niedziela, 1 października 2017

Odpowiedź zbiorcza dotycząca rozwiązania sytuacji Mozarta

Moi Drodzy,
to będzie komunikat dla tych, których interesuje stan Mozarta i dłuższa odpowiedź na Wasze komentarze zebrana w jednym wpisie, do którego będę następnie odsyłać osoby, którym wydaje się, że nie przemyśleliśmy jeszcze wszystkich rozwiązań i nie sprawdziliśmy wszystkich możliwości. 
Mozart przespała noc dobrze, została już przez nas wygłaskana i wydrapana, bo w kołnierzu sama za bardzo nie może. Była raz w nocy na siusiu.
Pojadła trochę chrupek wczoraj wieczorem i dziś rano. Na razie nie dałam jej środka przeciwbólowego, żeby jej nie męczyć. Dużo poleguje i odpoczywa.

Naturalnie często już wygląda tęsknie za okno. ...
Wczoraj odpoczywała a to na schodach, a to na parapecie. Czyli odzyskała pełną sprawność ruchową.
Nie wiem, czy w przyszłości będę jeszcze poruszać ten temat na blogu. Bo przechodzenie kolejny raz tego stresu pod czujnym okiem obrońców kociego życia i osób lepiej wiedzących, jak mam żyć i stosujących "proste rozwiązania", na które na pewno nie wpadłam, bo jestem idiotką do kwadratu, chyba jest ponad moje siły. Aniu (Pantera) to nie do Ciebie personalnie, to odpowiedź na wszystkie tego typu propozycje wypływające na pewno z dobrego serca, ale nie uwzględniające tego, że ja takie pomysły już rozważyłam pod każdym kątem i odrzuciłam nie bez przyczyny.
Niestety mam ciągle wrażenie, że mimo przemożnej chęci pomocy ze strony wszystkich miłośników kotów, nikt inny nie jest w stanie dać Mozartowi lepszego domu, niż my. Ani wychodzącego, ani zamkniętego, ani żadnego.
Próbowałam naprawdę wiele, choć nie dzwoniłam pewnie do wszystkich fundacji w mieście. Dzwoniłam po fundacjach i domach tymczasowych. Pytałam, czy mogą pomóc znaleźć dla niej bezpieczny dom, że ja ją do tego czasu przetrzymam a potem dowiozę, gdzie będzie trzeba. W każde miejsce w Polsce czy gdzie indziej.
Nie chciałam jej oddawać do schroniska, bo to by była dla niej pewna śmierć w depresji i opuszczeniu. Jeśli ktoś uważa to za lepsze rozwiązanie niż wychodzenie, ciągłe walki i szycie, to trudno. Ja uważam to za skazanie zwierzęcia na mentalne opuszczenie i za karygodne i niedopuszczalne.
Pomijając już fakt, jak jestem traktowana dzwoniąc do tych wszystkich wolontariuszek.
Żadna z nich nie zagłębiając się w temat po prostu z góry uważa mnie za egoistyczną durną sucz, która dla własnej wygody chce oddać zwierzaka po latach.
Traktują mnie co najmniej jak przestępcę. Słyszę, że same mają domy tymczasowe przepełnione. I problemy tak techniczne, jak lokalowe i finansowe. O czym wiem, więc temu akurat się nie dziwię. Sama czasem wspieram, o ile to możliwe.
Jakiś czas temu dałam też tu na blogu ogłoszenie o oddaniu Mozarta w dobre ręce, bo wiem, że w tym miejscu te ataki się będą powtarzać. 
Jak wiecie, nic z tego nie wyszło.
Drugi ważny aspekt tej sprawy jest taki, że Mozart jest kotem namiętnie wychodzącym, nie znoszącym zamknięcia. Dostaje od tego depresji, nie umie funkcjonować, szczególnie kiedy wygląda przez panoramiczne okna naszego domu ciągle na ogród. Nie może na to patrzeć, wiedząc, że nie może wychodzić. Dla niej to katorga. Ja uważam zamknięcie takiego zwierzęcia za torturę i znęcanie się nad zwierzęciem. Może gdzieś w mieszkaniu pod czułym okiem opiekuna odnalazłaby spokój i nie próbowała wychodzić. Ale ja jej tego tu nie mogę zapewnić.
Wszelkie próby umieszczania jej gdziekolwiek spełzły na niczym. I my sami uznaliśmy, że innym może być jeszcze trudniej poradzić sobie z jej chronicznym zapaleniem skóry. My jakoś to ogarniamy. Podajemy leki, jak trzeba. Dostawała dotychczas sterydy, dlatego gorzej się jej goi skóra i bardzo powoli zarasta futrem.
Próbowałam w Niemczech, próbowałam w Polsce. NIKT, ale to absolutnie nikt się nie zgłosił.
Była jedna propozycja zamiany kotów, którą opisałam bardzo dokładnie w postach pod tytułem Cat-Action-Thriller-Story (która zaczyna się tu).
Omówię jeszcze wyprowadzanie Mozarta na smyczy, bo wszystkim się to wydaje takie łatwe i proste rozwiązanie. Czy też stworzenie woliery, albo też zamkniętego wybiegu dla kota na ogrodzie itp. To jest też dla niej dalej zamknięcie. W dodatku w otoczeniu kotów, które jej zagrażają, bo mogą swobodnie tuż obok niej poruszać się po tym ogrodzie. Ta czarna kotka robi to, patrząc nam w oczy. Chyba, że pogonimy ją autentycznie czy rzucimy czymś za nią.
Przebywając w domu Mozart jęczy o wychodzenie praktycznie prawie przez cały dzień. Każdy kontakt z nią to jej biegnięcie do okna i żałosne miauczenie: wypuść mnie błagam cię, już będę grzeczna.
I tak w kółko. Przez cały dzień z przerwami na drzemki. To jest gorsze od płaczu niemowlaka. Nie wiem, czy ktoś słyszał najbardziej żałośnie miauczącego kota. To właśnie ten wariant.
A ja pracuję w domu i słucham tego jej jęczenia przez cały dzień.
Przez ostatnie tygodnie, kiedy wystawialiśmy ją na smyczy na ogród moje życie kręciło się w kółko koło kota. Praca zeszła na dalszy plan. Nie wyrobiłam się w ważnych terminach. Nie miałam jak zarabiać i nie umiałam się na pracy skoncentrować. I co dalej?
Gdyby nie kilka zleceń ustnych w Polsce w ogóle mogłabym się pożegnać z pracą, bo nie byłam w stanie normalnie pracować w tych warunkach. Zostawić kota samego na ogrodzie, gdzie w otoczeniu są drapieżne koty przecież nie mogę. Musiałam więc jej ciągle towarzyszyć, albo wystawiać i sprawdzać co 5 minut. Jeśli ktoś umie tak pracować, to gratulacje, ja nie wytrzymuję.
A i tak ciągle w domu za zamkniętymi drzwiami pięć minut czy max. pół godziny po powrocie ze spaceru ze smyczą najczęściej znów jęczała za wolnością.
Od tego stresu zaczęła być przybita, depresyjna, to  już nie był ten kot, co zawsze. Ze stresu skacze na ogon albo wali nim o meble nerwowo. To prowadzi do rozwalania się osłabionego miejsca na ogonie. A stąd już prosta droga do kolejnego pęknięcia przez całą długość ogona i rany, która nie goi się potem przez ok. 3-4 tygodni. Leki, które bierze, czy to sterydy, czy ten inny lek, który dostała ostatnio na chroniczne zapalenie skóry, mają dużo efektów ubocznych. Rozwalają jej w szybkim tempie nerki i inne organy, daruję Wam szczegóły. Poza tym po sterydach nie odrasta jej futro, co widać na zdjęciach. Albo odrasta tak wolno, że większość miejsc ostatnio ogolonych nadal jest goła. Po dwóch czy teraz już trzech miesiącach. Rany goją się powoli.
No więc, kiedy jest w domu, to siłą rzeczy dsotaje więcej leków. I te środki rozwalają ją od środka. Powoli acz skutecznie. Czego jeszcze nie widać, ale wiem, że musimy się liczyć z tym, że potem będzie wymagała leczenia także tych organów. No trudno. Taka się urodziła i będziemy ją leczyć.
W każdym razie między innymi dlatego odetchnęliśmy z ulgą, kiedy zaczęła znów wychodzić na dwór, wracała cała szczęśliwa i opowiadała już tylko radośnie, co tam przeżyła i widziała.
Leki odstawione, nie były już potrzebne. Dostaje tylko środek na odpchlenie i to wystarcza.
My mogliśmy znów zacząć nowe życie. Przemontowaliśmy kocie drzwiczki do garażu, bo okazało się, że zostały źle (odwrotnie) zamontowane. Stroną, gdzie ustawia się czy kot może wejść, czy wyjść na zewnątrz zamiast do środka. No i nic dziwnego, że ta czarna małpa z sąsiedztwa tamtędy wchodziła bez kontroli za to nie mogła wyjść.
Niestety Mozart po kilku wizytach tamtej w garażu teraz boi się tamtędy przez te drzwiczki wchodzić. Mieliśmy nadzieję, że na spokojnie stopniowo ją tego nauczymy. Wychodzić już się nauczyła, jeszcze tylko wchodzenie.
Tak żyje większość kotów wychodzących i nie ma w tym nic zdrożnego, czy złego. Żyją, mają się dobrze, umierają na starość szczęśliwe.
***
Niestety tutaj jest inaczej.
Ta czarna kotka najwyraźniej ma ochotę wykurzyć Mozarta i zająć jej miejsce. Przymila się do nas od początku, próbowała już też wchodzić do nas do domu. Podejrzewam ją niestety od początku i nad ranem zanim wróciła Mozart też Mikael ją widział na naszym ogrodzie i słyszał krzyk kociej bójki. Czyli winowajca jest raczej pewny. I po ostatnim ataku raczej pewne jest to, że jest to kocia psychopatka, z którą wprawdzie Mozart dzielnie walczyła, ale tym razem dostała bardzo mocne wciry.
Nasz kot ma wroga, którego nie możemy ani zabić (ze względów humanitarnych), ani wykurzyć, który uważa nasz ogród i całe otoczenie za swój rewir i który broni go na śmierć i życie.
I to tylko my czujemy się teraz, jakby nam ktoś ziemię spod nóg usunął.
Nawet nie próbuję jeszcze dziś podjąć jakiejkolwiek decyzji. Wiem tylko, że będę musiała wybierać mniejsze zło i że w tym wypadku każdy wybór będzie do dupy. 
No chyba, że kogoś na tyle poruszyła historia Mozarta, że zaryzykuje opiekę nad nią i okaże się osobą na tyle odpowiedzialną i dobrą, że odważę się jej powierzyć istotę, dla której zrobiłabym wszystko, co tylko w mojej mocy, żeby była szczęśliwa i zadowolona do końca swoich dni.
Po swojemu. Bez wujków i cioć dobra rada.
Jeśli kogoś tak bardzo wzrusza los Mozarta, to istnieje nadal jeszcze ewentualność adopcji. Ale jeśli chodzi tylko o to, żeby mi nawtykać, że robię wszystko źle i nie spróbowałam wszystkiego, to ja za takie uwagi bardzo dziękuję.
Jeśli ktoś mnie znielubi za to, że jeszcze nie zrobiłam wszystkiego, to uroczyście oświadczam, że więcej zrobić nie umiem i nie potrafię. 
Nie każdy musi mnie lubić.
Nie każdy musi mnie akceptować.
Nie każdy musi mieć mnie w znajomych i czytać mojego bloga.
Nie każdy musi mnie rozumieć.
A ja nie nie będę się więcej tłumaczyć.
Temat Mozarta, jej wypuszczania czy nie-wypuszczania, czy wymyślania rozwiązań ograniczania jej wolności w taki czy inny sposób uważam za zamknięty na blogu.
Najwidoczniej jest ona podobna do mnie i raczej woli umrzeć w walce, niż zgnić w pierdlu.
I wiecie co, ja ją rozumiem.

49 komentarzy:

  1. Iwona, trzymaj się, wiem co czujesz.

    Zostałam przeorana, szukając pomocy dla naszego Filemona. W domu dochodziło do dantejskich scen, a kiedy w rozpaczy poprosiłam o pomoc jedną z flagowych kocich blogerek, prowadzącą dom tymczasowy dla dziesiątek kotów, oczywiście usłyszałam, że to wszystko nasza wina, że my źle postępujemy, że kotu trzeba pomóc. A czymże był mail z błaganiem o pomoc, jak nie szukaniem pomocy? Czymże było w krytycznym momencie zaangażowanie straży miejskiej, policji, pracowników schroniska i dyżurnego weterynarza, jak nie waleniem do każdych drzwi?? Straż pożarna nie przyjechała tylko dlatego, że byli akurat przy gaszeniu pożaru i nie złożyliśmy zgłoszenia.

    To, co się wydarzyło w ubiegłym roku, do dzisiaj wspominam ze łzami w oczach, a wtedy omal nie wylądowałam z całą rodziną na psychotropach, ale po tym, co usłyszałam od tych wszystkich cioć dobra rada utwierdziło mnie w jednym - umiesz liczyć, licz na siebie. Ja już nie wracam i nikomu nie opowiadam całej historii, bo King by lepszej nie wymyślił w swoich horrorach.

    Z tego nie ma dobrego wyjścia, każde będzie, jak słusznie zauważyłaś, mniejszym złem. Trzymam za Was kciuki. I za Mozarta, żeby, cokolwiek nie wymyślicie, kotu było najlepiej, jak się tylko da. Uściski i dużo, dużo siły życzę w tym trudnym czasie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marchevko, nawet nie wiesz, jak Ci dziękuję za ten komentarz. Spodziewam się, że zbiorę baty. Tak więc to, co przeżyłaś potwierdza w całej rozciągłości te zapędy do pomocy, które niestety w niektórych sytuacjach też nic nie dają.
      Wcale się nie dziwie, że mieliście takie problemy w rodzinie. U nas też dzieje się nie najlepiej, wszystko jest postawione na głowie, a my walczymy z wiatrakami, a z rozpaczy to już i sami ze sobą.
      Mam nadzieję, że to, co dziś wymyśliliśmy da się zrealizować... Ale to trochę dłuższa droga, niż się spodziewałam. Albo i nie. Przyszłość pokaże.

      Bardzo Wam współczuję tego, co przeszliście. I rozumiem, jak nikt inny. Także niechęć pisania o całej sprawie na blogu, sama wiem, jak to jest.
      Uściski!!!

      Usuń
  2. To nie jest zadna odpowiedz zbiorcza, to dosc agresywna odpowiedz na moj komentarz pod poprzednim wpisem. Nie bez przyczyny zostalam dwukrotnie wymieniona w poscie.
    Mialam dobre intencje i nie wydaje mi sie, ze moja porada powinna zasluzyc na taka reakcje. Ale to Twoj blog i mozesz pisac, co Ci sie podoba, a ja nie musze komentowac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania, wiem, że miałaś dobre intencje. Dlatego specjalnie podkreśliłam, że to nie jest komentarz skierowany przeciwko Tobie. Pisałam o tej sprawie na tyle często, że tych propozycji przewinęło się przez mojego bloga dość dużo. Na świeżo i na gorąco miałam do omówienia jednak tylko przykład z Twojego komentarza.
      Miałam nadzieję, że w sposób dość wyraźny napisałam, dlaczego Twoja propozycja jest dla mnie nie do zrealizowania.
      Nie wyganiam Cię z mojego bloga wprost przeciwnie.
      Ale czasem muszę napisać też wprost, co sądzę o tych wszystkich nieproszonych radach. I nadszedł ten moment.
      Przepraszam, jeśli Cię uraziłam. Nie taki był cel.
      A że piszę agresywnie - no bo w chwili emocji niestety to mi się tylko nasuwa w głowie. Tym razem napisałam wprost i bez cenzury, co myślę.
      Jeśli za ostro, to może dlatego, że nie została uszanowana moja prośba wielokrotnie wygłaszana do nie radzenia mi.

      Usuń
  3. Iwona, przy całej sympatii do Ciebie... To nie kotka zdecydowała, że umrze w walce. To ty zdecydowałaś za nią, że tak będzie, że umrze poszarpana lub zagryziona, jak to się zdarza kotom wychodzącym. Koty nie podejmują decyzji o charakterze egzystencjalnym, chociaż rozumiem, że wygodniej ci tak pomyśleć. Ale to twoje decyzja, a nie jej. Jesteś jej opiekunem i to ty decydujesz, jaki tryb życia będzie prowadził twój kot. W tym poście próbujesz zrobić z siebie ofiarę tej sytuacji, podczas, gdy jej ofiarą jest Mozart, bo to ona regularnie obrywa podczas tych swoich samodzielnych wyjść, wraca poraniona, nabita na coś lub pogryziona. Jeśli przez to cierpisz, to nie rozumiem, dlaczego wciąż na to pozwalasz. Rozmawiamy o tym od lat i od lat wyrażam swoją dezaprobatę. Nie zamierzam doradzać, bo wszystkie pomysły, jakie tu, czy na priv otrzymujesz, są przez ciebie negowane, trzymasz się uparcie tego samego, że Mozart musi wychodzić. Więc wychodzi. I ponosi straszliwe konsekwencje. Nie ty. Ona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam Twoje zdanie od lat, a Ty znasz moje. Dobitnie opisałam je w tym wpisie. Jeśli uważasz, że wiesz lepiej, co dobre dla Mozarta, to trudno.
      Nie robię z siebie ofiary, tylko faktycznie uważam, że mam problem. Jeśli tego nie widzisz, to przykro mi. Wiesz lepiej. No trudno. Rozwiązania jednak szukam ja.
      A Mozart jako samodzielna jednostka nie przeżyje i wiemy to wszyscy jak jeden mąż, więc nie przyjmuję argumentu, że cierpi i ma problem tylko Mozart przez moje nieodpowiedzialne decyzje.
      Uważam, że zrobiłam dość i robię dalej. Na tym zamykam temat, bo nie sądzę, żeby więcej dało się z tego pozytywnego wycisnąć.
      A na negatywne już nie mam ani siły, ani ochoty.

      Usuń
  4. Co do środków przeciwbólowych - to ich niepodanie oznacza, że kot się męczy. Koty nie okazują bólu wyjąc, płacząc i miaucząc. Jako drapieżniki starają się go nie okazywać aż do chwili, gdy już nie są w stanie go wytrzymać. Można poznać, że je boli można poznać po tym, że często zmieniają miejsce uparcie szukając wygodniejszej pozycji są osowiałe, warczą przy dotyku itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mozart dostała środek bólowy, poprzednio starała się odpoczywać i co chwila się kładła i polegiwała.

      Usuń
    2. Więc prawdopodobnie bolało ją jak cholera, skoro się co chwila kładła i zmieniała miejsca. Kocich zachowań nie można oceniać ludzką miarą. To inny gatunek i ma swoją specyfikę. Nie wiem, jakie są zalecenia od weterynarza (częstotliwość podawania), ale trzymaj się ich i nie czekaj aż zauważysz, że ją boli. Jak co 6 godzin, to co 6 godzin. Bo jeśli kot już tak bardzo nie wyrobił, że pokazał ból, to prawdopodobnie świrował z cierpienia.

      Usuń
    3. Zalecenia są takie, że raz dziennie i tak podałam. Kot nie pokazał bólu, ale faktycznie zmieniała miejsce, dziękuję, że mi o tym napisałaś. Bo nie wiedziałam.

      Usuń
  5. Skoro "czarna" zaczęła wojnę i to taką, żeby zabić, to chyba jasny sygnał, że wszystko jest dozwolone...Ja bym nie miała skrupułów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koty to zwierzęta mocno terytorialne. Bronią swojego rewiru, czyli tego terenu, który za swój uznają. I są gotowe ostro atakować intruzów. To kiepski pomysł, aby je karać i winić za ich naturę, chociaż wściekłość można zrozumieć. Ale koty to nie ludzie. To koty.
      Jakie mogłyby być konsekwencje zrobienia krzywdy tamtej kotce? Mozart mogłaby mieć kolejnych wrogów, na przykład jej opiekunów lub karmicieli. Kocia wojna w sąsiedztwie gotowa.

      Usuń
    2. no nieee... Bastet broń od takich numerów, jak likwidacja tamtego kota... ale nawet jakby, tak czysto teoretycznie, to konflikt z sąsiadami, już na poziomie ludzkim, jest bardzo prawdopodobny...

      Usuń
    3. @Iwona P...
      było już omawiane... za długo... zanim się psiaka zsocjalizuje w nowym miejscu, zanim Mozart dogada z nowym kumplem, to mnóstwo rzeczy może się wydarzyć...

      Usuń
    4. Iwonko, na razie zakaz wychodzenia i smycz to jedyne, co mamy w ręku. Będzie ciężko, ale na pewno nie ma teraz i tutaj innego wyjścia.

      Usuń
  6. Kompletna sieczka. Ty masz nie lada kłopoty i stres, a inni wiedzą lepiej. Nie zrobisz nic z kotem wychodzącym, nie oduczysz go wychodzenia i wie to doskonale kto kiedykolwiek kota miał dłużej niż 5 minut na kolanach.
    Serdecznie Ci współczuję tych problemów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście inni przeważnie wiedzą lepiej, umieją lepiej i sami by najlepiej załatwili moje sprawy. Tyle, że to nie oni poniosą konsekwencje swoich porad, nawet tych udzielonych w dobrej wierze (wierzę, że wszyscy moi komentujący mają dobre intencje).
      Bardzo dziękuję, musiałam to wypisać, żeby mi ulżyło.
      Teraz najwyżej stracę 50% czytelników i znajomych. I będę musiała z tym jakoś żyć. Oni mi w tej sprawie jak dotąd nie pomogli i nie pomogą.
      A przynajmniej, jeśli przed udzieleniem rady nie zapytają:
      A czy przemyślałaś może to i tamto?
      No ale kto by się patyczkował ze mną. Przecież kot zawsze najważniejszy.
      Ja się nie liczę.
      Ech, buźka!

      Usuń
    2. W ogóle nie martw się ludźmi! Ja ostatnio przedawkowałam internet i podjęłam radykalne kroki. Ludzie zawsze będą niezadowoleni.
      Dla mnie pewien portal społecznościowy, to kontakt wizualno-tekstowy (nie każdy lubi wisieć na telefonie, np. ja nie) i cieszyło mnie móc publikować ciekawe materiały i opowiadać o tym.
      Po przespaniu się z nowym pomysłem, postanowiłam zamrozić swój profil FB. Jest blog i jest FP bloga, nie będę się rozdwajać na dwa konta z tym samym materiałem tylko dlatego, bo ciotka, czy szwagierka nie życzą sobie zaproszeń na jakieś FP. Nie chcą kontaktu, to nie. I jakoś też nie dzwonią, na skype również cisza, więc to chyba jasne komu bardziej zależało. Nie da się kochać za dwoje, więc pass.
      Ani mnie to zieje, ani grzębi, że oglądalność rodowa właśnie spadła.
      Ale ciocia zawsze ma mnóstwo dobrych rad, mimo że na co dzień ze mną nie mieszka i nie wie co naprawdę jest. Ludziom zaczęło się wydawać, że oglądając mój FB, znają mnie na wylot.
      FP i blog zostają. O dziwo tam czuję się bezpieczna.
      Pozdrawiam i trzymaj się cieplutko, kota pogłaszcz od starej wiedźmy :)

      Usuń
    3. Kota głaszczę prawie przez cały dzień, bo często kładzie się i wypoczywa obok mnie w swoim koszyczku, który stoi na biurku.
      Co do zainteresowania rodziny - większość mojej się nie interesuje, a ja nie nalegam. Od dawna stosunki są zamrożone, nawet nie wiem, czy każdego z nich poznałabym na ulicy. Ale skoro im nie zależy, to czy ja mam za dużo czasu, żeby za kimś biegać?
      Co do publikowania tu na blogu tekstów o Mozarcie - dla tych, którym naprawdę zależy na pewno zamieszczę za kilka dni informację, o jej stanie zdrowia, bo tak należy.
      Na krytyków - nic nie poradzę.
      Doradców to ja mam po dziurki w nosie, szczególnie jeśli za poradami nie idzie nic nowego.
      Bo jeśli idzie i można to zastosować, to chętnie wysłucham.
      Ale jeśli jest to kolejna porada z setek tych, które już musiałam wysłuchać, to niestety w nerwach są nie tylko bezużyteczne, ale i podnoszą jeszcze bardziej i tak wysokie ciśnienie.
      No i tyle.
      Dużo mnie nauczyła ta sytuacja w każdym razie.
      Też raczej będę publikować info o nowym wpisie tylko na FP. Jeśli ktoś nie chce, niech nie komentuje, śledzi ani nie komentuje.
      Przedawkowanie internetu w tym blogowania miałam w ub. miesiącu, ale to tak dla równowagi wobec nieudanego urlopu.

      Usuń
  7. Problem może tkwić też w czymś innym.
    Mozart będąc na lekach pachnie zupełnie inaczej niż normalne koty.
    Sama byłam świadkiem jak zżyte stado atakowało swoją kotkę,
    bo była u weta na sterylce i pachniała lekami.
    Może warto zmienić jej dietę na surowe mięso,
    zmienić radykalnie zapach i to może pomóc.
    Będzie inaczej traktowana.
    Moje koty nie jedzą czystego Barfu,
    ale pierwsze śniadanie suche,
    drugie mokre zmiksowane mięso z dodatkami i podrobami
    a wieczorem mięso.
    Mam nadzieję ,że czarna kotka jest wysterylizowana.
    Coś musi być powodem, że koty walczą, o czym my nie wiemy.
    Terytorialność to trochę za mało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krysiu. Próbowałam jej wcześniej wiele razy podawać surowe mięso. Ona w ogóle jest niejadkiem, a jeśli już jada chętnie, to pożywienie chrupkie. Z miękkim zawsze jest problem. Zje dwie łyżeczki (a surowego może ze dwa malutkie kawałeczki dziennie) i leci miauczeć o coś innego.
      Ona raczej na pewno jest wysterylizowana, bo inaczej by nie wychodziła sama na dwór. I nie wraca przecież w ciąży.

      Usuń
  8. Ja nie jestem agresywny! Agresywność jeden!
    I nie znam się na kotach. I na pewno nie będę niczego radził. O kotach wiem tyle, że przód jest od tego bardziej tępego końca, a tył od tego spiczastego - odwrotnie niż u kiwi. I jeszcze wiem, że koty chodzą w butach, bo widziałem w TV (leciał "Shreck"). I ewentualnie, jak mu się buty rozprują, to wtedy mogę coś poradzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze czasem przeczytać taki komentarz na dystansie. Dzięki za przypomnienie o tym, że kot to też czasem uroki życia, a nie tylko smutki. Może jakoś uda się nam coś poradzić, ale jeszcze za wcześnie na ogłaszanie czegokolwiek.
      Pozdrowienia serdeczne

      Usuń
  9. no żesz!... przegapiłem poprzedni post, więc dla mnie to jest news... chociaż postanowiłem już nic nie doradzać, zresztą jak czytam,nie bardzo sobie tego życzysz, to jednak pozostawiłaś drobną, może nie furtkę, ale szparę w płocie poniższymi słowy:
    "No chyba, że kogoś na tyle poruszyła historia Mozarta, że zaryzykuje opiekę nad nią i okaże się osobą na tyle odpowiedzialną i dobrą, że... etc..."...
    nie chcę Ci podpaść, ale wlezę w tą szparę i przypomnę, że temat już był omawiany...
    ale dalej już się nie odzywam...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Piotr, ano temat był omawiany i też raczej przyjęty bez entuzjazmu, chociaż kilka osób, na które liczyłam, poleciło adopcję Mozarta. Ale niestety to wszystko bez efektu. Za dużo jest kociaków całkowicie bezdomnych, żeby ktoś chciał brać sobie kota, który jakiś tam dom, ale jednak ma.
      I na tym kończą się zapewne przemyślenia osób z fundacji i schronisk, do których zagadałam.
      Wśród wszystkich rad (często powtarzających się) nie znalazłam żadnej, o której bym nie pomyślała i która by mogła coś przynieść.
      A wierz mi, po miesiącach spędzonych na przemyśleniach, oglądaniu ogrodu z każdej strony, już wiem, co tu jest możliwe, a co absolutnie nie.
      I wiem, na co mogę sobie pozwolić z punktu widzenia najemcy pokoju w domu (bo nie jestem jego właścicielką, ani nawet współwłaścicielką i nie mogę gwarantować, że mój partner nie zdecyduje się go pojutrze sprzedać), wiem w co mogę, a w co nie mogę zainwestować.
      Powoli się uspokajamy i być może wreszcie mamy jakiś sposób, ale na razie chyba za wcześnie o tym mówić.
      Też bardzo serdecznie pozdrawiam

      Usuń
    2. ale ja wspomniałem o sprawie, która już była w fazie dość zaawansowanych rozmów... to już dopisuję w ramach poprzedniej mojej wypowiedzi, być może niedoprecyzowanej...

      Usuń
    3. */errata... ma być: "...w ramach poprawki do poprzedniej..."...

      Usuń
    4. Piotr, jeśli myślisz o Rysiu, to pewnie akurat nie doczytałeś finału całej akcji.
      Pomogę linkiem 1:
      https://iw-motywacja.blogspot.de/2017/08/cat-action-thriller-story-czyli-kot-w-opalach-czesc-2-Bandito.html
      i linkiem 2:
      https://iw-motywacja.blogspot.de/2017/08/epilog-Cat-Action-Thriller-Story-czyli-co-dalej-z-Rysiem.html

      Usuń
    5. wiem, pamiętam... al dopóki Rysiek nie ma nowego domu, pewne decyzje są do odkręcenia?...
      okay, sorry, miałem już się nie odzywać... chyba za bardzo rozwala mnie ta sprawa :)...

      Usuń
    6. Przeczytałam całość, ogromnie współczuję! Co do naszego Ryśka, to- choć taka re-propozycja ze strony Pani Iwony nie padła, co bardzo doceniam- chyba byśmy się już dzisiaj nie zdecydowali na wymianę. Rysiaczek dużo śpi i kto wie, czy nam nie gaśnie, jednak najważniejsze, że znaleźliśmy pewne całkiem proste(!) półśrodki, które pomogły nam opanować sytuację i trochę odetchnąć. Wierzę w inwencję w głowach tych,którzy najlepiej kota znają. Wszystkiego dobrego, Mozarciku. Pozdrawiam Cię, PKanalia:)

      Usuń
    7. @Appia...
      no tak... mam kolejnego newsa... co oznacza "dużo śpi i kto wie, czy nam nie gaśnie"?... paskudnie mi się to kojarzy, zwłaszcza, że jak pisałaś kiedyś, Rysiek przypuszczalnie jest starszy, niż się wydawało... mam pytanie, jak pachnie Rysiek, jego sierść?... to nie jest żart...
      no, i te "półśrodki"... możesz coś bliżej?...
      pozdrawiać jzns :)...

      Usuń
    8. Hm, nie wiem, czy mogę tu zajmować miejsce na swoje opowieści? W każdym razie, PKanalia, odpowiadając na Twoje pytania:
      Nigdy nie miałam starego kota, ale miałam starego psa i on tak właśnie słabł, spał, aż umarł nam na rękach. Nie na chorobę, tylko właśnie ze starości.Rysiek ma czyste oczy, dobry apetyt, sierść niczym nie pachnie, ale sylwetka wydaje nam się właśnie starcza, obserwujemy też coraz mniejszą aktywność, właściwie jedynie mycie się, szukanie ciepłych miejsc i ciągły sen.
      Jednym z półśrodków, o których pisałam jest otwarta na przestrzał klatka kennelowa dzieląca przestrzeń Rysia i pokój „dziewczynek”. One nie mają żadnych złych skojarzeń z tą klatką i na luziku przez nią przechodza, także w niej siedzą i obserwują przez pręty życie domu i poczynania Rysia. Są zarazem otwarte, bo wszystko widzą i odgrodzone- bezpieczne w swoim azylu. Rysiek ma barierę psychologiczną nie do pokonania, po długiej podróży w tej klatce, i się do niej na 5 cm nie zbliża :) A one, spryciule, od razu to wyłapały.
      Obie potrafią wejść i wyjść z domu nie wiadomo kiedy, obserwując teren. Przestaliśmy się tym martwić. Natomiast Franza znalazła sobie ewidentnie drugi dom (bez facebooka i ogłoszeń :D ), bo często znika na dłużej, a kiedy wraca jest czyściutka i w ogóle nie głodna. Zatem w ostateczności- ma wybór, choć my ją tracimy.

      Usuń
    9. Nie tylko można, ale i trzeba. Miałam właśnie parę dni wcześniej napisać, jak się miewa Rysiek, ale zabrakło mi czasu. A potem zdarzyło się to z Mozartem i nie miałam siły ani czasu. Poza tym nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby zmieniać raz podjętą decyzję w tej sprawie.
      A skoro już mam tu okazję, to napiszę, że cieszę się, że znalazło się rozwiązanie, które w jakiś sposób chroni Dziewczęta przed Rysiem. Ale że naturalnie przykro mi, że on zaczyna odchodzić, bo wiem, że cała rodzina była do niego bardzo przywiązana.
      Mozart też bywało, że chodziła "na kominy", czasem na całą noc, bo wracała czyściutka, zadowolona i najedzona. Ale zawsze wracała.
      U nas pewnie tu i teraz to będzie znowu smycz, już się zaczyna wystawanie pod oknem i proszenie. Delikatnie też zaczęliśmy wyprowadzać Mozarta, która czuje się już znacznie lepiej.

      Usuń
  10. Musisz byc bardzo zmeczona ta trudna sytuacja, ale nie poddajesz sie, szukasz rozwiazan, podziwiam, piszesz '..byc moze wreszcie mamy jakis sposob' oby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od trzech dni jestem na lekach przeciwbólowych, inaczej ból głowy nie dałby mi ani pracować, ani funkcjonować w innych dziedzinach.
      Nasz kolejny pomysł jest związany z na tyle zaawansowaną zmianą, że nic nie mogę napisać dopóki sprawa nie wejdzie w fazę realizacji.
      A to, że Mozart tutaj już na ogród nie wyjdzie inaczej, jak ze smyczą, to chyba jasne. Podobnie jak to, że to mi znowu mocno skomplikuje życie, obyśmy jakoś dali radę przetrwać kolejne miesiące.

      Usuń
  11. Iw nie komentuję zazwyczaj i współczuje bardzo, do nas też przychodzą inne koty ale tylko nocą albo gdy Erna zamknięta w domu i powiem ci, że jedyną przeszkodą, obrońcą moich kotów, personą przez którą obcy mają respekt jest Erna suka !
    ale pomimo, że bym nie zrobiła krzywdy innemu kotu ...można tą czarną odstraszać, gonić, czynić hałas, przeganiać zwyczajnie...choć to pewnie robicie...no więc nie wyobrażam sobie, że mając domu kotka nie wychodzi !!! nie wyobrażam sobie tak jak Ty... rozumiem to doskonale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, każdy kto ma dom i koty wychodzące przeważnie w ogóle nie rozważa możliwości ich zamknięcia, bo to się nie da pogodzić.
      Niestety istnieje mafia kocich pro-life-owców, którzy są bardziej fanatyczni, niż skuteczni, ale wpędzają całą resztę ludzi w poczucie winy. Na tym zakończę, żeby za dużo nie napisać.
      Wiadomo przecież, że nic nie zrobimy czarnej, a odstraszamy i polewamy wodą już od dawna. Nasz Schwarz był za słaby, kiedy się tu sprowadziliśmy, więc nie mógł przygotować terenu dla Kici, jak to było w Warszawie, a ona nie mogła znaleźć u niego tak jak zawsze oparcia...
      Myślimy o tym, ale na razie nie da się pogodzić odpowiedzialnej opieki nad jeszcze jednym zwierzakiem z ilością obowiązków i spraw.
      Może uda się w przyszłości, myślimy już o piesku, ale to za wcześnie, jeszcze trzeba pozałatwiać kilka innych ważnych podstawowych spraw, żeby się porwać na opiekę nad zwierzakiem i żeby miał coś z tego i on, i my.

      Usuń
    2. jasne jak słońce, pies wymaga więcej ... wiem, że o tym pomyśleliście, tak tylko chciałam Cie podeprzeć :-) weprzeć, bo dla mnie normą jest, że człowiek kocha swoje zwierzęta i z byle powodu ich nie chce oddać do dobrego domu...a decyzja taka jest obosieczna.

      Usuń
    3. Bardzo dziękuję za Twoje wsparcie. Oczywiście, że kochamy ją jak wariaty, tylko z miłości można podjąć taką decyzję i kiedy wszystko inne zawodzi.
      Tu niestety jest tak, że Mozart te rany za każdym razem przynosi, kiedy wychodzi gdzieś dalej. Niestety to głupiutkie zwierzątko, jak widać i nic się nie nauczyła żadnym razem. Na naszym małym ogrodzie byłaby bezpieczna, ale co z tego, skoro i tak ją korci i zawsze kiedyś polazłaby dalej. Za myszką, ptaszkiem czy nowymi wrażeniami. Mozart to poszukiwacz przygód i to ją gubi.

      Usuń
  12. Szczerze- nie chciałabym być nawet 5 minut w Twojej sytuacji, bo to się robi upiorna kwadratura koła. Zastanawiam się, czy jest jakiś sposób zniechęcenia tamtej czarnej kocicy do wchodzenia na Wasz teren. Po przeczytaniu dzisiejszego tekstu pomyślałam, że może tę kocicę poprzedni właściciele tego domku tu zostawili, więc stąd ona rości sobie pretensje do tego terenu?Bo tacy pozostawiający zwierzę(bo przecież jest bardzo przywiązane do tego miejsca) mieszkają nie tylko w Polsce. Znajomy wet ma z tego powodu pięknego setera irlandzkiego-państwo się rozeszli, domek sprzedali a psa zostawili w ogrodzie. Może myśleli, że będzie bonusem dla następnych właścicieli?
    Jednego jestem pewna- cokolwiek zrobisz to zrobisz to tak, by kici było dobrze, choćby Ci się serce kroiło- po prostu Cię znam.
    Miłego dla Was;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dokładnie tak, jak piszesz - jesteśmy w trakcie poszukiwania rozwiązania. Ale trochę nam się tego nawarstwiło, więc to wymaga bardzo dużego zaangażowania i siły. Dlatego pewnie na razie ograniczę pisanie o Kici oprócz ew. raportu o jej stanie zdrowia, bo na pewno większość osób tu zaglądających się przejmuje i martwi. Dziś za moment jedziemy na kontrolę.
      Pozdrowienia serdeczne i do zobaczenia już niedługo!

      Usuń
    2. O ludziach zostawiających swoje zwierzęta w ogrodzie powiem tylko, że nie zasługują na miano ludzi.

      Usuń
  13. Nie komentowalam ani tu ani na fejsie, ale czytalam i bardzo Ci wspolczuje. To prawda, majac pod opieka zwierzatko, bierze sie za nie pelna odpowiedzialnosc. Czyli nie zwala sie winy za powstale sytuacje na okolicznosci, na inne osoby, na caly swiat. Czyli przyjmuje sie do wlasnej wiadomosci, ze sie zrobilo cos zle lub dobrze, ze sie cos zaniedbalo lub zrobilo sie wszystko co w naszej mocy. Bo moze nie mozna bylo inaczej. Zwierzeta nasze sa jak nasze dzieci, nikt o zdrowych zmyslach nie da dziecku zrobic krzywdy, czy to oznacza ze krzywda sie dzieciom nie dzieje? Mam nie pozwolic dziecku biegac, skakac, bawic sie z innymi dziecmi, bo sobie zrobi krzywde? Mam je trzymac caly czas na smyczy i nie spuszczac z oka przez caly czas, bo zrobi cos na co ja nie mam ochoty, zeby zrobilo? Mam nastolatce zabronic chodzic na randki (bo w ciaze zajdzie), nastolatkowi nie pozwolic uprawiac karate (bo mu nos zlamia), czy jezdzic na rowerze (bo go samochod zabije)?
    Tak, wiem ze zwierzeta to jednak nie to samo co dzieci, a jednak zamiescilam ten przyklad, poniewaz mam tak zwane "trudne dziecko" i wiem, ze czasami trzeba wybrac mniejsze zlo. Mam tez dwa koty, z ktorych jeden mial juz kilka wypadkow, nie tak drastycznych co prawda, ale mial. Niektorych rzeczy sie nie przewidzi, nie na wszystko mozna miec wplyw. Tak ze, Iwona, jestem z Toba, bo wiem jak boli, kiedy zrobilo sie wszystko co naszej mocy, a i tak dupa z tylu. To Ty decydujesz, bo tylko siedzisz w swojej skorze.
    A tak apropos doradzania - sorry, ale wlasnie teraz wpadlam na pewien pomysl, nie wiem czy skuteczny i czy w ogole mozliwy. Jest taki Feliway Friends, ktory sie podobno bardzo dobrze sprawdza, ale nistety to difuser, czyli musi siedziec w gniazdku elektrycznym. Ale jest tez zwykly Feliway w sprayu. Moze jakby tak Mozarta popsikac przed wyjsciem, to obce koty nie zaczepialyby tak, a moze nawet udaloby sie psiknac na te sasiedzka kotke? Moze to wcale nie sasiedzka kotka jest napastnikiem a Mozart? Widzisz, cale zycie wierzylam ze Migusia to taka dupa wolowa do pieszczenia tylko, dopoki nie widzialam jej w akcji. I myslalam ze Tigus to taki wojownik, bo na ulicy wychowany, a okazalo sie ze jednak to on jest dupa wolowa.
    Ech, koncze juz bo i tak sie zagalopowalam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko - Bardzo Ci dziękuję za słowa wsparcia. Od paru dni zajmujemy się intensywnie Mozartem, sobą, rozmową, staramy się wszyscy dojść do siebie. Dlatego nie wystarczyło mi siły na odpowiedź na Twój komentarz, który jednak przeczytałam co najmniej kilka razy.
      Nie czytałam o tym preparacie, więc nie znam jego działania, ale postaram się nadrobić. Ale może faktycznie Krysia ma rację i Mozart biorąc przeróżne leki, a brać je od czasu do czasu musi, pachnie jakoś inaczej. I może żadne preparaty narzucone na to nic nie pomogą. Tu w każdym razie w okolicy grasuje jakaś bestia i to jest pewne. Dlatego nasze przemyślenia skupiają się raczej na tym, jak się przed taką okolicznością bronić.
      Co do charakteru Mozart jest waleczna, i jak już chyba pisałam od dość dawna przestała się bać tej czarnej jędzy. Nie sądzimy już teraz, że to ona mogła ją w całości tak urządzić. Mozart znów oddaliła się o wiele za daleko i to tam ją znów dopadło to "COŚ", a ta czarna czyhała rano w ogrodzie i najwyżej dołożyła swoją resztę. Bo ewidentnie słychać było bijące się i krzyczące koty. Ale czy rozpoznałabym głos Mozarta - nie jestem pewna, ten krzyk na alarm jest podobny u większości kotów i bardzo przeraźliwy.
      Ale był taki jeden wieczór, kiedy mieliśmy w nocy nie do końca opuszczone żaluzje od ogrodu i Mozart wyglądała sobie przez nie. A za oknem pojawiła się Czarna. Krzyki, jakie wtedy z siebie wydawała, siedząc przecież bezpiecznie w salonie, były tak przeraźliwe, jakby jej pasy skóry czy paznokcie żywcem wyrywali. No więc pewnie nie dowiemy się do końca, kto jest zbójem i kto ją tak załatwił.
      Uściski!

      Usuń
  14. Czytałam chyba większość wpisów o Mozarcie. I nie miałam nawet przez moment wrażenia, że coś robicie nie tak jak trzeba. Czy można coś jeszcze? Nie wiem, na kotach się nie znam. Ale wiem, że Mozart ma najlepszych opiekunów ever.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie zawsze i wszędzie można coś jeszcze, ale też nie zawsze i wszędzie można wszystko. A szczególnie nie zawsze można wdrożyć metody, które innym wydają się łatwe i proste do wdrożenia.
      Wychodzę jednak z założenia, że my w tym miejscu wypróbowaliśmy naprawdę już wiele i chyba nic więcej tutaj już oprócz zamknięcia Mozarta i wypuszczania jej tu na smyczy już zrobić nie możemy.
      Pozdrowienia serdeczne Iwonko

      Usuń
  15. MOZART!!!!! ZACZNIJ SŁUCHAĆ IWONKI !!! BO ZGINIESZ MARNIE !!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  16. I ja ją rozumiem, bo przecież lepszy na wolności kąsek byle jaki, niż w niewoli przysmaki, czyli lepsze wciry w ogrodzie niż oglądanie świata przez okno.

    OdpowiedzUsuń