sobota, 19 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 2, Bandito

Pani Agnieszka ma u siebie trzy koty, w tym dwie bardzo spokojne i grzeczne koteczki. Koteczki są łagodne, żyją w symbiozie ze sobą i z resztą świata, okoliczne koty zapraszają na na swoją werandkę na zwyczajowy five o clock, podczas którego dzielą się nawet własnymi chrupkami. Ale jest i On. Rysiek, który po akcji kastracja, w której Pani Agnieszka pomogła dwóm takim ulicznikom, w tym jemu, zrezygnował z bezdomności i wybrał życie w Jej domu. 
I tu się zaczęły problemy.
Rysiek bowiem do spokojnego domu Pani Agnieszki wprowadza swoje dobrze znane zwyczaje z ulicy, broni dalej swojego rewiru, terroryzując przy tym jej obie grzeczne koteczki.
W Jej domu skończył się spokój, a zapanowały zasady niczym z Ojca Chrzestnego, przy czym rolę Dona Corleone odtwarza Rysiek. Skończyły się herbatki five o clock z okolicznymi kotkami, zaczęły się rządy twardej ręki, a raczej ostrych pazurów i bandyckich szczęk.
Rysiek vel Bandito, bo takie imię zyskał ode mnie czuje się strasznie mocny u siebie na dzielni, a pani Agnieszka powoli zaczyna mieć dość. Niestety żadne metody oprócz fizycznego rozdzielania kotów nie zdają egzaminu. Grzeczne Kotki Pani Agnieszki mają tylko jeden wybór: schodzić Ryśkowi z drogi, inaczej za każde "przewinienie" spotyka je vendetta.
Pani Agnieszka jest osobą o dobrym i mądrym sercu. Pomogła Ryśkowi i przyjęła go pod swój dach, nie wyobraża więc sobie - mimo jego bandyckich zachowań i wojowniczego charakteru - wystawić go z powrotem za drzwi, czy co gorsza oddać do schroniska.
Widząc, co się dzieje, próbowała oczywiście znaleźć inny dom dla Rysia, uderzała do fundacji i różnych domów tymczasowych, poszukując dla niego jakiejś alternatywy życia u niej, niestety wszystko jak do tej pory bezskutecznie. 
Mimo awanturniczej natury kota Ryśka pokochała całym sercem i ona, i jej poprzednio zupełnie niekociaty mąż, który razem z nią pilnuje, jak pisze Pani Agnieszka "prowadzi książkę wejść i wyjść", żeby koty jakoś się mijały, a jeśli któryś dłużej nie wraca chodzi po dworze z latarką i nawołuje.
Rozumiecie zatem, że podobnie jak my, tak i Ona doszła do ściany. 
To był moment, kiedy Pani Agnieszka przeczytała u Gosianki Wrocławianki nasze ogłoszenie o poszukiwaniu domu dla Mozarta. Pani Agnieszka pomyślała, że być może Rysiek mógłby odnaleźć azyl jako kot jedynak u nas. Tutaj mógłby sobie żyć samodzielnie, nie bojąc się kotów z sąsiedztwa, gdyż sam jest niczym pojazd bojowy i żadnych kotów się nie boi.
A z kolei Mozart mogłaby w takim wypadku pojechać do Pani Agnieszki, gdzie (poza Ryśkiem) nie grasują inne kocie zawadiaki i mogłaby znów bezpiecznie zostać kotem wychodzącym.
Pomysł Pani Agnieszki polegał więc na zamianie kotów.
Kiedy doczytałam do tego miejsca maila Pani Agnieszki to przyznaję, że moja pierwsza reakcja to był lekki szok i zrobiło mi się na przemian gorąco i zimno.
O ile po nadaniu ogłoszenia z brakiem Mozarta zaczynałam się już jakoś w duchu oswajać, to zupełnie nie wyobrażałam sobie przyjęcia i pokochania na jej miejsce innego kota.
Jednak po wyjściu z pierwszego szoku uznałam pomysł Pani Agnieszki za wart przemyślenia.
Ważne było, że już po pierwszych słowach maila Pani Agnieszka ujęła mnie ciepłą relacja o swoich wszystkich kotach. Zaimponowała mi również swoim zdecydowaniem i bezkompromisową i odpowiedzialną walką o dobro zwierzaków. Spodobało mi się również Jej mądre i wyważone podejście. Oraz last but not least pomyślałam, że u kogoś takiego nie obawiałabym się o dalszy los Mozarta. 
Odpisałam więc, że z całą pewnością uważam Panią Agnieszkę za osobę jak najbardziej normalną, a do tego jeszcze bardzo mi sympatyczną i że rozważymy jej propozycję.
Z wielkimi różnorodnymi emocjami zaczęliśmy od tego momentu zastanawiać się ostrożnie nad tym pomysłem.
Chociaż łza się nam wszystkim w oku kręciła, po ok. dwóch tygodniach codziennych dyskusji z Mikaelem stwierdziliśmy, że to chyba jedyny sposób na dalsze szczęśliwe życie Mozarta i zaczęliśmy wynajdywać coraz to nowe argumenty za. Aż wreszcie przymierzać się do operacji wymiany naszych kocich pociech.
Starając się przewidzieć wszelkie możliwe konsekwencje wymieniałyśmy się niemal codziennie z Panią Agnieszką informacjami na temat naszych kocich pechowców.
Zobaczcie jak wygląda Rysiek vel Bandito. Sądząc po łobuzerskim spojrzeniu i zawadiackiej pozie niczego się w życiu nie obawia i z niejednego pieca chleb jadł.
Rysiek

Pani Agnieszka napisała mi kilometry maili o charakterze Ryśka, jego historii i upodobaniach, zwyczajach, przebytych chorobach (też miał problemy skórne, w tej chwili zaleczone), zaletach i wadach. A że ma talent do pisania, bardzo szybko poczułam, że znam nie tylko Panią Agnieszkę, ale i Ryśka oraz jej pozostałe kotki.
Ja też szczerze napisałam jej o Mozarcie wraz ze wszystkimi problemami i schorzeniami.
Mimo wszystko każda z nas prawie w każdym mailu pisała, że decyzja jeszcze nie jest pewna, i że możemy się wycofać, bo jak wiadomo to poważna i mocno uczuciowa decyzja.
Decyzja dojrzewała, podczas kiedy my obserwowaliśmy rosnącą depresję Mozarta na trzymanie jej w domu, a Pani Agnieszka widząc zagrożenie dla spokoju i bezpieczeństwa swojego domostwa. Po około dwóch tygodniach doszliśmy do wniosku, że wymiana jest jedyną możliwością uwzględniającą dobro wszystkich zainteresowanych. Ale ciągle jeszcze nie umiałam podjąć tej decyzji sama ze sobą, czyli przekazać jej Pani Agnieszce.
Mimo wszystko chociaż w serduchu kłuło raz po raz, uznaliśmy, że nie mamy innej drogi. Póki co zapewniłam Panią Agnieszkę, że ostateczna decyzja zapadnie najpóźniej w pierwszych dniach sierpnia, czyli zanim musiałaby wyrobić Ryśkowi paszport i wszczepić chipa. Pytałam o wszystko, czego się obawiałam, czyli o reakcje Rysia na kontakt, możliwość zabrania go do lekarza i cechy charakteru w kontakcie z człowiekiem.
Pokazałam Pani Agnieszce na zdjęciach otoczenie, żeby wiedziała, że jej kotu też nie będzie tu niczego brakowało.
Mimo braku ostatecznej decyzji zaczynaliśmy określać, jak podejdziemy do sprawy.
Plan był taki, że na koniec sierpnia pojedziemy z Mozartem do Warszawy, gdzie Kicia zostanie z moją mamą na czas naszego urlopu, a potem zaproponowałam, że zawieziemy do Pani Agnieszki Mozarta, a odbierzemy Rysia.
Ustaliłyśmy jednak, że lepsza jest propozycja Pani Agnieszki, czyli żeby "wymiana zakładników" odbyła się jednak pośrodku między naszymi domami, czyli w Berlinie.
Oni dowiozą Rysia, my Mozarta. 
A potem rozjedziemy się każdy ze swoim pudłem z puchatą zawartością w swoją stronę i zaczniemy uczyć się żyć z nowymi kotami.
Myśląc o tym dzień w dzień wyjechałam do Polski na zlecenie, a Mozart został z Mikaelem. 
W tym miejscu trzeba wam wiedzieć, że Mój chłop nigdy wcześniej nie planował kota, więc od początku jego stosunki z Mozartem miały charakter mieszany. Od pełnej akceptacji i symbiozy do zwątpienia, że kot nie chce robić to, czego on od niego w danej chwili wymaga (hehe)... 
Ale dać jeść i sprzątnąć kuwetę to żadna filozofia, więc z tym Mój radził sobie wyśmienicie, do tego jak to facet, nudziło mu się ciągłe przystawanie podczas spacerów z Mozartem na smyczy po ogrodzie, więc znalazł sposób i na to. Wyszukał dłuższy sznurek do konopny, przywiązał go na środku ogrodu do podnośnika samochodowego i puszczał kota w tym miejscu na smyczy, żeby sobie kicia mogła pozwiedzać i obwąchać cały ogród w promieniu sznurka samodzielnie.
Ogólnie rzecz biorąc ich współegzystencja z każdym dniem była coraz lepsza.

Pani Agnieszka zdążyła napisać mi i wysłać na maila książeczkę o Rysiu zwaną przez nas Rysioporadnikiem ze wszystkimi szczegółami dotyczącymi kota, jego historii i upodobań.
Tylko jeden krok i może jeden procent niepewności dzielił nas od podjęcia decyzji o oddaniu Mozarta, a i Bandytę powoli i na odległość zaczynaliśmy już kochać jak swojego. Sami zresztą zobaczcie:
Rysiek
Jak widać na zdjęciach nasze koty mają podobne umaszczenie i podobne charaktery. Każdy z nich to indywidualista i we własnym stylu koci czarodziej. Oba opanowały swoje otoczenie i rządzą w nim po swojemu.
I tu i tam "ofiarą" kociego charakteru padli panowie. Ani mąż Pani Agnieszki, ani mój Mikael nie przepadali poprzednio za kotami, a teraz obaj są tak zaangażowani, że już przepadli z kretesem. Przykład? Pamiętacie ten wielki koci drapak-drzewko, które podobno nie pasowało do salonu? Od dawna już Mikael wstawił go w rogu salonu obok kanapy.


Jako dorośli, świadomi sytuacji ludzie, postanowiliśmy działać. Dla dobra naszych kotów i dla naszego dobra. 
Zbliżał się czas na podjęcie decyzji.
Na rozsądek uznaliśmy wszyscy, że tak będzie najlepiej. Mozart trafi do domu z łagodnymi kotkami, dostanie w gratisie wychodzący dom z tarasem pod daszkiem, gdzie będzie mogła cieszyć się wolnością.
A Bandyta vel Rysiek dostanie nowy własny rewir do wyłącznej dyspozycji, bo że z okolicznymi kocimi zbójami by sobie poradził, tego byliśmy pewni.
I tak w połowie lipca zapadła DECYZJA na 99%, że dokonamy wymiany kotów. Obiecałam Pani Agnieszce potwierdzić decyzję na 100% na początku sierpnia.
Staraliśmy się wyłączać emocje, szczególnie ja, bo kiedy zaczynałam o tym myśleć, nie mogłam przestać głaskać i pieścić Mozarta popłakując, aż na mnie dziwnie patrzyła. 
Jakby na złość po prawie 3/4 roku bezskutecznych prób akurat teraz jeszcze przed moim powrotem czyli przy dopingu Mikaela Mozart nauczyła się korzystać z wejścia do garażu przez kocią klapkę i to ze smyczą!
Demonstruje mi tę sztuczkę już na drugi dzień po moim powrocie.











Z przekonaniem, że mimo wszystkich wątpliwości postępujemy właściwie, zajęliśmy się pozostałymi sprawami i żyjąc z dnia na dzień, odliczając dni do urlopu i do koniecznej aczkolwiek bolesnej decyzji.
Czas i życie płynęło sobie natomiast tak jak chciało.
I jak to jednak czasem w życiu bywa: im bliżej nadchodziła godzina zero, tym bardziej wszystko się komplikowało.
Bo kiedy silny, bitny i bezczelny nad miarę kot Rysiek został zabrany przez swoich Państwa na wakacje, nagle na obcym terenie, na pięknym łonie przyrody, Don Corleone zamienił się nagle w wystraszoną bojaźliwego trusię i nie miał nawet za bardzo ochoty wychodzić na dwór. U Pani Agnieszki pojawiły się uzasadnione wątpliwości, a ja otrzymałam maila, że obawia się, czy Rysiek poradzi sobie w innym nowym miejscu, gdzie zostanie tak nagle wbrew swojej woli wywieziony. 
Co do nas zaczęliśmy się zastanawiać, że jak my się spełnimy w roli nowych opiekunów Rysia. Mozarta już dobrze znamy od lat, a tu trzeba by było opanować całkiem nowy wszechświat i zupełnie inne zwyczaje Nowego Domownika.
Pojawiły się obawy, jak i na ile zaakceptuje Rysiek i jak my sobie emocjonalnie z tą sytuacją poradzimy. Bo co z tego, że przyjmiemy nowego kota, a Mozart zyska nowy dom i dwie kumpele, jeśli nie wiemy, czy Nowemu będzie dobrze tu u nas. Oraz jak kolejny stres przy swojej chorobie zniesie Mozart.
Jakby tego było mało w tym samym czasie tuż po moim powrocie do Bremerhaven u Mozarta nastąpił nawrót choroby, ogon był znowu w kiepskim stanie, czyli pękł i krwawił. 

I tak oto w sobotę dwa tygodnie temu lądujemy w związku z tym w miejscowej lecznicy.
Mozartowi trzeba zrobić badania krwi, czy aby nie odnawia jej się ziarniniak. Na szczęście krew na badaniach okazała się czysta od aeozynofilów, więc Pani doktor znająca już losy Mozarta podaje jej inny lek niż steryd, to jest Cyklosporynę. Przy okazji na moją prośbę robi full serwis, czyli przycina pazurki i oczyszcza gruczoły zapachowe. 
Cyklosporynę Mozart dostaje w zastrzyku, a na później do przyjmowania w formie doustnej. Podawanie nie jest przyjemne ani dla kota, ani dla mnie, ale powoli stan ogonka się poprawia.

W takim zawieszeniu decyzyjnym znajdujemy się do końca lipca. Miotając się między rozsądkiem, a na razie domniemanymi problemami. Roztrząsając każdy aspekt sprawy, a na bieżąco latając za Mozartem, a to ze smyczą, a to z lekami.
Pani Agnieszka też na kilka dni milknie, a nasze przemyślenia galopują coraz dalej. Wszyscy wstrzymujemy oddech i kompletnie nie wiemy, co z tym fantem zrobić dalej.
c.d.n.

32 komentarze:

  1. Może spróbujcie zastosować mój sposób ?
    Obie strony. teraz .
    Kiedy sytuacja jest nie do ogarnięcia w żaden sposób stosuję .....,
    ale to już na maila ...
    klubkotajasna8@gmail.com
    Kot zawsze będzie się stresował przeniesiony do innego miejsca, zawsze.
    Tylko my ludzie nie potrafimy odczytać jego zachowania.
    Nawet wtedy kiedy nam się wydaje,że jest wszystko w porządku
    kot jest zestresowany.
    Świadczą o tym ciągle odnawiająca się choroba Mozarta,
    a u Ryśka agresja. Kot bez powodu nie jest agresywny.
    A człowiek czy inaczej reaguje ?
    Nowe środowisko a nawet mały element zmiany w życiu
    i już jesteśmy poddenerwowani, chociaż nie pokazujemy tego po sobie.
    My rozumiemy co to jest zmiana
    a kot najzwyczajniej w świecie nie życzy sobie żadnych zmian ,
    nawet tych drobnych.
    Trudną macie sytuację obie strony a tak chciałoby się pomóc i kotom i ludziom...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krysiu, dziękuję za współczucie i chęć pomocy, ale może z mailem wstrzymam się do czasu zakończenia opowieści.
      Uściski!

      Usuń
    2. dziwne trochę z tym Ryśkiem... jak pamiętam czasy, gdy bywało u nas kilka kotów, to kocury po sterylizacji wycofywały się z życia kociej społeczności przyjmując pozycję totalnego olewusa i ewentualne sprzeczki odbywały się jedynie w damskim gronie...

      Usuń
    3. To czekam na pozytywne zakończenie historii dwóch kotów :-)

      Usuń
  2. IWONA !!!!!!
    Czy ja jeszcze za zycia doczekam sie konca tej historii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpinam się z moim nieukontentowaniem. Przyznam, że na pomysł zamiany kotów chyba nigdy w życiu bym nie wpadła.

      Usuń
    2. @Aniu cała historia trwała u nas miesiącami, a co najmniej tygodniami. A Ty byś teraz chciała wszystko połknąć w chwilę :), cierpliwości, jeszcze troszkę :)

      Usuń
    3. @Ken.G ja chyba też bym na to nigdy nie wpadła, ale wpadła na niego ta niezwykła kobieta, Pani Agnieszka.
      Co do tempa, to u nas trwało znacznie dłużej niż opowiadam, jeszcze chwilkę :)

      Usuń
    4. @Ken.G p.s. jakie piękne słowo nieukontentowanie! :)

      Usuń
  3. Chciałoby się przytoczyć słowa "starych drzew się nie przesadza", dlaczego więc chcecie to zrobić ze swoimi pupilami? Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko - gdybyśmy nie miały żadnych problemów, pomysł o zmianie miejsca zamieszkania własnego kota nigdy nie przyszedłby nam do głowy.
      Poważne problemy wymagają jednak czasem odważnych rozwiązań.
      pozdrowienia

      Usuń
  4. "Wszystkie Ryśki to porządne koty"
    tyle na razie wyartykułuję z siebie, tak raczej z głupia frant dla zyskania na czasie w oczekiwaniu na kolejny odcinek, bo pomysł kociej zamiany raz mi się podoba, raz nie...
    klarowne stanowisko mam tylko w temacie wątku ogoniastego, wyrażę je nad wyraz lakonicznie: jodoform...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi się podoba stwierdzenie, że Wszystkie Ryśki to porządne koty.
      Pani Agnieszka też bardzo się ucieszy, kiedy przeczyta. :)
      Jestem w trakcie pisania, ale dopadł mnie taki trzydniowy ból głowy, że i tak się dziwię, że jestem w stanie pisać.
      Jak skończę opowieść, możesz mi napisać, co z tym jodoformem, ale póki co przeczytałam i chyba nawet kiedyś jej taki preparat do osuszania ran na bazie jodoformu kupowałam. Niestety to nie leczy, a w przypadku jej i tak schnących i wtedy jeszcze bardziej bolących ran to nie będzie dobra metoda. Myślę, że mamy tu do czynienia ze schorzeniem, które wytropiłam właśnie dzięki ostatniej wizycie i zapisanemu lekowi.
      Ale o tym może innym razem, pozdrowienia!

      Usuń
  5. Chyba domyślam się jak to się skończy.., :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosianko - bardzo mi miło, że tu zaglądasz jako matka chrzestna całej akcji. Napiszę, jak się to skończy. A Ty napiszesz na koniec, czy dobrze się domyślałaś. Uściski!

      Usuń
  6. Niby rozwiązanie dobre i logiczne, chciałaś oddać kota w dobre ręce - jest. Nie chciałaś pustego domu - jest. Tylko że kot z chorobą to jednak wyzwanie dla nowego właściciela, który nie borykał się z tego typu problemami. Jestem ciekawa co było dalej i który z nich jest teraz z Tobą.
    Rysiek wygląda mi po pysku tak trochę na złośliwca...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rysiek też miał wcześniej problemy skórne, zaraz dopiszę.
      Teraz niezależnie od decyzji jeszcze i tak jest przy mnie Mozart, bo na wakacje dopiero się wybieramy.
      Rysiek ma silny charakter, ale nie złośliwy. :)

      Usuń
    2. Nie oceniaj kota po pozorach...? XD Pewnie mógłby być złośliwy gdyby trafił na niedobrych właścicieli, bo widać, że silny i zadziorny ;)

      Usuń
    3. Jestem pewna, że ten kot potrafi dać mnóstwo miłości - oczywiście kociej miłości. :) Chociaż właśnie jest silny i zadziorny. Ale są ludzie, którym właśnie takie koty odpowiadają. Musi mieć odpowiedni dom, czyli odpowiedniego człowieka, który takiego go właśnie pokocha.

      Usuń
  7. A mnie ta wymiana przeraza, bo mysle ze ani Mozart, ani Rysiek nie chca tego. Mysle ze jestes w dobrym humorze, wiec chyba wszystko dobrze sie skonczylo. Oczywiscie widze pozytywy w takiej zamianie, ale wole myslec ze Mozart jest ciagle u Was. Jestem cierpliwa i poczekam na zakonczenie i wierze ze bedzie dobre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bądź cierpliwa, dopisuję zakończenie, ale w ostatnich dniach przechodzę też jakąś infekcję i kiepsko się czuję, dlatego i pisanie nie idzie mi za dobrze.
      Pozdrowienia

      Usuń
  8. No to się porobiło. Nowe miejsce to zawsze stres - zarówno dla kota, jak i jego nowych właścicieli. Jak poczytałam, jaki z Ryśka rozrabiaka, to zaczęłam się zastanawiać, czy go weźmiesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja uwielbiam koty, które mają zdecydowany charakter, a rozrabiaką Rysiek jest poza domem, nie w domu. :)

      Usuń
  9. Chyba podejrzewam, jak to się skończy...

    OdpowiedzUsuń
  10. Zupełnie nie znam się na hodowli kotów, ale wiem,że są bardziej przywiązane do miejsca niż do swego właściciela, choć każdy właściciel gotów jest przysiąc, że kot kocha jego, a nie miejsce.
    Zdarzało mi się opiekować kotem koleżanki tzw. "na przychodne", gdy oni wyjeżdżali na kilka dni. I kot, choć właściwie mnie nie znał zawsze gdy dałam jeść, i go "oporządziłam" przychodził się poczulić, poocierać, pomruczeć.
    Gdy swojego psa musiałam zostawić na 3 dni w Warszawie, zamieszkała u mnie na ten czas koleżanka, którą pies doskonale znał.Nie zostawiała go samego w mieszkaniu. Pomimo tego pies nie jadł, nie podchodził do niej, chociaż wcześniej, gdy u nas bywała, dawał jej brzuszek do merdania. On po prostu tęsknił, a ja dzwoniłam dwa razy dziennie do domu i z psem rozmawiałam trwoniąc euro. Koleżanka twierdziła, że po takiej rozmowie pies szedł pod drzwi wejściowe i czekał na nas, byśmy wreszcie się pojawili.Przez te 3 dni nie jadł nawet swego ulubionego przysmaku w postaci jajka ugotowanego na twardo, ciągał ją po całym osiedlu, nie chciał wracać do domu.
    Dwóch moich znajomych wetów twierdzi, że koty są bardzo terytorialne i znacznie mniej przywiązane do swych właścicieli niż psy.Dla psa dom jest zawsze tam, gdzie jego pani/pan, dla kota-teren na którym mieszka od małego.Koty zle znoszą podróże, jakby miały wbudowany GPS, który im podpowiada, że się oddalają od "swego miejsca". Dla psa, jeśli jedzie ze swymi domownikami każda podróż jest bezproblemowa bo
    "własne stado" jest ważniejsze od miejsca.Nie wiem co postanowicie względem kici, która jakoś nie może się zadomowić na nowym terenie.
    Pewnie pomyślałabym nad obszerną wolierą dla niej, połączoną z tym samoobsługowym klapkowym wyjściem.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te wszystkie opowieści o terytorialnych kotach nie przystają w całości do sytuacji życiowych, w których już ja sama przebywałam. Mój Piesio nieźle znosił moją nieobecność, kiedy przebywał z Mikaelem, albo wcześniej z moją mamą. Mozart podobnie, chociaż to ja jestem jej główną Najważniejszą Osobą. I ze mną wyjeżdżała już przecież ostatnio do Polski, pokonując 1000 km. Potem potrafiła pomieszkać u mojego kumpla Konrada przez w sumie dwa tygodnie. Tutaj niestety miała niezbyt fortunny początek wychodzenia, ale też i my popełniliśmy błędy, wypuszczając ją za szybko w późnych godzinach.
      Dużo już słyszałam o psiej tęsknocie, ale Wasz najwyraźniej był od Was (Ciebie) totalnie uzależniony. Niestety mój pies słyszący właściciela czyli mnie przez telefon od razu biegł do drzwi i chciał, żebym się w nich pojawiła. One nie rozumieją, jak mogą nas słyszeć, kiedy jednocześnie jesteśmy tak daleko. Nie mieści się to w ich psich mózgach.
      Co do kota - już niedługo zakończę opowieść, muszę tylko ująć to w słowa, a trochę mi ostatnio kiepsko idzie. Jakieś przeziębienie mnie dorwało i nawet urodziny spędziłam polegując i z piekielnym bólem głowy. Uściski!

      Usuń
    2. to nie jest takie proste z tymi kotami, jeśli chodzi o stosunek do ludzi... to fakt, że kot jest wyrachowany i nie dlatego nam wskakuje na kolana, bo nas kocha, ale żeby łapki ogrzać... świetnie też wie, kto rządzi "konfiturami" w domu... niemniej jednak potrafi tworzyć emocjonalne więzi z ludźmi, a jego motywacje i kryteria wyboru bywają czasem niepojęte... gdy kot sobie kogoś upodoba, to gdy ta osoba wyjedzie widać nieraz wyraźnie zmianę jego zachowania...
      czasem doglądam czyjegoś kota na czas wyjazdu... kot, owszem, przychodzi, wita się, informuje, że micha pusta, ale po paru minutach zaszywa się gdzieś i tyle go widzę... po prostu nie jestem ta osobą, o którą mu chodzi...
      człowiek ma skłonność do antropomorfizowania i nazywa to że kot "kocha", "tęskni" itd... to jest oczywiście błąd, bo kot to nie człowiek i widzi świat po swojemu... pojęcia "moje stado" nie zna, bo żyjąc dziko takich struktur nie tworzy, co najwyżej tzw. "kolonie", gdy się zbierze więcej kotów /np. koty z Colosseum/... ale pojęcie "mój człowiek/inny kot/pies/etc" obce mu już nie jest...

      Usuń
    3. p.s. znałem ludzi, którzy podróżowali wanem lub kamperem prowadząc takie półkoczownicze, "cygańskie" życie... niektórzy wozili koty i taki wan był ich terenem - bazą, zawłaszczały też okoliczny teren w przypadku obozowania... dla mnie przywiązanie emocjonalne do ludzi jest ewidentne w takich przypadkach, ale dochodzi jeszcze jedna sprawa, o której nie wszyscy wiedzą, nawet wielu kociarzy... tą sprawą jest zapach... tyle się mówi o psim węchu, zaś kot kojarzy się raczej ze słuchem i wzrokiem... okazuje się, że kot ma tak samo świetny zmysł powonienia, jak pies... na nowym terenie kot go oznacza jako swój, czasem hardkorowo, a czasem bardzo subtelnie... tak samo oznaczają "swojego człowieka" ocierając się o jego nogi na przywitanie, odświeżają ten zapach... czasem mam okazję zobaczyć, jak nasza kotka wita się ze swoim kumplem, kotem sąsiadów... z boku to wygląda na wzajemny buziak, ale tak naprawdę chodzi o apgrejd informacji zawartych w zapachu... potem jest weryfikacja zapachu pod ogonem, a potem koty decydują, co dalej robić z tak mile rozpoczętym dniem...
      gdy odmalowałem pokój moja kotka była mocno zdezorientowana, gdy do niego weszła... cała mapa zapachów, którą miała w głowie, była nieaktualna... uspokoiła się dopiero, gdy otarła się pyszczkiem o moje nogi: "aha, zero paniki, mój człowiek tu jest, więc wszystko jest okay"...

      Usuń
  11. @PKanalia - no właśnie. Nawet podczas wypuszczania na smyczy Mozart codziennie intensywnie obwąchiwała teren, każdy krzaczek, każdą gałązkę, każde źdźbło trawy, jakby zbierając tym zmysłem węchu najważniejsze informacje z otoczenia.
    Miałam wrażenie, że ona dokładnie wiedziała, którędy przeszedł inny kot, ptak czy mysz. I czytała pozostawione przez nich wiadomości. Podobnie jak poprzednio robił to Piesio.
    Tutaj w tym domu też pierwsze, co zrobiła po przeprowadzce, to obwąchała wszystkie kąty, odnalazła sporo znanych jej mebli, kartony też miała wszystkie pozaznaczane i dlatego dość radośnie i szybko przywykła do miejsca, do wnętrza domu. I w zasadzie po tygodniu zaczęła nam demonstracyjnie pokazywać, że ona już jest gotowa do wyjścia, bo już "opanowała" dom.
    I faktycznie co jakiś czas podczas tego obwąchiwania nowych miejsc przychodzi potrzeć się o nogę człowieka i sprawdzić, czy wszystko jest OK, czy jest bezpiecznie. :)

    OdpowiedzUsuń

Zostaw ślad, będzie mi miło.
Komentarze nie na temat lub hejterskie będą wysyłane w siną dal, gdzie ich miejsce.