czwartek, 17 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 1

Był sobie raz kot. Niestandardowe imię Mozart nadała mu moja córka zaraz po tym, jak przyniosła go z pola chrzanu do domu rodziców swojego ówczesnego chłopaka gdzieś w Polsce.
Po jakimś czasie młodzi się rozstali, a przez rodziców młodego kot został zdefiniowany jako kot Gosi i w związku z tym do nas do domu odwieziony i w moim domu wypuszczony na pokoje.
Wracałam wtedy po dłuższym wyjeździe do domu jesienią. Cała sytuacja mnie zaskoczyła, bo nie planowałam kota. Obawiałam się, jak podołam opiece nad jeszcze jednym zwierzakiem. Córka oczywiście zapewniła, że to ona będzie zajmować się kotkiem. Mnie interesowało głównie, co na kota powie mój Piesio, bo dotąd wszystkie koty głównie gonił z z zamiarem zagryzienia, a jakże! I to z pianą na ustach i w towarzyszeniu gromkiego jazgotu i szczekania oraz galopu godnego Wielkiej Pardubickiej.
Mozart jako ozdobna figurka na regale
Długa historia ich wzajemnej relacji i wgryzania się kociej towarzyszki w nasze wspólne życie, była przeze mnie dość szczegółowo relacjonowana i obficie opatrzona materiałem zdjęciowym przez ostatnie lata. Wszystkie poprzednie lata z wyjątkiem niewielkich potyczek i podrapanego noska czy uszu, oraz jednej operacji zerwanego ścięgna krzyżowego, kończyły się dla kota raczej pozytywnie. Choroba ogonka wprawdzie przeszkadzała, ale też nadała jej kotu pewne charakterystyczne cechy. Mozart zyskała przez nią dodatkowo nerwowy tik skakania sobie na ogon nie tylko w sytuacji, kiedy go bolał, ale też we wszystkich innych sytuacjach, kiedy coś się jej nie podoba lub ją mocno wnerwia.
Etap warszawski zakończył się jesienią ubiegłego roku. Po długiej podróży wysiedliśmy wszyscy z samochodu w Bremerhaven i pojawiliśmy się, żeby prowadzić tutaj nasze dalsze życie.
Piesio z racji wieku nie przeżył już zbyt długo.
Rozpoczęła się kolejna era w życiu naszym a więc i kocim, czyli Etap Bremerhaven.


Najpierw było wszystko dobrze, kica zaczęła poznawać tutejsze tereny, wychodziła i wracała szczęśliwa.
Ale po pewnym czasie zaczęły się schody czyli przyszły kryzysy, a kicia zaczęła mieć bliskie spotkania, a czasem i starcia z okolicznymi chuliganami, których na początku zresztą bardzo się bała.
Najpierw w lutym tego roku zdarzył się nieszczęsny wypadek Mozarta, kiedy wróciła wieczorem cała poharatana. 
Wtedy od tego całego stresu, zamknięcia, uwięzienia w kołnierzu, żeby rana się goiła, diametralnie pogorszył się jej stan ogonka, bo tak zareagowała na stres. Tutejsi weterynarze nie umieli (nie chcieli) pomóc, zapatrzeni w swoje metody dawali te leki, które "zawsze podają". Nas też dopadły choroby, u mnie wyszły problemy z dyskiem, groziła mi operacja i zaczynałam całkowicie wątpić w powodzenie całej operacji. A jeśli chodzi o zdrowie nie bardzo widziałam wyjścia, to jest szansy na porządne wyprowadzenie na prostą mnie i koteczki w tym cholernym życzliwym tylko wybiórczo kraju (bo tak wtedy o tym myślałam).
rozpaczy spakowałam siebie i koteczkę. I jeszcze powłócząc nogą i posuwając się wolno, dostojnie oraz posuwiście pojechałam do Warszawy na leczenie. Kota udało się nareszcie podleczyć, ogon goił się wprawdzie długo, bo ok. 3 tygodnie, ale wracałam do Bremerhaven już z wyleczonym kotem. Niestety po niespełna miesiącu czekał mnie ponowny wyjazd. Pod koniec maja zaczęliśmy wypuszczać Mozarta, a po około tygodniu wyjechałam z powrotem do Polski.
Po tygodniu Mój wypuścił ją chyba trochę za późno (było po 19) i kicia znów wróciła z poważną raną, tym razem na drugim boczku. Wyglądało na to, że nadziała się na jakieś bardzo ostre narzędzie, bo rana była głęboka i prostokątna.
Był początek czerwca. Mnie nie było na miejscu, a M. poszedł do jedynego czynnego tego popołudnia weta. Brak mi słów na tego weterynarza. Dlatego, że podał kotu narkozę tylko po to, żeby zebrać tę ranę klamrami, i jeszcze przekonywał Mikaela, że może puścić kota bez kołnierza, "on sobie tego przecież nie wydłubie"!
A przecież w tym stanie tak łatwo było ją zszyć! I kot oczywiście pierwsze co zrobił, jak tylko się trochę wybudził, to zaczął wyjmować sobie te klamry opracowując je łapami i zębami. Na szczęście Mój rozsądnie od razu założył jej kołnierz.
Co ciekawe ten sam "lekarz" zapisywał wcześniej mojemu kotu tabletki ze sterydami, więc powinien wiedzieć, że rany w tym wypadku goją się słabiej i dłużej. Po dwóch tygodniach zdjęliśmy klamry w innym gabinecie. Okazało się, że to było za szybko. Rana otworzyła się z powrotem po kilku godzinach!



Trzeba było znowu zabrać ją do weta, a ranę zdecydowaliśmy się ponownie zebrać klamrami, bo szkoda mi było dowalać kotu kolejną narkozą po 2 tygodniach.
W domu kot ponownie trafił w kołnierz na kolejne dwa tygodnie! 
Jeśli znalibyście Mozarta i rozpierającą ją energię, wiedzielibyście, że spędzenie miesiąca w kołnierzu i w zamknięciu (czyli w domu) to dla niej jak pobyt w więzieniu. Kot robił się coraz bardziej osowiały, smutny, zrezygnowany. Po jakimś czasie (minął miesiąc od ostatniej dawki leku) wróciło pęknięcie ogonka.
Udało mi się podać jej w zastrzyku podskórnie po konsultacji mailowej z dermatologiem z Warszawy lek Triamcynolon Lichtenstein, którego miałam drugą dawkę, zabraną jeszcze z Warszawy.
A na smuteczki postanowiliśmy wyprowadzać ją chociaż do ogródka na smyczy. Kiedy nie mieliśmy siły po raz kolejny łazić z nią pod krzaczkami, przywiązywaliśmy ją na dłuższym sznurku a to do stolika ...

... a to do ciężkiego podnośnika do samochodu.

W ten sposób i Mozart była zadowolona i my mogliśmy wreszcie trochę zająć się też innymi sprawami.

Patent ze smyczą okazał się całkiem dobrym przejściowym rozwiązaniem.
Mozart wreszcie znów trochę się ożywiła, z radością wskakiwała na kolana, żeby jej założyć uprząż i smyczkę. Ustąpiły objawy już prawie depresyjne - u niej i u nas.
My w końcu też mieliśmy dość jej smutnych koncertów przed drzwiami i patrzenia ze łzami w oczach na osowiałego kota snującego się po domu z moralniakiem na pyszczku.
Ale i tak cały czas myśleliśmy co zrobić, bo ta sytuacja na dłuższą metę jest nie do zniesienia. Wiadomo było, że kotu bok wreszcie się do końca zagoi, a my nie możemy jej tak ciągle na tej smyczy wyprowadzać. Rozważane były wszystkie opcje, w tym zbudowanie ochronnego pasa pod prądem na ogrodzeniu tu akurat nie ma racji bytu, za dużo drzew i krzewów rośnie przy granicy działki, kot i tak by przeskoczył.
To właśnie wtedy doszliśmy do ściany.
Postanowiliśmy poszukać nowego domu dla Mozarta. Wszelkie formy zamknięcia niestety w przypadku tego kota się nie sprawdzały. Najwyżej mogłaby mieszkać gdzieś w mieszkaniu, gdzie nie ma panoramicznych okien na ogród. Ale nikt się nie zgłaszał. A raczej miałam dwa zgłoszenia tutaj z Niemiec, ale potem obie panie się wycofały.
W poszukiwaniach domu dla Mozarta pomagało nam wiele osób, w tym też Gosianka Wrocławianka. Ona też zamieściła ogłoszenie o poszukiwaniach na swoim wallu na FB.
I tak rozpoczęło się Oczekiwanie na cud.
Mozart na ogrodzie, na smyczy
Właśnie w odpowiedzi na ogłoszenie u Gosianki (Za moimi drzwiami) w pewnym momencie napisała do mnie Pani Agnieszka, mieszkająca k. Poznania.
Uprzedzając, żebym przeczytała jej maila na spokojnie do końca, zanim nie orzeknę, że mam do czynienia z osobą nie do końca zrównoważoną :), napisała o swoim kocim problemie oraz wystąpiła z propozycją rozwiązania naszego. 
c.d.n.

15 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa jestem rozwiązania, bo sytuacja jest trudna.

    OdpowiedzUsuń
  2. No wiesz, przerywać w takim momencie opowieść to nie fair!
    A tak poza tym - wszystkiego co najlepsze na każdym froncie Twego życia!
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No wlasnie. Game of Thrones nam tu fundujesz prawie ze. Jak sie cos zaczyna dziac to Ty przerywasz :-)))
    Ach, czekam z niecierpliwoscia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wciągnęłam się niczym w kryminał. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, pamietam te dramatyczne przejscia z Mozartem. I czekam na ciag dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Malo mam zmartwien i problemow, to jeszcze Ty mi dokladasz i przerywasz opowiesc w najciekawszym miejscu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tu też zaraz zawału dostanę, czekając na ciąg dalszy. złośliwa małpa poszła tort urodzinowy jeść i zostawiła nas w niepewności. a ja już chciałem przygarnąć Mozarta!!! /kszyh vermis

      Usuń
  7. jako fan Mozarta, znający zresztą sprawę /przynajmniej z grubsza/, czekam niecierpliwie na dalszy ciąg...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
  8. No i narobiła. Teraz wszyscy w napięciu będą czekać na cdn. opowieści :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Przerwałaś w najciekawszym momencie :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. No nie, jak można tak kończyć??? Ja rozumiem, że trzeba czytających zachęcić do kolejnego wejścia. Ale, że aż tak? Tak czy inaczej miło mi tu u ciebie i wpadnę znowu dowiedzieć się, co z Mozartem. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  11. I skończyłaś w takim momencie, że krzyczę i CO DALEJ?? CO DALEJ ??

    OdpowiedzUsuń