piątek, 25 sierpnia 2017

Niedochodowy projekt, czyli mail od Kathy

Lubię takie dni jak dzisiaj. Które płyną trochę bardziej leniwie, niż zwykle.
Kiedy mam poczucie głębokiej więzi z jakąś wyższą siłą. Wpływa na to z całą pewnością piękna, słoneczna pogoda końca lata i zadowolenie z dobrze wykonanych ostatnio obowiązków.
Oraz to, że już za chwileczkę wybieramy się na urlop.
Wszechświat zdaje się wsłuchał się w moje wnętrze, bo oto dziś w mojej skrzynce pojawił się mail o takiej treści:

Od: kathy19091[at]gmail.com
Temat: Szukam twojej zgody
Witam, 
jestem Kathrine Beyer, natknęłam się na Twój e-mail i zostałem poruszony przez ducha, aby się z Tobą skontaktować. Zostałeś powołany i wybrany, aby służyć ludzkości i przez wszystkie moje lata na tej ziemi, nie mam wątpliwości, że nawet jeśli sprawy duchowe są poza ludzkim zrozumieniem, to nie powinno się żartować. Ujawniono mi, że masz cechy konieczne do uruchomienia tego proponowanego niedochodowego projektu, który będzie koncentrował się przede wszystkim na opiece nad matką i dzieckiem. Ten projekt będzie w pełni finansowany przez moje oszczędności życia i mojego zmarłego męża Davida Beyer. Proszę się upewnić, że się ze mną skontaktujesz, jeśli jesteś zainteresowany oddaniem temu pokoleniu poprzez swoją bezinteresowną służbę. Pamiętaj, że praca miłosna nie będzie żyła, gdy kierowałem moim bankiem, które powinno się zaakceptować, aby zarządzać tą organizacją, 10% wszystkich aktywów (stałych i bieżących) zostanie Ci przydzielonych, chociaż warunki są stosowane. Jeśli jesteś zainteresowany, skontaktuj się ze mną, aby móc powiedzieć więcej o sobie i o tym wszystkim, co musisz wiedzieć o tym projekcie. Pozostaj

pobłogosławieni miłością.

Z poważaniem,
Pani Kathrine Beyer

Jego Autorka to z pewnością osoba niezwykle uduchowiona, co da się poznać już od pierwszych zdań.
Myślę, że powinnam Jej odpisać jak najszybciej, bo przecież nie można pozostawić tak niezwykłej i szczodrej osoby samotnie z takim problemem, jak rządzenie organizacją i samotnym wykonywaniem bezinteresownej służby.
Ale nie mam za bardzo pomysłu, co byście odpisali tej wspaniałej Pani?

I nie zapomnijcie, pozostańcie
pobłogosławieni miłością.
Wasza iw

wtorek, 22 sierpnia 2017

Epilog Cat-Action-Thriller-Story, czyli co dalej z Rysiem?

EPILOG
Zanim przeczytacie list, który przysłałam mi Pani Agnieszka i który jest EPILOGIEM tej historii, przypomnę Wam jeszcze raz Ryśka:





I moje ulubione zdjęcie:

To właśnie jest powód, dla którego nadal piszę tę historię.
Najlepiej będzie, jeśli oddam głos Pani Agnieszce:
"Dzień dobry wszystkim Czytelnikom bloga Pani Iwony!
Co za wspaniała historia- tak ładnie ujęta lekkim piórem Autorki! Sama czytałam ją z zapartym tchem :)
Przygotowałam kilka słów też od siebie w sprawie Ryśka, tym razem moimi oczami, mam nadzieję, rozwiewające różne wątpliwości:) 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 3

zawieszeniu decyzyjnym co do zamiany kotów spędziliśmy około tygodnia, a może dłużej. To były dni, kiedy na pytanie o to, jak sobie to wszystko dalej wyobrażam umiałam odpowiedzieć tylko jednym: nie jestem teraz gotowa na rozmowę na ten temat. Nie dziś. Porozmawiajmy o tym później: jutro, pojutrze albo jeszcze później.
A na pytania: a co będzie, jeśli ... - też miałam tylko jedną odpowiedź: dziś nie rozwiążemy wszystkich problemów. Czasem trzeba od nich na chwilę odpocząć.
Nic dziwnego, że nie miałam siły na takie pytania, za dużo działo się w innych poważnych dziedzinach i mój mózg nie wyrabiał i bronił się przed podejmowaniem kolejnych ważnych decyzji. Musiałam to przeczekać.

sobota, 19 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 2, Bandito

Pani Agnieszka ma u siebie trzy koty, w tym dwie bardzo spokojne i grzeczne koteczki. Koteczki są łagodne, żyją w symbiozie ze sobą i z resztą świata, okoliczne koty zapraszają na na swoją werandkę na zwyczajowy five o clock, podczas którego dzielą się nawet własnymi chrupkami. Ale jest i On. Rysiek, który po akcji kastracja, w której Pani Agnieszka pomogła dwóm takim ulicznikom, w tym jemu, zrezygnował z bezdomności i wybrał życie w Jej domu. 
I tu się zaczęły problemy.
Rysiek bowiem do spokojnego domu Pani Agnieszki wprowadza swoje dobrze znane zwyczaje z ulicy, broni dalej swojego rewiru, terroryzując przy tym jej obie grzeczne koteczki.
W Jej domu skończył się spokój, a zapanowały zasady niczym z Ojca Chrzestnego, przy czym rolę Dona Corleone odtwarza Rysiek. Skończyły się herbatki five o clock z okolicznymi kotkami, zaczęły się rządy twardej ręki, a raczej ostrych pazurów i bandyckich szczęk.
Rysiek vel Bandito, bo takie imię zyskał ode mnie czuje się strasznie mocny u siebie na dzielni, a pani Agnieszka powoli zaczyna mieć dość. Niestety żadne metody oprócz fizycznego rozdzielania kotów nie zdają egzaminu. Grzeczne Kotki Pani Agnieszki mają tylko jeden wybór: schodzić Ryśkowi z drogi, inaczej za każde "przewinienie" spotyka je vendetta.
Pani Agnieszka jest osobą o dobrym i mądrym sercu. Pomogła Ryśkowi i przyjęła go pod swój dach, nie wyobraża więc sobie - mimo jego bandyckich zachowań i wojowniczego charakteru - wystawić go z powrotem za drzwi, czy co gorsza oddać do schroniska.
Widząc, co się dzieje, próbowała oczywiście znaleźć inny dom dla Rysia, uderzała do fundacji i różnych domów tymczasowych, poszukując dla niego jakiejś alternatywy życia u niej, niestety wszystko jak do tej pory bezskutecznie. 
Mimo awanturniczej natury kota Ryśka pokochała całym sercem i ona, i jej poprzednio zupełnie niekociaty mąż, który razem z nią pilnuje, jak pisze Pani Agnieszka "prowadzi książkę wejść i wyjść", żeby koty jakoś się mijały, a jeśli któryś dłużej nie wraca chodzi po dworze z latarką i nawołuje.
Rozumiecie zatem, że podobnie jak my, tak i Ona doszła do ściany. 
To był moment, kiedy Pani Agnieszka przeczytała u Gosianki Wrocławianki nasze ogłoszenie o poszukiwaniu domu dla Mozarta. Pani Agnieszka pomyślała, że być może Rysiek mógłby odnaleźć azyl jako kot jedynak u nas. Tutaj mógłby sobie żyć samodzielnie, nie bojąc się kotów z sąsiedztwa, gdyż sam jest niczym pojazd bojowy i żadnych kotów się nie boi.
A z kolei Mozart mogłaby w takim wypadku pojechać do Pani Agnieszki, gdzie (poza Ryśkiem) nie grasują inne kocie zawadiaki i mogłaby znów bezpiecznie zostać kotem wychodzącym.
Pomysł Pani Agnieszki polegał więc na zamianie kotów.
Kiedy doczytałam do tego miejsca maila Pani Agnieszki to przyznaję, że moja pierwsza reakcja to był lekki szok i zrobiło mi się na przemian gorąco i zimno.
O ile po nadaniu ogłoszenia z brakiem Mozarta zaczynałam się już jakoś w duchu oswajać, to zupełnie nie wyobrażałam sobie przyjęcia i pokochania na jej miejsce innego kota.
Jednak po wyjściu z pierwszego szoku uznałam pomysł Pani Agnieszki za wart przemyślenia.
Ważne było, że już po pierwszych słowach maila Pani Agnieszka ujęła mnie ciepłą relacja o swoich wszystkich kotach. Zaimponowała mi również swoim zdecydowaniem i bezkompromisową i odpowiedzialną walką o dobro zwierzaków. Spodobało mi się również Jej mądre i wyważone podejście. Oraz last but not least pomyślałam, że u kogoś takiego nie obawiałabym się o dalszy los Mozarta. 
Odpisałam więc, że z całą pewnością uważam Panią Agnieszkę za osobę jak najbardziej normalną, a do tego jeszcze bardzo mi sympatyczną i że rozważymy jej propozycję.
Z wielkimi różnorodnymi emocjami zaczęliśmy od tego momentu zastanawiać się ostrożnie nad tym pomysłem.
Chociaż łza się nam wszystkim w oku kręciła, po ok. dwóch tygodniach codziennych dyskusji z Mikaelem stwierdziliśmy, że to chyba jedyny sposób na dalsze szczęśliwe życie Mozarta i zaczęliśmy wynajdywać coraz to nowe argumenty za. Aż wreszcie przymierzać się do operacji wymiany naszych kocich pociech.
Starając się przewidzieć wszelkie możliwe konsekwencje wymieniałyśmy się niemal codziennie z Panią Agnieszką informacjami na temat naszych kocich pechowców.
Zobaczcie jak wygląda Rysiek vel Bandito. Sądząc po łobuzerskim spojrzeniu i zawadiackiej pozie niczego się w życiu nie obawia i z niejednego pieca chleb jadł.
Rysiek

czwartek, 17 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 1

Był sobie raz kot. Niestandardowe imię Mozart nadała mu moja córka zaraz po tym, jak przyniosła go z pola chrzanu do domu rodziców swojego ówczesnego chłopaka gdzieś w Polsce.
Po jakimś czasie młodzi się rozstali, a przez rodziców młodego kot został zdefiniowany jako kot Gosi i w związku z tym do nas do domu odwieziony i w moim domu wypuszczony na pokoje.
Wracałam wtedy po dłuższym wyjeździe do domu jesienią. Cała sytuacja mnie zaskoczyła, bo nie planowałam kota. Obawiałam się, jak podołam opiece nad jeszcze jednym zwierzakiem. Córka oczywiście zapewniła, że to ona będzie zajmować się kotkiem. Mnie interesowało głównie, co na kota powie mój Piesio, bo dotąd wszystkie koty głównie gonił z z zamiarem zagryzienia, a jakże! I to z pianą na ustach i w towarzyszeniu gromkiego jazgotu i szczekania oraz galopu godnego Wielkiej Pardubickiej.
Mozart jako ozdobna figurka na regale
Długa historia ich wzajemnej relacji i wgryzania się kociej towarzyszki w nasze wspólne życie, była przeze mnie dość szczegółowo relacjonowana i obficie opatrzona materiałem zdjęciowym przez ostatnie lata. Wszystkie poprzednie lata z wyjątkiem niewielkich potyczek i podrapanego noska czy uszu, oraz jednej operacji zerwanego ścięgna krzyżowego, kończyły się dla kota raczej pozytywnie. Choroba ogonka wprawdzie przeszkadzała, ale też nadała jej kotu pewne charakterystyczne cechy. Mozart zyskała przez nią dodatkowo nerwowy tik skakania sobie na ogon nie tylko w sytuacji, kiedy go bolał, ale też we wszystkich innych sytuacjach, kiedy coś się jej nie podoba lub ją mocno wnerwia.
Etap warszawski zakończył się jesienią ubiegłego roku. Po długiej podróży wysiedliśmy wszyscy z samochodu w Bremerhaven i pojawiliśmy się, żeby prowadzić tutaj nasze dalsze życie.
Piesio z racji wieku nie przeżył już zbyt długo.
Rozpoczęła się kolejna era w życiu naszym a więc i kocim, czyli Etap Bremerhaven.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wypad urodzinowy do Cuxhaven

Mam ostatnio sporo tematów do opisania, zacznę od tych krajoznawczych. A dokładnie od naszego wypadu 7 sierpnia czyli w ostatni poniedziałek do Cuxhaven. Tego dnia Mikael obchodził urodziny.
Mieliśmy ochotę spędzić ten czas we dwoje i poza domem, więc wybraliśmy się do uroczo położonego tak jak nasze miasto także nad Morzem Północnym Cuxhaven. Ani pora dnia, ani dzień nie były typowymi dniami turystycznymi, toteż ludzi na mieście było niewielu i pod jednym względem to dobrze. 
Z drugiej strony okazało się, że w godzinach wczesnopopołudniowych znalezienie jakiegoś lokum, żeby coś zjeść graniczy z cudem.
Ale zanim poszliśmy jeść wybraliśmy się na spacer po mieście.
Byliśmy już w Cuxhaven chyba dwa lata temu, więc myślałam, że już trochę znam miasto. Okazało się jednak, że wtedy podążaliśmy głównie nadmorskim deptakiem. Tym razem udaliśmy się bardziej na miejski deptak, coś w rodzaju tutejszego starego miasta, które jest tu jednocześnie centrum miasta.
Jak na miasto portowe przystało, w centrum tym, w samym jego sercu stoi łódź. 

środa, 9 sierpnia 2017

Mój sposób na aktywność, czyli orbitrek

Wiele z nas ma pracę zza biurka. Nasze codzienne rytuały nie uwzględniają zbyt wiele ruchu. A bez ruchu to wiadomo, najlepiej tłuszczyk nam rośnie. Oprócz wyjątków ten problem dotyczy już od lat znacznego procenta społeczeństwa. Sport uprawiam od dawna, ale dopiero od ok. 2-3 lat była to forma na tyle regularna, że mogę powiedzieć: chodziłam na siłownię. Potem przyszła przeprowadzka z Warszawy do Bremerhaven, rezygnacja z karnetu, bo i tak nie było czasu na regularne odwiedzanie siłowni. A po problemach z kręgosłupem nie bardzo mogłam nawet pomarzyć o powrocie na siłownię.
Poza tym przy mojej pracy tłumacza wyrwanie się na siłownię, czyli przerwanie pracy, ubranie się do wyjścia przygotowanie torby ze świeżymi ciuchami sportowymi, dotarcie na miejsce, przebranie się w szatni, trening, prysznic, przebranie się do wyjścia, dotarcie do domu, coś do jedzenia, często zabiera tyle czasu, że po prostu tego czasu nie znajduję. Albo znajduję zbyt rzadko. A abonament na siłownię sobie leci i kieszeń obciąża, za to moja frustracja za każdym razem, kiedy nie pójdę na tę siłownię chociaż dwa razy w tygodniu rośnie.
Dlatego w pewnym momencie, kiedy już poczułam się lepiej i zaczęłam już w miarę normalnie czyli w miarę w zdrowym tempie chodzić, jeździć na rowerze, postanowiłam zapewnić sobie jakiś sprzęt treningowy w domu.
PLAN
Przeanalizowałam różne sprzęty treningowe i postanowiłam wybrać spośród nich taki, który spełni moje założenia i który lubię, ponieważ już go wypróbowałam wielokrotnie na siłowni.
Założenia były takie, że 
- musi to być coś, na czym się będę mogła zmęczyć i spocić. 
- będzie to sprzęt, na którym będę mogła ćwiczyć w domu, np. zaraz po wstaniu z łóżka, przed śniadaniem i całym dniem. Albo wieczorem, po całym dniu pracy, jeśli za oknem będzie padało, a ja nie będę miała ochoty iść choćby na spacer.
- sprzęt musi się mieścić w domu być akceptowalny w tym pomieszczeniu, które dla niego wybierzemy.
REALIZACJA
Wszystkie powyższe warunki udało się spełnić, a ja zdecydowałam się na orbitreka firmy Kettler. 
Wpis nie jest sponsorowany, możecie więc być pewni, że będę całkowicie neutralna w moich ocenach. Mój model nazywa się Kettler Situs Cross (3)+ i jest z niego całkiem spory byk. Wchodziłam na kilka z nich w sklepie i ten miał dość duże koło zamachowe, dzięki temu sporą amplitudę kroków, których długość można jeszcze indywidualnie dostosować. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wycieczka rowerowa do Bürgerpark Bremerhaven

Chętnie jeżdżę na rowerze, szczególnie, że ostatnio do jedna z dwóch aktywności, którą mogę uprawiać przy moich problemach z kręgosłupem. Dobrze więc, że sobie tej wiosny sprawiłam rower. Cieszę się za każdym razem, kiedy mogę się nim gdzieś przejechać.
I tak w ostatnią niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę rowerową do jednego z najważniejszych parków Bremerhaven, noszącego nazwę Bürgerpark (Park Obywatelski).

Wycieczka była bardzo udana, chociaż mnie po dłuższej przerwie (trzy tygodnie bez jeżdżenia) znów dość szybko opadły siły. Tym razem nie przemknęliśmy jednak po parku szybko jak zwykle, tylko zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie, żebym mogła porobić zdjęcia.

sobota, 5 sierpnia 2017

Niezwykła Anabell

Wreszcie poznałam osobiście Anabell. Od lat odwiedzamy się na blogach, a tym razem nareszcie w życiu. Jak dobrze, że mieszkamy (mieszkałyśmy) w tym samym mieście. I jaka szkoda, że udało się nam poznać tak późno. Kiedy ja już się przeprowadziłam a Anabell jest w przededniu przeprowadzki.
Anabell jest osobą bardzo uzdolnioną, kreatywną i nie może ot tak po prostu usiedzieć spokojnie na miejscu, jej głowa ani chwili nie jest bezrobotna. Tak więc prawdopodobnie jej ręce stale muszą być czymś zajęte. Jeśli akurat nie czyta jednej z książek ze swojej bogatej biblioteki lub nie opisuje ciekawych historii na swoich blogach (nic specjalnego i procontra-anabell), wyczynia cuda na kiju z koralików i ozdobnych kamieni albo dzierga szale i obrusy lub wyszywa inne wspaniałości, które z przyjemnością u niej obejrzałam.
W jej pokoju widziałam rozpoczętą śliczną chustę na drutach i rozłożony warsztat rękodzielniczy. Poza tym panował idealny porządek, ale moja gospodyni i tak nadal twierdziła, że jest nieład. Co miałam z gospodynią tego domu dyskutować. Pewnie jakiejś fałdki nie wygładziła, jakoś nie mogłam dojść której.
Nie wiem, skąd się to u niej wzięło, ale talent to jedno, a wytrwałość i stylowe dobranie dodatków to drugie. Według mnie nie można mówić o Anabell, nie wspominając o jej pasjach i nie pokazując, jakież to piękne rzeczy własnoręcznie wytwarza.
Zobaczcie sami, jakie fantastyczne, przepiękne i artystyczne wyroby z koralików i innych dodatków dostałam tylko ja od Anabell. Efekty swojej pracy najchętniej rozdaje w postaci prezentów wśród bliskich i znajomych.
Pierwszy biało-czerwony komplet i perłowy naszyjnik dostałam od Niej już kilka lat temu dwa naszyjniki. Postanowiłam zresztą zrobić wreszcie porządne zdjęcia tym wszystkim cudom.
(Prawie) wszystkie cuda od Anabell zebrałam zresztą w specjalnie na ten cel przeznaczonej szufladce:

piątek, 4 sierpnia 2017

Droga do BH - drugie podejście

Podsumowanie wczorajszego wyjazdu na pierwszy rzut oka nie wypadło najlepiej.
Straciłam w podróży cały dzień, poniosłam dodatkowe koszty a do tego jeszcze byłam po tej podróży ponad 350 km i tak bardzo zmęczona. 
Postanowiłam jednak dostrzec także plusy tej sytuacji.
Podsumowanie podróżnego falstartu
Po pierwsze miałam co opisywać na blogu, a wiadomo, że w Polsce nieszczęścia sprzedają się lepiej toteż spełniłam pierwszą zasadę dziennikarstwa, że Only bad news are good news! czy jakoś tak. Zaraz podniesie mi się klikalność i żebym tylko jeszcze zechciała wreszcie skomercjalizować mojego bloga, to będzie miodzio i cacy.
Chciałam jeszcze wpleść w to wszystko jakiś wątek dramatyczny w połączeniu z romantycznym, ale wystarczająco dramatyczna wydała mi się dla samotnej kobiety w długiej podróży taka awaria, której bez odwiedzenia serwisu nie da się usunąć w żaden sposób.
I ja taka biedna i taka mala dojeżdżająca z duszą na ramieniu setki (no dobra, dziesiątki) kilometrów nerwowo wydzwaniając (przez zestaw głośnomówiący oczywiście) do serwisu, a potem czekająca godzinami na naprawę, aż wreszcie męski i stanowczy Pan Maciej z serwisu wręcza mi wraz z fakturą na wysoką kwotę czerwoną różę.
A tymczasem w domu czeka na mnie stęskniony przy krzaku róż mężczyzna z kotką.
Myślę, że nawet średniej klasy pisarka powieści dla kobiet lepiej by tego nie wymyśliła, co wymyślił mi mój los. Wprawdzie nie będzie tu kontynuacji opowieści i przejścia w wątek romantyczny z bohatersko ratującym mnie z opresji Panem Maćkiem, który początkowo gburowaty, potem nagle okazuje się bardzo pomocny i miły (chociaż wszystko poza wątkiem odsercowym się zgadza!). Bo prawdziwe życie pisze o wiele bardziej zaskakujące historie.
Bo jest i tragedia (awaria samochodu w trasie), i wielkie pieniądze (nie chcielibyście płacić tej faktury tuż przed urlopem!) i romantyczne zakończenie (róża na osłodę).

czwartek, 3 sierpnia 2017

Zamiast podróży falstart

Czy lubicie wyjazdy, czy bardziej powroty do domu? Ja lubię wyjazdy, ale znacznie bardziej lubię powroty. Niczym ten koń w klapach wracam prawie na autopilocie. Poza tym pakowanie w drogę powrotną trwa znacznie krócej, bo wiadomo już co zabrać. Ale wyjazd i powrót tego samego dnia to już zbyt wiele szczęścia, jak się okazało...
W podróż powrotną z Warszawy do BH wyruszyłam w ostatni poniedziałek z radością, ale i z obawą.
Z radością, bo po trzech tygodniach miałam wreszcie wrócić do domu, do Mikaela i do Mozarta. A z obawą, ponieważ taka podróż (niemal 1000 km) to zawsze duże obciążenie i niemałe wyzwanie. Kiedyś umiałam wstawać o 4 rano, wyruszać o 5 i pokonywać kilometry prawie w locie. Ale to było kilka lat temu. I wtedy trasa była krótsza o czterysta km. Teraz jadąc tysiąc kilometrów za jednym zamachem zdaję sobie sprawę, że muszę zachować formę przez cały dzień. Wysypiam się więc tyle, ile organizm potrzebuje, czyli do ok. 7-8, potem jem porządne śniadanie, pakuję lub sprawdzam, czy wszystko w przeddzień dobrze zapakowałam i dopiero jadę.
Wolę to, niż potem wracać z trasy, bo czegoś ważnego nie wzięłam ani łapać się za głowę, czy wyłączyłam przysłowiową kuchenkę. 
Pogoda na podróż szykowała się piękna, więc cieszyłam się, że podróż minie mi komfortowo.