń
  4. Oesu, a to wszystko naprawde w Niemczech?? Nawet sobie tego nie wyobrazam, takie doswiadczenia to tylko z Polska mi sie kojarza, niestety. Moze dlatego ze nie jestes Niemka? Ja to z kolei boje sie Polakow, zarowno lekarzy jak i dentystow. Przepraszam, ze to napisze, ale troche mi Ciebie szkoda, taka rozerwana na pol, jedna noga tu a druga tam. Ja wiem, ze tak bym nie mogla. No ale to przeciez Twoje zycie, robisz tak jak Tobie wygodnie. Najwazniejsze ze tamto masz juz za soba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, chyba sama miałabym problem, żeby uwierzyć, gdybym nie przeżyła to na własnym grzbiecie. Tym bardziej, że to była jedyna taka sytuacja w moim całym życiu. Wprawdzie jedyna też wizyta w szpitalu i jeszcze bez niemieckiego ubezpieczenia (dopiero się wyrabia), ale to chyba i tak nie powód, żeby człowieka, który porozumiewa się doskonale w języku kraju, traktować jak najgorsze ścierwo.
      Są w moim życiu gorsze rzeczy, niż to że mam mieszkanie w Warszawie, a żyję i mieszkam w Niemczech. Ale to nie znaczy, że to jest łatwe. Chociaż teraz, jak już mam nową pracę, będę więcej tu. Dlatego się wczuwam i wżywam teraz w miejscowy krajobraz.
      Też się cieszę, że to było tak dawno i że już mam to za sobą.

      Usuń
  5. Az nie wiem, co napisac. Przez 30 lat pobytu tutaj i zaliczonych kilku pobytach w szpitalach, w tym na sorach, nigdy nie zdarzylo mi sie cos podobnego. Nie slyszalam tez od znajomych, zeby ich spotkalo takie traktowanie. Jedyne wytlumaczenie, jakie przychodzi mi do glowy to to, ze byc moze ten szpital mial jakies przykre doswiadczenia z odbieraniem naleznosci z polskiej kasy chorych, co skutkuje teraz minimalizowaniem swiadczen dla polskich pacjentow.
    Natomiast dziwi mnie, ze narzekasz na jedzenie, w porownaniu do wyzywienia w polskich szpitalach, tutaj nie jest najgorzej. Ja zawsze mialam kilka dwudaniowych zestawow obiadowych do wyboru, dla "normalnych", wegan, diabetykow, muzulmanow i cos tam jeszcze. Na sniadania i kolacje mozna bylo wybrac rodzaj chleba (pszenny, zytni, graham, razowiec) i jego ilosc. Zawsze byly jakies warzywa i desery. Do picia kawa i kilka rodzajow herbat, mleko, kakao. Ja w domu tak nie jem, jak tam jadlam, poprzestaje na jedym daniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż. Nie opowiadam bajek, tylko własną niezakłamaną historię i to jeszcze bez szczegółów. Coś podobnie drastycznego zdarzyło mi się tylko raz w Polsce, też miałam lekarza-sadystę.
      Jedzenie było takie jak widać na zdjęciach. Żadnej sałatki, mimo że też można niby było wybrać sobie potrawy, pieczywo zakreśliłam czarne a i tak mi przynieśli białą bułę. Nie masz w takim stanie siły walczyć o to, co ci przynoszą. Cieszysz się z każdej minuty, kiedy Cię straszliwie nie boli.
      Kawa i herbata były na korytarzu, ale ja się zorientowałam później, poza tym nie miałam siły po nią sama chodzić. Potem prosiłam pielęgniarki i owszem, one mi chodziły i przynosiły tę kawę.

      Usuń
  6. Moi sąsiedzi też niedawno uśpili psa, stareńki już był i miał paraliż tylnych łap.
    Problemy z kręgosłupem znam, kiedyś do pracy wzywałam pogotowie, brałam długo zastrzyki, ale w razie lżejszych kontuzji korzystam z usług kręgarki i jej czarodziejskich rąk.
    życzę zdrowia:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi starymi zwierzakami to niestety tak jest, ciężko jest się pożegnać, a jednocześnie jeśli człowiek może im skrócić cierpienie, to myślę, że tak trzeba.
      U kręgarza byłam raz w życiu poza tym się boję. Można trafić dobrze, a można niekoniecznie. Dziękuję i nawzajem :)

      Usuń
  7. niesamowite niestety i do tego płaczliwie mi się zrobiło . A historię z Twojego pobytu w szpitalu powinni przeczytać ci , którzy idealizują : ,, no bo w ...jest rewelacyjna obsługa medyczna".
    Szkoda futrzaków i to wielka .Na mnie fatalnie wpłynęła decyzja jaką musiałam podjąć w kwestii uśpienia mojej Daszeńki , wiernej psi
    pozdrawiam wieczorowo - dośka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie trudny to był dla mnie czas, i musiałam to opłakać. Na szczęście już jestem całkiem sprawna, nawet jeśli tej stopy do końca nie czuję.
      Po prostu staram się o siebie dbać, ćwiczyć choć trochę, odżywiać się zdrowo i uważać na to, co dźwigam.
      Takie decyzje bardzo się przeżywa, ja mojego Piesia nie zapomnę przez resztę życia. Bardzo mi go brakuje.
      również Cię pozdrawiam Dosiu

      Usuń
  8. No popatrz, a Tobołkowa ma skrajnie inne doświadczenia z niemiecką medycyną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anabell pewnie ma rację, że chodziło głównie o to, że nie byłam wtedy jeszcze ubezpieczona w Niemczech, teraz już jestem i dzięki temu też mniej się obawiam ewentualnych wizyt u lekarzy.

      Usuń
  9. No to możemy sobie podać ręce - o moich przebojach z lekarzami po tym jak wykryto u mnie złośliwca, mogłabym epopeję napisać. Jednak muszę też przyznać, że rzadko, bo rzadko, ale trafiają się perełki i dzięki takiej perełce mogę dziś pisać ten komentarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo już słyszałam takich historii, rozumiem, że jesteś cudem uratowana. Współczuję bardzo, wiem jak to jest się czuć całkowicie bezbronnym w takich chwilach.
      Dobrze, że wyzdrowiałaś i jesteś.

      Usuń
  10. Widzę, że w Niemczech bardzo podobne warunki jak w Polsce - raczej nie przejmują się pacjentem i łatwiej jest dostać wypis niż rzetelną konsultację.
    Współczuje Ci tamtych dni, ja też przeżywałam katusze ze swoim kręgosłupem i wiem jak to potrafi boleć, w sumie nadal nie należę do osób w 100% zdrowych, ale już nie narzekam.
    Aktualnie wystarczy mi usiąść w fotelu masującym. No i codzienna rehabilitacja domowa, czyli ćwiczę tzw. gorset mięśniowy, żeby na starość się po prostu nie złamać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę się poradzić wreszcie, jakie to mają być te ćwiczenia, bo wiele ćwiczeń właśnie chory kręgosłup uniemożliwia.
      Fotel masujący to dobra rzecz, ale jeszcze jeden grat w domu to już za dużo. :)
      powodzenia i z Twoim kręgosłupem!

      Usuń
  11. A gdzie zdjęcia z wnętrza komory rezonansowej? Dokumentacja fotograficzna niekompletna!
    Po trosze to ja Cię podziwiam - gdyby mnie cokolwiek bolało, robienie zdjęć byłoby przedostatnią rzeczą, jaką przyszłaby mi do głowy.
    Ale cieszę się, że już Ci lepiej. Też mam problemy z kręgosłupem, więc doskonale Cię rozumiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie żeby mi to nie przyszło do głowy, ale telefon trzeba było odłożyć przed wejściem do komory. :) Znasz moje cechy, dokumentuję wszystko i wszędzie, albo prawie wszystko i prawie wszędzie. W dodatku im bardziej jestem niepewna, tym bardziej skupiam się na robieniu zdjęć, to mnie odpręża. Ot takie małe dziwactwo. :)
      Kręgosłup to podstawa życia, powinien być zadbany, a sam wiesz, jak to w praktyce wygląda, większość czasu przesiadujemy na d...pie przy komputerach, a to kręgosłupowi nie służy. No i potem takie są tego efekty.

      Usuń
  12. No to mialas bardzo przykre przezycia w tym pierwszym szpitalu.
    Mysle ze to dlatego ze trafilas na takiego nieprzyjemnego lekarza, a poniewaz byl jednoczesnie ordynatorem, rzadzil na oddziale, wtedy inni lekarze sa bezsilni, no ale znalazla sie odwazna lekarka, ktora skierowala Cie na badanie, tym samym przeciwstawila sie decyzji ordynatora, pielegniarki tez chyba byly w porzadku. Najwazniejsze ze masz to juz za soba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz były chwile w tym szpitalu, że nie miałam pojęcia, czy z tego wyjdę.
      Też myślę, że ten ordynator narzucił swoją wolę wszystkim, bo mógł.
      Tamtej lekarce zawdzięczam dużo i bardzo mi pomogła.
      też się cieszę, że mam tę historię już za sobą, chociaż uważać będę musiała już zawsze.

      Usuń
  13. Narzekamy na polską służbę zdrowia, ale z Twojego opisu jasno wynika, że jak się ma pieniądze i wie do kogo się zwrócić, to fachowcy bywają nawet lepsi od niemieckich. Co złe już minęło i oby nigdy nie wróciło. Niechaj za rok będa milsze wspomnienia. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać na moim przykładzie karta EKUZ nie zapewnia takiej samej obsługi, jak niemieckie ubezpieczenie. Też mam nadzieję, że od teraz będzie już tylko lepiej.
      pozdrowienia serdeczne

      Usuń
  14. Musisz teraz bardzo, ale to bardzo na siebie uważać, żebyś nie trafiła "z marszu" na stół operacyjny.Bo znacznie lepiej jest iść na tzw. "operację planową" niż od hoc. Potraktowali Cię wrednie, ale tak mają wszyscy pacjenci na karcie EKUZ- robią tylko to co ratuje życie i wysyłają cię do Polski na leczenie. Zupełnie inaczej jest gdy jesteś już w Niemczech zameldowana i gdy jesteś członkiem niemieckiej Kasy Chorych.
    To postępowanie wynika nie z awersji do Polaków, ale z faktu, że ci co cię tu leczą na podstawie karty EKUZ bardzo długo czekają na pieniądze za Twoje leczenie, a tego żaden szpital nie lubi, ani też żaden lekarz.
    Poza tym tu starają się, by każdy pacjent spędził jak najmniej czasu w szpitalu.
    Było, minęło, głowa do góry, uśmiech na usta i...dbaj o siebie!
    Serdeczności;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się uważać i nie przeciążać nie tylko kręgosłupa, ale w ogóle całej siebie. Na stół mam nadzieję nigdy nie trafię, bo będę dbać o swój stan. Teraz już jestem w niemieckiej Kasie Chorych, więc być może masz rację, że jako pacjent będę już lepiej traktowana jakby co.
      A póki co w ogóle mi się nie chce myśleć o chorobach i szpitalach. Chociaż ten pobyt musiałam opisać, bo to był hardcore i nigdy tego nie zapomnę.
      pozdrowienia

      Usuń