piątek, 8 września 2017

Podlasie, czyli w krainie cerkwi

Mimo wyjazdowych i zdrowotnych perturbacji od drugiego dnia starałyśmy się z mamą spędzić mimo wszystko w miarę udany urlop. W końcu nikomu nic nie zrobiłyśmy, żeby się umartwiać.
Mama od lat, a co najmniej od śmierci taty nie była nigdzie na urlopie. Samej jakoś jej się nie chciało, a i we dwie miałyśmy zbyt różne charaktery i potrzeby, żeby udało nam się to połączyć. Ale im jesteśmy starsze, tym większą dostrzegam potrzebę wyrwania jej raz na jakiś czas z codzienności i zabrania w miejsce, które wiem dobrze, będzie jej się podobało i gdzie będzie się dobrze czuła. Myślę, że od teraz będziemy to robić regularnie. Mama jest człowiekiem lasu, uwielbia zbierać grzyby. Poza tym bardzo ceni i lubi zwiedzać i oglądać pomniki sakralne. 
Wiedziałam więc, że przygotowany przeze mnie plan zwiedzania okolicy będzie dla niej ciekawy.
Już jadąc w kierunku Białowieży od ok. 150 km od miejsca przeznaczenia zauważyłam królujące niemal w każdej nawet mniejszej miejscowości cerkwie.
Ze złotymi, niebieskimi, zielonymi kopułami stanowią pewny znak, że znajdujesz się na Podlasiu, gdzie większość wierzących to prawosławni. Nie sposób ich nie zauważyć, a dla mnie stanowią niby bramy innego świata, który pragnęłam dotknąć, obejrzeć, poczuć.
Drugiego dnia deszcz trochę zelżał. Pierwszym celem na naszej tracie została więc Hajnówka. Postanowiłam obejrzeć własnym okiem i zatrzymać w migawce aparatu miejscową piękną, prawie nową tutejszą cerkiew. Do roku 1995 r. w Hajnówce była tylko jedna cerkiew, której zresztą nie odwiedzałyśmy, Sobór Św. Trójcy.
Cerkiew pod wezwaniem [p.w.] Św. Jana Chrzciciela uwieczniona przeze mnie na zdjęciach poniżej została wzniesiona w latach 1995 - 2007. 



Z tyłu mieści się mniejsza budowla, wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to. Potem zorientowałam się, że przy każdej cerkwi jest taka studzienka pod daszkiem dostępna dla wiernych zawierająca poświęconą wodę.
Przed cerkwią pochowany jest miejscowy prawosławny duchowny, Leonid Szeszko [Ś.p. proboszcz ks. prot. mgr Leonid Szeszko, zginął w wypadku samochodowym w dniu 06.06.2016 r. podczas wykonywania czynności parafialnych].
Więcej o historii i budowie tej dość młodej cerkwi znajdziecie na jej stronie.
Moją uwagę przykuł też znajdujący się tuż obok naprzeciwko drogi dość spory cmentarz, a szczególnie zdobiona złotymi kopułami mniejsza cerkiew: Cerkiew Cmentarna pw Wszystkich Świętych. Obecnie w remoncie, widać wymieniony dach, a i drewniany budynek poddawany jest pracom konserwacyjnym. Charakterystyczne złote kopuły sprawiają, że widać ją z daleka nawet poprzez linię drzew.
Gdyby nie charakterystyczne kreślone krzyże, można by pomyśleć, że to cmentarz rzymsko-katolicki. Zresztą na wielu pomnikach są oba krzyże.
Jak widać cerkiew jest dość skromna, wymieniono jej na razie dach i okna, a zabudowana wokół drewnianych ścian pozwala przypuszczać, że cerkiew chyba będzie ocieplona.
Po zwiedzeniu Hajnówki i obejrzeniu z zewnątrz obu cerkwi udałyśmy się spokojnie w podróż do kolejnego miejsca na naszej mapie zwiedzania. 
Jednak po drodze, a dokładniej w Kleszczelach musiałam zatrzymać auto, ponieważ nie mogłam się oprzeć kolejnej cerkwi. Musiałam wysiąść i zrobić zdjęcia także tej cerkwi z niebieskimi wykończeniami.
Jak sprawdziłam, jest to Cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy w Kleszczelach. Powstała w 1870 r. Jeśli ktoś chciałby obejrzeć ukrytą w jej środku ikonę św. Mikołaja, uważaną za cudowną, powinien przyjść w godzinach, kiedy jest otwarta.

Cerkiew w Kleszczelach widok z boku:

Obok na dziedzińcu ustawionych jest po kilka krzyży z każdej strony. Nie wiem, co to oznacza, ale urzekły mnie ich różne kształty.
Na zewnątrz muru znajdują się tam też trzy wielkie siedziska. Być może służą podczas odbywanych tutaj uroczystości religijnych.
Tak wygląda jedno z nich z bliska.
I w tym miejscu przerwiemy na razie zwiedzanie, które będę kontynuować w kolejnym wpisie.
***
Obiecałam Wam opowiedzieć, jak upłynęła nam noc, naznaczona imprezą firmową odbywającą się niezwykle głośno poziom niżej. Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie odgłosy głośnej muzyki tanecznej dochodziły do nas doskonale, jako że miałyśmy przydzielony pokój niemal tuż obok recepcji. A z recepcji na salę disko schodziło się tylko jednymi schodami w planie otwartym.
Po lewej na dół wiodły otwarte schody na piętro niżej i tak odbywała się impreza.
Muzykę słychać było aż na zewnątrz. A nasz pokój był tuż za drzwiami obok recepcji (za plecami) w prawo.
Zwiodło mnie przyjęcie za pewnik moich reguł życia społecznego i myślałam, że impreza, a tym samym hałas zabaw i swawoli zakończy się do godz. najpóźniej 22. Niestety kiedy poszłam dowiedzieć się po północy, na kiedy planowane jest zakończenie disko, dowiedziałam się, że gdzieś ok. 2 w nocy!
Tego już było za wiele. Po przemoknięciu tego dnia w czasie zwiedzania brało mnie jakieś przeziębienie, już byłam na lekach przeciwbólowych i musiałam się wyspać. 
Na recepcji zapytałam zatem o możliwość wcześniejszego zakończenia imprezy lub innego rozwiązania, w razie czego chciałam natychmiast wsiąść do samochodu i wracać, składając dodatkowo skargę na taką "obsługę" w hotelu. Imprezantom integracyjnym nie przeszkadzał oczywiście hałas. Raźnie przestawiali o pierwszej w nocy meble, rozsuwali podwójne łóżka tuż nad naszymi głowami, przesuwali też chyba wszystkie inne elementy wyposażenia pokoju, oczywiście dodatkowo przy wtórze głośno uruchomionego radia lub telewizora, bo przecież jak tak można bez muzyki.
Po tej nocy zorientowałam się, że tutejszy hotel spa specjalizuje się właśnie w takich imprezach. Na szczęście pani z recepcji hotelowej zadbała o natychmiastową (i tak zbyt późną, ale chociaż tyle) zamianę pokojów. Dostałyśmy klucze do pokoju w skrzydle całkowicie oddalonym od imprezowiczów i mogłyśmy natychmiast położyć się spać.
W dodatku pokój był o wiele przyjemniejszy, cieplejszy i nie pachnący stęchlizną, jak nasz pierwszy. Pięknie wykończona łazienka w kamieniu była ostatnim argumentem, dla którego chętnie spędziłyśmy tam dwa ostatnie dni.
Przeprowadzkę reszty rzeczy mogłyśmy zrobić rano po przespaniu nocy i zastanowieniu, czy mimo wszystko nie opuścimy hotelu. A przyznam się Wam, że tej nocy miałam chęć uciekać stamtąd jak najdalej. Do rana niestety nie przestała mnie całkowicie boleć głowa, musiałam sobie kupić leki przeciwzapalne, bo zaczęło mnie brać przeziębienie.
Na szczęście wszystko się uspokoiło po wzięciu leku w saszetce w aptece w Hajnówce. Pani magister była tak miła, że mi nawet przygotowała szklankę z przegotowaną wodą i mogłam lek wypić natychmiast na miejscu.
W związku z zażegnaniem sytuacji postanowiłyśmy zostać na miejscu do czwartku rano.
W drodze musiałam się wspomagać tabletkami od bólu głowy i tymi saszetkami. Ale warto było pokonać słabości i zwiedzić tutejsze ciekawe miejsca.
Sama Białowieża niestety była niemal ciągle w deszczu i niewiele udało nam się tutaj zwiedzić.
W następnym wpisie pokażę Wam kolejne miejsca wyjątkowo znaczące dla tego regionu i nie tylko.

*Kiedy piszę te słowa, Mikael był u swojego dentysty w Bremerhaven już dwa razy. Oprócz zakończonego leczenia kanałowego dostał (nareszcie!) antybiotyk. Ból powoli mija.

14 komentarzy:

  1. okay, specjalizacja specjalizacją, w końcu wiele hoteli miewa sale konferencyjne i odbywają się w nich też imprezki, integratki lub wesela nawet do rana, kwestia tylko odpowiedniego technicznego zaprojektowania budynku, ale skoro właścicielom nie zależy na komforcie innych gości, a tym samym na dobrej opinii...
    a zresztą, szkoda słów... dobrze wiedzieć, gdzie się nie zatrzymywać będąc w tamtej okolicy...
    cerkiewki faktyczne fajne, gustowne...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie nam ten jeden pobyt w tym hotelu wystarczył i więcej tam nie pojedziemy. Dobrze, że chociaż okolica zrównoważyła niemiłe niespodzianki związane z pobytem. Cerkiewkami byłyśmy obie zachwycone! :)
      pozdrowienia

      Usuń
  2. Jakoś w tym roku pogoda nie dopisywała latem i nadal jest ciągle mokro..
    Piękne zdjęcia cerkwi, chociaż je wszystkie widziałam kiedyś...
    Fantastyczne okolice jak trafi się na odpowiednia pogodę ,
    a imprezowicze nie ma zmiłuj się wszędzie tacy sami...
    Współczuję..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo deszczowej pogody cudem udało mi się trochę odpocząć. Ale podróż z powrotem znów nie należała do najłatwiejszych, zatem dziś odpoczywam po podróży. :) Jedyne, czego mi brakuje, to umiejętność całkowitego wyłączenia się z myślenia o problemach.
      Nie wiem, czy mam jeszcze szansę się tego nauczyć...
      pozdrowienia

      Usuń
  3. Kiedyś z moimi rodzicami bardzo dużo podróżowałam. Również dla nich były ważne obiekty sakralne, ale przede wszystkim wychowali mnie na człowieka lasu, za co im jestem wdzięczna, że nie chcę brać udziału w tym karnawale moich rówieśników.

    Teraz z racji odległości, wyruszamy gdzieś razem raz do roku, raz na pół roku, różnie. Szalenia rzadko, ale najważniejsze, że wciąż lubimy spędzać czas tak samo. To jest bardzo ważne w więziach rodzinnych, dlatego super, że odnalazłyście to z mamą.

    Ostatni obiekt z błękitnymi dachami na sekundę skojarzył się się z Grecją z wyspą Rodos ^_^
    Wreszcie udany i owocny dzień :) Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie dobrze, że rodzice wychowali Cię na człowieka w kontakcie z naturą, to obecnie rzadkość. Moja mama przelała mi miłość do natury, chęć zwiedzania jej gdzie to tylko możliwe i szukanie takich właśnie miejsc, żeby zapoznawać się z nich historią, a przede wszystkim zwiedzić i zobaczyć na własne oczy. Doczytuję historię często dopiero potem, tak jak to robię podczas pisania bloga.
      Faktycznie ten błękit intensywnością przypomina świątynie na Rodos. :)
      Pozdrowienia serdeczne!

      Usuń
  4. Zdjęcia cerkwi przepiękne. Cieszę się, że za Twoim pośrednictwem mogłam obejrzeć te zabytki architektury sakralnej. Nigdy nie byłam w tym zakątku Polski, więc nie miałam okazji osobiście podziwiać. Mam nadzieję, że udało Ci się rozgonić nadchodzące przeziębienie. Tobie i M. zdrowia, a Twojej Mamie wielu wspaniałych wrażeń z urlopu. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że moimi oczami zobaczyłaś i moimi nogami przeszłaś się po tych pięknych miejscach. :)
      Z moim zdrowiem już lepiej, niestety ból zębów Mikaela nadal nie do końca zażegnany. Mama mmiewa się natomiast dobrze i bardzo cieszy z naszego wyjazdu. :)

      Usuń
  5. Bardzo podobaja mi sie te cerkwie, szczegolnie ta Kleszczelach, takie polaczeni bieli z niebieskim jest piekne i te drewniane siedziska robia wrazenie.
    Dobry pomysl mialas zrobic taka wycieczke, mama na pewno zadowolona, a zdjecia robisz doskonale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, że nie odpuściłam tej cerkwi w Kleszczelach i porobiłam jej zdjęcia. Kiedyś byłam wręcz zakochana w takich błękitach, a i teraz nie potrafię obok nich przejść obojętnie.
      A tym bardziej, jeśli stanowią ważny element budowli historycznej. :)
      Dziękuję, mimo pogody udało mi się trochę uchwycić tamtejszego klimatu i bardzo się z tego cieszę! :)

      Usuń
  6. Ależ tam pięknie... Przez pół roku byłam recepcjonistką i wiem, że w hotelach dziać się potrafi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie jest oglądać zdjęcia, a jeszcze piękniej zobaczyć na własne oczy chociaż raz! :)
      Praca na recepcji nie jest łatwa, dobrze, jeśli komunikacja między personelem a gośćmi przebiega sprawnie, tutaj chyba tego zabrakło.
      Pozdrowienia :)

      Usuń
  7. Nigdy nie bylam na Podlasiu, to jest jednak inny kraj :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kraj inny i prędkość jakby nieco mniejsza.
      Z taką właśnie refleksją i ja stamtąd wróciłam.

      Usuń