sobota, 6 stycznia 2018

Nie nudzę się, czyli codziennie coś nowego

Najwyraźniej ktoś (bo nie ja) postanowił, że również w tym roku nie będę się nudziła. Uprzedzam, że wpis będzie długi, bo i trochę się zdążyło wydarzyć w ciągu ostatnich kilku dni.
Jak wiecie z posta z życzeniami na nowy rok Sylwester zaskoczył mnie w Warszawie i spędziliśmy go w tym roku oddzielnie. 

Myślałam, że to koniec niekoniecznie przyjemnych niespodzianek, ale to był dopiero początek.

A tymczasem w domu w Bremerhaven Mikael walczył z piecem, który postanowił przestać grzać. Fachowiec od pieca wpadł na jego wielką prośbę i wypożyczył mu tymczasowo dmuchawę i piecyk, po czym odwiedził go dopiero w ubiegłą środę, przeczyścił piec. Od tego momentu ogrzewanie działa jak marzenie. Czyli w zasadzie mogła wracać już w czwartek.
Co z tego, kiedy mnie w środę po spacerze do piekarni i z powrotem dopadł taki ból głowy i drapanie w gardle plus nagłe osłabienie, że z przekonaniem, że właśnie zostałam skazana co najmniej na przeziębienie dziesięciolecia, a może i zapalenie oskrzeli, zwaliłam się na łóżko, bo na nic innego nie miałam siły. Nota bene moja córka chorowała w Święta, a mama ma zapalenie oskrzeli...
Tak więc liczyłam się z tym, że jeszcze długo z łóżka nie wyjdę.
Na szczęście w domu miałam wszystkie leki na przeziębienie, wzięłam też te na ból głowy.
I zaczęłam od razu tego wieczora z całym przekonaniem gadać sobie ze swoim organizmem, żeby jednak poczuł się zdrowy.
Możecie sobie wierzyć w takie metody lub nie, ale nie po to w wieku 17 lat uczyłam się treningu autogennego, żeby teraz lekceważyć wpływ autosugestii na moje ciało.
Ta pierwsza noc była paskudna, mimo moich obietnic co do godziny zasypiania i pójścia do łóżka koło północy nie mogłam zasnąć co najmniej 2 godziny. Strasznie się spociłam, co uznałam za dobry znak, że ciało walczy z zarazkami. 
I faktycznie. Rano obudziłam się spocona, ale rozluźniona. I już niemal bez bólu głowy. 
Przez cały ten czas brałam też specjalne homeopatyczne kropelki na przeziębienie.
Po dwóch dniach, czyli w zasadzie od dziś rano przeziębienie przeszło jak ręką odjął.
Ale to nie wszystko. Bo wczoraj rano, kiedy zaczęłam trochę dochodzić do siebie, wysiadł prąd w połowie mieszkania, w którym teraz pomieszkuję w Polsce. Nagle okazało się, że nie mam jak ogrzać dwóch z trzech pokojów. Niestety grzanie tylko w moim małym pokoiku, gdzie sypiam, skończyłoby się niechybnie jeszcze gorszym przeziębieniem, bo całe mieszkanie by pochłonęło to ciepło z jednego małego piecyka i wychłodziło się, a i tak nie należy do ciepłych (nie ma centralnego, są tylko piece-dmuchawy).
Co było robić, moja Przyjaciółka pożyczyła mi przedłużacz, prąd pociągnęłam z kuchni i podłączyłam do niego piecyk, komputer i lampę.

Bo dla moich pleców jednak jest lepiej, kiedy pracuję przy stole o normalnej wysokości, a nie przy tym malutkim w mojej tutejszej sypialni, choć ten ostatni wygląda bardzo malowniczo.
 
W sumie to da się wszystko przeżyć, tylko na podłodze trzeba uważać, gdzie się stawia stopy, takiego zatrzęsienia kabli dawno nie miałam.


Z jednej strony bardzo się cieszę, że mój stan się poprawił, bo musiałam dziś zrobić zakupy na ten wolny dzień, bo już nie mam co jeść, a wracam do Niemiec w niedzielę.
Z drugiej poniosłam też stratę. Niestety podczas dzisiejszych zakupów straciłam moje nowe rękawiczki. Kupiłam je niedawno w Bremie, były tak cieplutkie i piękne, że nie mogłam się nimi nacieszyć. Ciągle się zastanawiam, gdzie i kiedy mi wypadły. Wróciłam do sklepu i przeszłam się po nim, byłam w punkcie informacyjnym, ale nikt nie zwrócił rękawiczek. Nieuchronnie przepadły...
Jak to jest, że nigdy nie gubi się rzeczy już zniszczonych, tylko te najlepsze, najfajniejsze i najnowsze. Mogłam nimi nawet smartfona odbierać, bo miały od wewnątrz takie paski, które chwytały telefon dotykowy. I nawet zdjęcia ich nie mam...
*** Uczcijmy ich pamięć minutą ciszy.***
No dobra, czasem traci się rzeczy. Na szczęście coś takiego jak rękawiczki można odkupić. Pewnie nie będą takie fajne, ale ... jakieś znajdę.
Wracając do mieszkania i awarii: dziś rano przyszedł elektryk. I na szczęście. Bo w skrzynce rozdzielczej pojawił się poważny problem. Jeden z bezpieczników od dłuższego czasu był nadwerężony, a w takim stanie wyjął go pan elektryk.

Przyznam, że od kilku dni czułam w przedpokoju coś jakby woń spalonej rączki od patelni, ale wydawało mi się, że sąsiedzi może coś sfajczyli, nie połączyłam tego nawet sama z brakiem prądu w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu.

Na szczęście elektryk miał ze sobą bezpiecznik i naprawił dziś od razu tę awarię.
W tym mieszkaniu moja przyjaciółka i tak planuje remont przed wynajmem, bo instalacje mają po kilkadziesiąt lat, także kuchnia i łazienka są do remontu. Nie ma się co dziwić, że instalacja siada pod wpływem nadmiernego obciążenia.
Na szczęście jest nadzieja, że już w lutym, a najpóźniej w marcu będę się mogła wreszcie przenieść do swojego mieszkania.
Chociaż na kuchnię to ja chyba potrzebuję więcej czasu. Jakoś ciągle nie umiem się zdecydować, jak ma wyglądać. Nie mówiąc już o kosztach przedsięwzięcia, bo kuchnie to teraz luksus za niebagatelną cenę
Z drugiej strony tania szybko się rozleci i zniszczy i będę musiała wydać pieniądze dwa razy, zamiast raz na jakieś 15 lat.
Na koniec pochwalę się, że mój plan chodzenia wcześniej spać powoli zaczyna działać. Z wyjątkiem tej nocy, kiedy byłam chora, powoli chodzę spać coraz wcześniej, wstaję też wcześniej. Dziś obudziłam się przed budzikiem, czyli ok. 7:15.

Tak więc wszystko jest na dobrej drodze.
Z dobrych wiadomości: udało mi się dokończyć tu na miejscu dużo czekającej od dawna pracy, złapałam tzw. flow i wreszcie poszło.
Jeszcze tylko czeka mnie korekta i będę mogła wysłać (część już wysłana) i wystawić fakturę. O ile ściągnę aktualizację programu, bo coś pamiętam, że od nowego roku przepisy się zmieniły i teraz wszystko będzie inaczej wyglądało.
Nie ukrywam, że nie chce mi się tym zajmować, ale nie będę miała wyjścia, jak każdy inny przedsiębiorca w Polsce.

15 komentarzy:

  1. Mam wrazenie, ze jakos czesto sie przeziebiasz. Ja nie pamietam, kiedy ostatnio mialam katar. Zdrowka zycze! I odpornosci! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc nie mam takiego wrażenia u siebie, ale faktycznie ostatnim razem, kiedy wróciłam do domu, przeziębiony był M. i się od niego trochę zaraziłam. Kataru takiego prawdziwego też nie miałam od dawna. Jak mnie dopada słabość, to choruję właśnie tak, że padam z nóg na 1,5 do 2 dni. A potem mi przechodzi i funkcjonuję normalnie.
      Tak, żeby się rozchorować i pójść do lekarza to ja też nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam, ale chyba jeszcze w Polsce, czyli jakieś 1,5 - 2 lata temu. Kiedyś to było znacznie częściej, miałam nawet taki rok, kiedy w ciągu jednego roku brałam 5 razy antybiotyk, ale to było przed kilkoma laty.
      A na tym blogu nie pamiętam, żebym pisała w ogóle o moich przeziębieniach, chociaż oczywiście pisałam o chorobie kręgosłupa. Ciekawa jestem, skąd więc u Ciebie takie wrażenie?

      Usuń
    2. Nie wiem, ale tak mi sie wydawalo, ze niedawno pisalas, ze cos Cie bierze. Ale moze cos mi sie pokickalo?

      Usuń
  2. Rękawiczek nie noszę, bo zawsze mi ciepło w ręce. Ale do dziś pamiętam i nie mogę odżałować zgubionej na koncercie Maanam bransoletki. Była piękna! Minęły lata (byłam wtedy w liceum), a do dziś mam w oczach jej każdy szczegół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęściara, ja marznę już przy pięciu stopniach na plusie. A poniżej to już bez rękawiczek się nie ruszę, bo cały czas musiałabym trzymać ręce w kieszeniach.
      Miałam takie ukochane rzeczy, które straciłam lub zgubiłam, też nie umiem ich zapomnieć, za każdym razem mi szkoda, jak pomyślę. W ubiegłym roku zgubiłam piękną czapkę, chyba jedyną, w której wyglądałam ładnie. Też nie mogę kupić równie urodziwej i twarzowej.
      Co do rękawiczek, właśnie piszę aktualizację!

      Usuń
  3. Zapalenie oskrzeli niestety nie trwa 7 dni. Złapało mnie dwa dni przed świętami, spędziłam prawie cały swój pobyt w Polsce leżąc w łóżku (co już Ci mówiłam) i do tej pory jeszcze jestem nie całkiem zdrowa.
    Mam inhalator, muszę robić sobie sesje dwa razy w ciągu dnia przez około pół godziny. Bardzo pomaga, nie męczę się już tak z kaszlem, ale ile straciłam przez ten czas siedząc w domu, tego już nikt nie policzy.
    Aktualnie mamy piękną, słoneczną pogodę, ale ja jeszcze nie mogę wychodzić w góry. Mija trzeci tydzień.

    Napisz notatkę o tym, naucz mnie treningu autogennego! O_O

    Hmmm jak w dzikiej puszczy - uważaj pod stopy, bo czają się wszędzie dzikie węże, mogące popieścić... elektrycznym jadem ;)

    U mnie z tym kładzeniem się wcześniej spać, coś nie wychodzi. Położyłam się wczoraj o 22, wstałam jak zawsze. Dziesięć godzin spania... matHko jedyna.... Tłumaczę sobie to niedostatkami zdrowia.

    Dzisiaj idę na pierwszy spacer. Do lasu, z dala od autostrady, przy której notabene mieszkam i być może ma to wpływ na moje zachorowania na oskrzela. Niestety z powodu złej diagnozy trzy lata temu, miałam poważny stan przewlekłego zapalenia oskrzeli i teraz jestem podatna na byle co. Wystarczy, że ktoś obok mnie zapali papierosa i już mam nawałnicę kaszlu. Nigdy wcześniej tak nie było, lekarz mówił, że zrobiłam się nadwrażliwa i mogę częściej przez to chorować.
    Wiesz jaka jestem na to wściekła? Całe życie walczyłam o zahartowanie organizmu. Od dziesięciu lat nie przeziębiałam się i wystarczyło raz wyjechać do Szwajcarii żeby spadła mi odporność na zawsze. A ja głupia uwierzyłam w górskie, czyste powietrze, jak Michael Jackson, kiedy przyjechał do Warszawy bez maseczki.

    Pierwszy raz zachorowałam własnie w Szwajcarii. Teraz zachorowałam po przyjeździe do Polski, akurat straszny smog wisiał w mieście. Mam pecha. ;]

    Jak poczułam się lepiej, też doznałam flow do pracy. Zabrałam się ostro za korektę książki i do końca stycznia zamierzam wysłać gotową do wydawcy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmiana klimatu, taka drastyczna, prawie zawsze kończy się chorobą. Opisywała mi moja przyjaciółka, jak ją dopadło po przeprowadzce do Paryża, gdzie studiowała. Przez pół roku chorowała niemal cały czas. Aż wreszcie ją puściło.
      Organizm przywykł.
      Nie wie, jak długo już Ty mieszkasz w Szwajcarii, ale zapalenie oskrzeli jest faktycznie dość paskudne, też słyszałam, że nawracające. Co do treningu autogennego, napisz na priv, bo nie wiem, jak szybko taką notkę bym mogła napisać, poza tym jeszcze mnie oskarżą o szerzenie pseudomedycyny i metod autoterapii, to mobilizacja naturalnych sił organizmu, jeśli się o tym słyszy, to brzmi trochę, jak babka zielarka i szeptucha, ale są według mnie osoby, które mają ze swoim ciałem na tyle dobry kontakt, głównie sportowcy, którzy to robią wręcz podświadomie.
      Tjaa, teraz jest nagonka, więc wolę Ci napisać prywatnie na maila, jak się do tego zabrać. Książek niestety nie mam, więc nie polecę, pozostały umiejętności ćwiczone podczas zajęć ogólnorozwojowych z trenerem zafascynowanym wówczas nową rosyjską medycyną alternatywną.
      Flow do pracy to cudowne uczucie, też je miałam przez ostatnie dni, dzięki temu niemal dokończyłam wszystkie oczekujące zadania.
      Jutro jadę, żeby od poniedziałku zrobić korektę i nareszcie mieć z tym pakietem spokój. Potem odetchnę, za to będę mogła zająć się innymi sprawami, które też są pilne i oczekują na załatwienie.

      Moim zdaniem tę odporność możesz sobie jeszcze poprawić, najważniejsze to nie dać sobie wmówić, że twój organizm czegoś nie może. Trzeba przynajmniej próbować!
      Uściski!

      Usuń
    2. W Szwajcarii mieszkam już 3 lata. Początkowo moja lekarka w Polsce nie rozpoznała zapalenia oskrzeli. Dopiero kiedy formalnie wszystko było gotowe i wybrałam się do lekarki w Szwajcarii, zdiagnozowała mi to + powikłania. Pół roku chorowałam non stop, biorąc niepotrzebnie antybiotyki (od polskiej lekarki) nie na to, co trzeba i dodatkowo osłabiając organizm, a zapalenie oskrzeli rozwijało się w najlepsze.

      Dotychczas miałam wrażenie, że znam już na tyle swoje ciało i potrafię reagować na jego subtelne sygnały, że ta sprawa praktycznie nie jest mi już obca, a jednak z tymi oskrzelami...
      Nie chorowałam od 10 lat, wyznając zasadę, że najlepszą metodą jest hartowanie się. I było dobrze aż do tego czasu.

      Nie wiedziałam, że jest na to nagonka, sądziłam że wręcz przeciwnie - ludzie interesują się więcej alternatywnymi sposobami niesienia sobie pomocy zdrowotnej. Coś takiego... Spotkałam się tylko z krytyką ilekroć pisałam o metodach hartowania organizmu, ale to, powiedzmy sobie szczerze, wynika tylko z niechęci do ruszenia się z kanapy.

      Mam zbuntowany charakter i nie dam sobie wmówić, że jakieś kosmki są teraz wrażliwsze i że to koniec - będę chorować. Chcę się temu oprzeć.

      Usuń
    3. Od zawsze uważam, że trzeba rozmawiać ze swoim organizmem, łapać w ten sposób kontakt ze swoim ciałem. Mam swoje własne opanowane metody oddziaływania, wyobrażam sobie np., że gaszę stany zapalne - czyli wchodzę tam i mam gaśnicę w rękach, po czym zagaszam to, co czuję, że boli i się "pali".
      Oczywiście leki też biorę, ale mam wrażenie, że ta metoda bardzo wspiera ich działanie. Choruję niezwykle krótko i intensywnie, a potem jestem od razu na chodzie. :)

      Usuń
  4. Powiem Ci ,że Ty prowadzisz jakieś wybitnie ciekawe życie, ciągle coś się dzieje i ani chwili spokoju, może egzorcyzmy ? :-)
    Nie wiadomo , którą wersję wybrać ,czy masz pecha czy jednak coś lub ktoś czuwa.
    Taki spalony bezpiecznik , to niebezpiecznie...
    Pozdrawiam i spokoju życzę ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O egzorcyzmach nie pomyślałam .... hmmmm, może to byłby sposób, gdybym jeszcze w nie wierzyła :) hihihi
      Zawsze wolę wybrać tę lepszą wersję, a że ktoś nade mną czuwa, to pewne. Więcej w kolejnym wpisie, który właśnie piszę. :)
      Dziękuję, łaknę i pragnę tego spokoju, tylko kiedy!!!!

      Usuń
  5. No to nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, żeby Cię żadne infekcje nie łapały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście szybko przyszło i równie szybko poszło. :)
      Już jestem zupełnie zdrowa, i czuję się dobrze.
      Uściski!

      Usuń
  6. Rok ma dopiero 6 dni a u ciebie już tyle się dzieje:) WYgląda na to, że jesteś osobą, przy której nie mozna się nudzić bo zawsze się cos dzieje. Zdrowia ci życzę, Iw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano chyba nie mam szansy się nudzić, ani nikt przy mnie.
      Dodam, że na blogu opisuję tylko wycinek rzeczywistości :))
      Uściski i pozdrowienia, miło Cię znowu "widzieć" Iwonko.

      Usuń

Zostaw ślad, będzie mi miło.
Komentarze nie na temat lub hejterskie będą wysyłane w siną dal, gdzie ich miejsce.