poniedziałek, 19 marca 2018

Mój futrzak w słoneczny dzień

Dziś bez specjalnej filozofii podzielę się z Wami paroma zdjęciami, na których puszy się i cieszy z życia moja Mozart.
W słoneczny dzień jej wysokość Mozart pręży się i łasi. I pokazuje, jaka jest urocza.
Na koniec tego tańca wychodzi i tarza się na ogródku.

Tak, znowu wychodzi. Tylko za dnia. Od jesieni ub. roku. Kto jej nie wziął, kiedy szukałam dla niej domu bez wychodzenia, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Ogon też ma znowu w strupach. Ale kiedy wychodzi, przynajmniej jakoś znosi ból i nie skacze ciągle na niego. Za kilka dni pojedziemy do jej dermatologa w Warszawie na przegląd. Przyzwyczaiłam się.
Do pewnych rzeczy w życiu, nawet tych najtrudniejszych człowiek się przyzwyczaja. Szczególnie kiedy dotyczy tych, których się kocha i kiedy są to rzeczy, których nie da się zmienić, jak choćby jej choroba skóry.
Ostatnio Mozart zrobiła mi numer i zaginęła na długie cztery i pół dnia. Podejrzewaliśmy, że dała się gdzieś zatrzasnąć. I tak spędziła poza domem długie, bardzo długie cztery i pół dnia. Mało nie zeszłam ze strachu, prawie nie spałam te cztery noce. Porobiłam ogłoszenia i powrzucałam w okolicy do skrzynek pocztowych, rozdawałam na ulicy. W ogłoszeniach prosiłam, żeby ludzie pootwierali pozamykane szopki na narzędzia, garaże, budynki gospodarcze. Ogłoszenia poroznosiłam w piątek. W ubiegłą sobotę rano wróciła. Chyba jednak coś dało zaapelowanie do ludzi. Na całe wieczory i noce już zostaje w domu. Na szczęście dni są coraz dłuższe i pozwalam jej zostawać na dworze już do 18.
Kiedy wróciła po tym długim wypadzie powitaniom o przytulaniom nie było końca. 

Chociaż jak to na łazukę przystało, po paru minutach znów chciała wyjść na dwór.
Dwa dni udało mi się ją utrzymać w domu, wygrzać, odkarmić. Po dwóch dniach jęczenia pod drzwiami nie wytrzymałam i znów wypuściłam. Przynajmniej nie musi chodzić przez okrągłą dobę w kołnierzu.
Po powrocie z dworu gada ze mną intensywnie i nadzwyczaj chętnie. Albo towarzyszy mi podczas prac kuchennych.

Chętnie towarzyszy mi też kiedy pracuję, układa się na biurku chętnie z lewej lub z prawej strony klawiatury. Czasem z punktem obserwacyjnym tak jak tu: na ulicę.
Kiedy już znudzi jej się leżenie na biurku, przenosi się do swojego czerwonego koszyczka. Ostatnio kupiłam jej zabawkę, żeby jej było raźniej. Taką małą małpkę. Najpierw ledwo co ją tolerowała. Teraz potrafi się już wtulić.
Z wiekiem robi się też coraz bardziej przytulasta.
To już nie ten kotek dzikusek, którym była przez pierwsze pięć lat życia. I jeszcze ujęcia z koszyczka.
I jeszcze jedno z koszyczka.
Dobraaaanoc, późno już, jak widać.
Życie z kotem weryfikuje wiele rzeczy, także własne podejście do życia. Gdybym teraz szukała kolejnego miejsca do życia, to na pewno byłoby to mieszkanie lub domek z ogrodem. Albo chociaż z dużym balkonem, na którym dałoby się rozpiąć siatkę.
Bo przecież kicia musi mieć się gdzie wyszaleć. 
Dziś akurat postanowiła spać na górze, za głośno jej tu puszczam telewizję. Na mnie też już czas. Jutro rano przejrzę i zaproszę Was do przeczytania tego posta.
A tymczasem udanego tygodnia.

28 komentarzy:

  1. Tak, a potem w każdym z tych miejsc tona kudłów.
    Nasza kota zrzuca już na potęgę.
    Czego jednak nie wybaczy się tym których się kocha
    Prawda?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że prawda! Te kudły człowiek to jeszcze z radością zmiata i się cieszy, że kotek/piesek do niego gada :)

      Usuń
  2. Przepiękny futrzak i widać, że żyje po królewsku. Czyli tak, jak należy ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że się należy, w końcu koty muszą się czuć kochane i żyć po królewsku :)

      Usuń
  3. Jak dobrze być kochanym kotem:)Przeciez nie mozna odebrac jej tego wszyscy wiemy, ze ja bardzo kochacie:) szczęścia, jakie daje jej wychodzenie na dwór:) nie przejmuj sie,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korzyści są obustronne: my kochamy ją, a ona może nam okazywać swoją kocią miłość: budzić rano głośnym miau, a potem udeptywać, wdzięczyć się i łasić, noskować po przyjściu do domku, barankować przy dawaniu jedzonka itd. :)

      Usuń
  4. Uratowałaś kota! Dzielna pani :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kot w sumie sam się uwolnił, na całe szczęście. Nie tak dobrze o sobie myślałam, kiedy zginęła, uwierz mi. Z drugiej strony jest wolna i to jest wg mnie wartość nadrzędna.

      Usuń
  5. Kocia natura z niej wyłazi, dobrze, że wzajemnie się akceptujecie :) uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocia natura marcowa Małgosiu? Pewnie tak. Bez niej życie byłoby zupełnie inne, a tak czasem jest super-cudnie, a czasem mam o nią nieludzkie obawy. Ściskam również

      Usuń
  6. Przepiękna jest:))I taka podobna w tym jak się zachowuje do moich kiciów:) Kazik też z wiekiem stał się bardziej przytulaśny i gadatliwy:)Koty to fascynujące zwierzaki. Psy ujmują bezwarunkową miłością do człowieka, a koty tajemnicą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikuś, Mozart kiedyś żyła jeszcze więcej poza domem, ale od czasu tuż przed przeprowadzką z Warszawy zaczęła być bliżej nas, pchać się nie tylko na wersalkę obok, ale też wybierać kolana. Nigdy przed nią nie planowałam kota, a teraz nie bardzo sobie wyobrażam życie bez kota.

      Usuń
  7. Rzeczywiscie, one wszystkie chyba robia sie bardziej miziaste z wiekiem. Tiggy ostatnio w ogole zdurnial. Nie tylko przychodzi na kolana (na minute, ale zawsze!), ale nawet bije mnie lapa jak siedzi sobie na meblach w kuchni lub na biurku a ja go nie glaszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo inteligentny kot, wie czego chce i umie się o to dopomnieć! :)

      Usuń
  8. A ile lat liczy sobie Mozart? Miecka skonczyla 11 i tez nagle stala sie taka miziasta, jak nie byla nigdy w zyciu.
    Iwona, czy ona musi nosic te obroze? Czytalam ostatnio, ze obroze sa bardzo niebezpieczne dla kotow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kocurniczki tak mają, że po upływie pewnego wieku stają bardzo przylepne, zaś kocury zmieniają się w olewusów totalusów... jest to oczywiście prawidłowość statystyczna, bo czasem bywa kompletnie inaczej...
      ...
      obroża jest sprzeczna z "ideą", "duchem" pojęcia "kot", jest też pewne drobne ryzyko powieszenia się na niej przez kota w krzaczorach... z drugiej strony jednak jest to informacja dla otoczenia, że ten kot jest "czyjś", a nie bezdomna sierota, zapewne także zachipowany, więc gdy zdarzy mu się zagubić ma większe szanse na powrót do domu, a nie do schroniska... czyli generalnie obroża jest neutralna ze wskazaniem na "tak"... ale bez dzwoneczka!... to jest chory pomysł... niektórzy zakładają kotu dzwoneczek, by nie tępił ptaków, jednak tym sposobem sprawiają mu straszną krzywdę, gdyż kot głuchnie i rozwala mu się psychika...
      p.jzns :)...

      Usuń
    2. Aniu. Ciągle się boję ja wypuszczać a jeszcze bez obroży z adresownikiem jeszcze bardziej. Chociaż faktycznie grozi to zaplątaniem się w krzaczory. Chipa ma więc może niedługo zrezygnuje y z obroży. Dzwoneczek to tylko bym zakładała ludziom którzy to robią kotu.

      Usuń
    3. Mozart w tym roku skończy 8 lat.

      Usuń
  9. Ze zdjęć widzę, że Mozart jest właścicielką całkiem miłej Iw. Jestem ciekaw, czy ona też opowiadała swoim koleżankom o Twoich niedawnych kłopotach z kręgosłupem i o tym, jak się o Ciebie zamartwiała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba po swojemu się zamartwiała, w końcu kto by dbał o nią i jej michę, jakby mnie zabrakło? :)

      Usuń
  10. fan klub Mozarta dziękuje mocno za ten foto serwis...
    ...
    cztery i pół dnia... sporo... co prawda nasza "wolnościówa totalna" szwęda się do woli po okolicy, to taki okres nieobecności faktycznie nie dał by mi spokojnie spać w nocy, nie wspomnę o wypytywaniu sąsiadów...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po dwóch dniach odkryłam też jakieś otarcie na lewym boczku z tyłu kota. O coś jakby się lekko przytarła, ale skóra cała, tylko strupek się robi.
      Tak dużej wolności jak u Twojej chyba bym nie zdzierżyła. U mnie kot ma wracać na noc do domu. A nie dać się zamykać gdzieś obcym ludziom :).
      Chociaż w dniu pisania tego posta, kiedy napisałam w ostatnim zdaniu, że Mozart poszła spać na górę, okazało się, że to wcale nie była prawda. Była zamknięta (bezszelestna bestyjka) przeze mnie wieczorem podczas zamykania drzwi wejściowych w przedsionku. Dobrze, że tam jest duża wycieraczka. Nie wyszła, nie prosiła o wypuszczenie, tylko rano usłyszałam w pewnym momencie głośne prychnięcie (takie jak zawsze u niej - na ogon)
      Nie muszę mówić, że się ucieszyłam w przeddzień wyjazdu, że jednak się "znalazła" :)

      Usuń
  11. Bardzo miło, że tak się interesuje cię Mozartem. Aktualnie czyli w poniedziałek po 22 stoimy w gigantycznym korku w kierunku Warszawy na autostradzie A2. Jestesmy obie bardzo zmęczone a końca tego stania nie widać :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korek trwał w sumie 2.5 godziny. Dojechałyśmy przed północą, potwornie zmęczone!

      Usuń
  12. Koteczka kocha slonce, jak radosnie sie gimnastykuje, brzuszkiem do gory.
    Czytam wyzej ze jestescie w drodze do Warszawy i do tego w korku, wspolczuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, tak się tarza w słoneczku od malucha. :)
      Na szczęście usunięto skutki wypadku (niemalże, kiedy jechaliśmy dalej do Warszawt widać było jeszcze usuwanie śladów na jezdni) po 2.5 godzinach i mogłyśmy pomknąć do domu.

      Usuń
  13. Urocza jest :-) Mam nadzieję, że korek nie trwał długo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety długo, 2.5 godz. Na szczęście wydarzył się o 40 minut od domu, więc potem dojazd poszedł już gładko.

      Usuń

Zostaw ślad, będzie mi miło.
Komentarze nie na temat lub hejterskie będą wysyłane w siną dal, gdzie ich miejsce.