wtorek, 4 lipca 2017

Walka o każdą piędź

To będzie wpis antymotywacyjny, bo czasem i mnie przerasta ten codzienny trud.
Tak w ogóle to ze mnie niespotykanie spokojny człowiek ... ale raczej w znaczeniu z filmu Barei pod tym samym tytułem. :)
Po latach zmagania z wolnym rynkiem i różnych innych przygodach, które kiedyś mogłyby posłużyć za kanwę dłuższej opowieści, dochodzę do wniosku, że i tak najtrudniejszą wojnę i codzienny bój każdy z nas toczy sam ze sobą. 
Albo walka o każdą piędź w rodzinie.
Codzienna wojna zaczyna się już rano, od wstania z łóżka. Czyli od podjęcia tej najważniejszej decyzji: wstać, czy nie wstać? Szczególnie kocham wtedy swoje łóżko, pościel i to ciepło pod kołdrą!
Najczęściej wewnętrzny bój wygrywa przeklinane głośno lub po cichu poczucie obowiązku. Szczególnie, jeśli poprzedni dzień był długi i męczący i nie poszliśmy spać z kurami.
A potem kolejne progi i przeszkody. 

Prysznic czy kąpiel, mycie zębów szczoteczką zwykłą czy mechaniczną (tak się nie chce nic robić, nawet wcisnąć guzika), wytarcie ręcznikiem dokładnie, czy na plecach już tylko na szybko i po wierzchu ...
Potem jest tylko gorzej, bo od czynności dość prostych przechodzimy do bardziej skomplikowanych, czyli do podjęcia decyzji na temat każdej części garderoby. Czyli sławne kobiece: ja nie mam co na siebie włożyć!!!
Nie wiem, do której kategorii wy należycie: czy do "przygotowuję sobie ubranie w przeddzień, zerkając na prognozę pogody, sprawdzam, czy skarpetki bez dziur i czy mam wolną bieliznę, czy majtki i biustonosz nie będą prześwitywały przez bluzkę, wybieram bluzkę i spódnicę vel spodnie, sprawdzając wcześniej, czy pasują, dobieram płaszcz, ew. parasol, apaszkę i czyszczę buty", a może do drugiej kategorii:
"jutro rano się zobaczy, na co będę miała fantazję".
Bo ja proszę państwa należę do tej drugiej kategorii.
Czyli mój poranny rytuał szykowania się do dnia pracy, szczególnie kiedy muszę wyjść do klienta, jest całkiem spontaniczny. Tym samym dopiero wtedy często stwierdzam, że mam wprawdzie ostatnie sztuki bielizny, ale tej bluzki założyć nie mogę, bo czarny biustonosz, ta spódnica dawno miała mieć doszyty guzik, marynarka podobnie, a ostatnie rajstopy są firmowo zapakowane i rozdzierają się już na nodze. Buty oczywiście jeszcze trzeba wypastować, a potem sprawdzam pogodę ... i okazuje się, że muszę się w całości przebrać jeszcze raz.
No ale daję sobie na to więcej czasu, więc w 99% zdążam wszędzie na czas.
Powoli dochodzimy do tego, co najczęściej bywa codzienną zmorą większości z ludzi: czyli do pracy.
Ja akurat należę do mniejszości, która akurat lubi swoją pracę, szczególnie tę u klienta, więc naprawdę się cieszę jadąc na miejsce. Tym bardziej, jeśli udało mi się wyruszyć na czas. 
Ale i w moim zawodzie są zlecenia, które robię raczej nie dla przyjemności, a tylko i głównie dla kasy. I wtedy podobnie, jak reszta ludzkości - szukam tylko pretekstu, żeby nie zacząć zbyt szybko.
Czyli najpierw koniecznie poranny sport, żeby nie było, z tego nie zamierzam zrezygnować, skoro już się zmobilizowałam. Dalej oczywiście prysznic, spacer z kotkiem, tak się składa, że inaczej nie można.
Najpierw miauczenie długi czas, żebym ją wyprowadzić. A potem walka z kotem, żeby szanowna panna zechciała wrócić do domu. Ja też bym wolała sobie posiedzieć na słoneczku, ale czasu nie mam a takiego przywiązanego kota przecież nie zostawię.
Potem kawa ...
... a do kawy internet, za jakiś czas śniadanie, to też wymaga przecież czasu. I tak dochodzi jedenasta. Chyba, że jeszcze muszę odpowiedzieć na maile czy poprawić zlecenie z poprzedniego dnia. 
Wreszcie pracuję. Czasem wytrzymam i ze dwie-trzy godziny. Ale przecież potem trzeba coś zjeść! Bo jem zdrowo, niewielkie posiłki max. co 3-4 godziny.
No więc wstaję, przeciągam się, idę do kuchni, szykuję jedzenie. I tak mi znów upływa godzinka, czasem mniej, ale raczej więcej.
I znów ta walka ze sobą, żeby usiąść i zacząć wreszcie na poważnie pracować, bo inaczej czeka mnie praca do późnej nocy, gdyż kiedyś wreszcie trzeba tę robotę nadrobić.
No dobrze, w międzyczasie jeszcze raz kawa lub herbata, spacer z kotkiem (a jakże, już ta się potrafi przypomnieć). Który raczej woli spacer stacjonarny, więc człowiek stoi jak słup w jednym miejscu ogrodu i czeka, aż się towarzyszka ruszy. Albo słysząc wielkie fukanie i syczenie w ramach sprzeciwu musi takiego kochanego futrzaka zgarnąć z trawnika na siłę, co też nie poprawia samopoczucia.
I oczywiście zdjęcia kwiatów w ogródku trzeba zrobić, bo wiadomo, że za kilka dni już przekwitną i pozostaną tylko wspomnieniem. A zachowywanie takich wspomnień to moja specjalność.
A potem kolejny blok pracy. Zadowolona jestem najczęściej, jeśli nie uda mi się włączyć fejsa, wiadomości czy blogów  przed 17 (kilka razy i nie na dłużej niż 5 minut się nie liczy).
Mimo to przeważnie udaje mi się wyrobić założoną normę do 17-18, wyjątkiem są dni, kiedy nie jest to możliwe i siedzę trzecią zmianę jeszcze po kolacji.
Po pracy czyli ok. 18 robię obiad, najczęściej jemy go razem. I znów walka ze sobą, żeby nie zjeść deseru, patrząc jak zjada go Mój. Szczególnie, kiedy tak ładne namawia i jeszcze mnie całuje tymi ustami o smaku lodów z bitą śmietaną czy ciasta czekoladowego... Toż to istna tortura!
Najczęściej jest jeden do zera dla mnie w konkurencji ja kontra deser. Ale dla wielu osób to bitwa przegrana, szczególnie kiedy rodzina jest większa, są dzieci lub osoby starsze i siłą rzeczy częściej masz w domu jakieś słodycze. No bo ile można słyszeć po obiedzie, że są głodni.
O to, żeby zmienić te nawyki chociaż u siebie - też wieczna walka.
I o to, żeby na wieczór nie zasnąć od razu, tylko przeczytać chociaż dwa rozdziały naprawdę interesującej książki też walka. Bo albo Mój chce spać, albo mi się oczy same zamykają.
Żeby zmusić się do wyjścia na rower czy spacer po całym tygodniu zamiast zalec na kanapie przed telewizorem - też najczęściej walka z samą sobą i ciągłe przekładanie tego na później, aż już później się nie da. A przepraszam. Da się zawsze - na jutro, albo na przyszły weekend. I tak mija tydzień za tygodniem.
Kolejna walka ze sobą pojawia się, kiedy trzeba coś zrobić w domu. Dajmy na to takie codzienne obowiązki. Dobrze, jeśli oboje się mobilizujemy i każde robi jakąś część sprzątania, prania, gotowania i szykowania domu na przyjście gości. Bo jedna osoba wszystkiego nie da rady, zapomnijmy o naszych babkach. One miały do pomocy dzieci (które wtedy jeszcze w domu coś robiły i nie miały strasznie dużo zajęć, czyli fejsa) i inne życzliwe (czyli zmuszone sytuacją) osoby z rodziny.
Przy urządzaniu domu czy mieszkania najgorsze są takie rzeczy, które nie przeszkadzają bezpośrednio w życiu. U nas wisi taki kabel pod sufitem między pokojem dziennym a kuchnią, do którego ma być zainstalowana lampa. 
Lampę kupiłam ...  niech policzę, pod koniec kwietnia, czyli będzie cztery miesiące temu, jadąc w tym celu specjalnie w przeddzień wyjazdu z PL do DE na drugi koniec miasta w korkach. A potem wioząc tę lampę przez pół Europy. To wszystko nic! Najtrudniej jest Mojemu tę lampę i tak powiesić na wyznaczonym do tego dawno miejscu. Przypominam co jakieś dwa dni. Na darmo. A histerii tym razem i o to naprawdę mi się nie chce. Do czasu... Aż uznam, że dłużej na ten kabel patrzeć nie mogę. Podobnym tematem neverending story jest żarówka w naszej sypialni. Bo nadal wisi tam żarówka zamiast jakiegoś fajnego żyrandola. Kiedy ją kupimy, to spoko, nie ma pośpiechu, dziś nie i jutro też nie powiesimy. I tak sobie poleży w kącie parę miesięcy. Może przed sprzedażą domu jeszcze się uda.
Gdzieś tam w międzyczasie trzeba wcisnąć jeszcze zabiegi kosmetyczno-pielęgnacyjne, jak fryzjer, czy samodzielne farbowanie odrostów, depilację, jakiś lakier do paznokci czy codzienny makijaż. Bo jak się człowiek odzwyczai, to tak maluje.
I tak od początku życia do końca. 
Ciągle walka, walka i walka. 
O każdą rzecz, o każdą piędź.
U was też?

23 komentarze:

  1. Jesli lampa zostala kupiona pod koniec kwietnia, to dwa miesiace z haczykiem, a nie cztery. Moze wiec jeszcze poczekac, az te cztery mina, a Ty bys chciala tak od razu, co?
    No i chcialabym chodzic do roboty na 11.00. Szczesliwa jestem, kiedy uda mi sie przeczytac w lozku dwie strony, o rozdzialach nawet nie marze. Oczy same sie zamykaja po calym dniu roboty w fabryce i potem w domu, wychodzeniu z psem, mizianiu dwoch kotow. A i blog sam sie nie napisze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze, dla mnie to odczuwalne cztery miesiące, w analogii do odczuwalnej temperatury :) Mówisz, że 2 miesiące to jeszcze mało? Widać sporo jeszcze o życiu we dwoje przyjdzie mi się nauczyć.
      Rozpoczynam pracę wtedy, kiedy muszę. Bywa, że siedzę przy biurku już o 7 rano, a kończę o 2 w nocy. I przeważnie zostają mi też jakieś czynności biurowe na weekend, nie wiem, czy byś chciała.
      Te akurat rozdziały są króciutkie, takie po 2-5 stron :).
      A blog jak widać sam się nie pisał, kiedy ja byłam zajęta zajmowaniem się kotem i innymi życiowymi obowiązkami :))
      Pozdrowienia Aniu!

      Usuń
    2. Chlopu trzeba przypominac o tym, co jest do zrobienia, z czestotliwoscia tak mniej wiecej raz na pol roku. Z pietnastym razem moze zrobi, bo bedzie mial dosc gderania. Jesli nie masz tyle czasu, zajrzyj do gugla, poogladaj filmiki pogladowe i... zrob to sama.
      Buziak :)))

      Usuń
    3. Robię dość, żeby jeszcze wiercić w ścianach! Tego robić nie będę. Ale już jestem mocno naprzykrzliwa, żeby sobie nie myślał, że ja tego nie widzę. Jeszcze nie znalazłam perfekcyjnej metody motywacji mężczyzny, ale znajdę, prędzej czy później.
      Buziak! :))

      Usuń
  2. Kota na sznurku mnie rozwaliła i rozbawiła - wiem wiem...,,,, :) moja też bandytka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na sznurku ma trochę dłuższy wybieg, dlatego tak też ją czasem puszczamy :)

      Usuń
  3. Tego typu walki jak opisujesz mam juz za soba, moge tylko powspominac, a we wspomnieniach nie wyglada to tak zle, ze 'walki' byly meczace, moze tez zalezy to od osobowosci mojej takiej ugodowej, pogodzonej, prace lubilam, wiec chetnie wstawalam niemal zawsze, juz na studiach nabylam ten nawyk byc punktualna, a jakie to bylo wazne zdazyc na sniadanie na stolowke.
    Dzisiaj jako senior caly czas jest moj i nigdzie sie juz nie spiesze, najwyzej na lekarskie wizyty. Dobrze ze ciagle sa rzeczy, pewne obowiazki, no i przyjemnosci, ktore wypelniaja moj dzien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano walka nasza codzienna. Popracować muszę jeszcze jakieś 15 lat jeśli nie wyjdzie więcej. Ugodowa jakoś nigdy nie byłam, raczej musiałam walczyć i się przebijać, żeby coś w ogóle się udało. Na samo szczęście liczyć nie mogłam.
      Dobrze, że w tym wieku możesz się skupić na przyjemnościach, bo te wizyty lekarskie przecież nie wypełniają większości czasu. :) Pozdrowienia Marigold

      Usuń
  4. Podziwiam skuteczność w tych potyczkach. Ja często przegrywam i zajrzę tam, gdzie nie powinnam, bo w tym czasie powinnam skupiać się w 100% na pracy. Tu kuknę, tam kuknę, a czas leci :/

    Lodom z bitą śmietaną bym się nie oparła, nie ma szans ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze bywam skuteczna, część spraw nadal leży, chociażby jeszcze kilka ładnych kartonów po pół roku i nadal nierozpakowanych. Lody chętnie bym Ci oddała, przynajmniej póki co nie mogie i już!! :)

      Usuń
    2. Nasze nierozpakowane pudla leza juz od czterech! lat :) Jesc nie wolaja.... moze same wyjda.....

      Usuń
    3. Uspokoiłaś mnie z tymi kartonami. Widać nie są aż tak niezbędne. :) A może same się kiedyś rozpakują :)

      Usuń
  5. taka codzienność, już zapominamy czas, gdy dochodziło mnóstwo obowiązków związanych z rodzicielstwem, szybko-szybko, tam i z powrotem, jeszcze to i tamto, i nie było czasu na refleksje.
    Odzież do pracy szykuję wieczorem ale zdarzało mi się coś przeprasować tuż przed wyjściem. Tylko praca a etacie to coś innego niż własna działalność. Przychodzisz rano, wychodzisz po 8 czy 9 godzinach, weekendy wolne. Ale za to w czasie pracy nic prywatnego nie zrobisz, chyba że weźmiesz wolne godziny które trzeba odrobić lub oddać z urlopu. Coś za coś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może nie tak, że zapominamy Klarko. Ale wtedy jakoś to człowiek ogarniał, bo nie miał innego wyjścia. Ale i siły i energii miał znacznie więcej. Na refleksję za to tej energii już często nie wystarczało. Staram się tę odzież przygotować w przeddzień, ale najczęściej i tak rano coś zmieniam.
      Zdecydowanie praca na 8 godzin daje więcej wolnego w weekendy, ale za to mniej wolności w tygodniu. Praca na swoim wiąże cię praktycznie przez całą dobę, w dni wole, weekendy i święta, a także ciemną nocą też możesz dostać zlecenie, a co najmniej zapytanie o wykonanie zlecenia. Każdy sam musi wybrać, co dla niego lepsze. No właśnie: coś za coś.

      Usuń
  6. W kwestii przygotowywania ubrań do pracy, jestem typem mieszanym. Jeśli wieczorem padam na twarz, zostawiam tę czynność na rano, jeśli nie jestem zmęczona i nie mam lenia, przygotowuję wszystko wieczorem. Ogólnie rzecz biorąc staram się mieć wszystko przygotowane wcześniej, ale wychodzi różnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się raz od wielkiego dzwonu udaje coś przygotować w przeddzień, ale to raczej wyjątek niż reguła. Przynajmniej torbę i konieczne dokumenty pakuję w przeddzień i te buty pastować próbuję już teraz, bo to zajmuje najwięcej czasu :).
      pozdrowienia

      Usuń
  7. Wstawanie jest najgorsze. Po wstaniu zawsze patrze przez okno i decyduje czy jest zimno czy cieplo i co mam na siebie wlozyc. W pracy nie chce mi sie nic robic, wiec robie tylko to co musze na teraz, a to co moge to odkladam na potem. Zmeczona jestem i urlopu mi trzeba, ot co. Jeszcze dziesiec dni i naladuje baterie :-)
    A co do motywacji chlopa to chyba trzeba sposobu. Bo jak powiesz: "trzeba te lampe zawiesic", to rzeczywiscie, bedzie sobie lezala w kacie az do us**anej smierci. Ale jak poprosisz, zeby Ci te lampe zawiesil dzisiaj, a najlepiej teraz bo widzisz ze on ma chwile czasu i Ty masz chwile czasu, to mu srubokret potrzymasz, to raczej na pewno zadziala. Z nimi trzeba konkretnie, jak krowie na rowie :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem teraz spragniona urlopu i na skutek tego robię ze spraw zawodowych głównie to, co konieczne i niecierpiące zwłoki. Najgorsze jest to, że jako samodzielna jednostka muszę wszystko przygotować i zaplanować samodzielnie.
      A kiedy nie mam pary, to mi to oczywiście gorzej i wolniej idzie.
      W ostatnie dni mieliśmy ciągle jakieś inne sprawy do zrobienia, albo oboje byliśmy padnięci, więc nawet nie miałam sumienia, żeby się domagać tej lampy. Przed moim bieżącym wyjazdem już się nie uda. Choć może chociaż zmierzymy i wyznaczymy otwory, gdzie ma wisieć, to jest szansa, że pod moją nieobecność to powiesi :).

      Usuń
  8. Oj, ja to nawet gdy już wstanę to nie wiem co na siebie założę. W końcu jestem na emeryturze i wychodzę z założenia, że mogę, ale nie muszę.
    Kicia na tym drugim od góry zdjęciu ma świetny wyraz pyszczka, zupełnie jakby chciała komuś dolać.
    U facetów wszystko musi nabrać "mocy urzędowej" gdy my czegoś chcemy, ale gdy oni coś sami wymyślą to robią to migiem.
    Jak wyegzekwować? Po prostu wynająć kogoś do tej pracy i kazać mu za to zapłacić. U mnie skutkowało. Potem to się pytałam: zrobisz sam, czy mam kogoś wynająć?
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba już zostanę przy tym szykowaniu sobie ciuchów tego samego dnia rano, wyjątkowo na zlecenie przygotowuję torbę, papiery i przeważnie buty, o ile pogogda i mój wybrany kolor się nie zmieni, to mam.
      Co do płacenia - niestety by mi powiedział, że skoro obiecał, to zrobi i jak zapłaciłam, to moja sprawa.
      Poza tym ja tu jeszcze nie znam aż tylu ludzi do wynajęcia w przeciwieństwie do niego. No cóż, póki co zawstydzony (kolejny raz) obiecał, że lampa będzie wisieć jak wrócę. Powiedziałam: mniej słów, więcej czynów. Nie wie nawet, że omawiam z Wami kwestię lampy :)))

      Usuń
  9. Czytając o perypetiach z lampą chciałam zaproponować wynajęcie fachowca, ale Anabell mnie uprzedziła. Co do deserów, to życie jest za krótkie by skazywać się na tortury patrzenia jak inni jedzą. Tym bardziej w Twoim przypadku, kiedy nabyte kalorie można stracić biegając. Życzę by każdy dzień był miły i radosny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy to by poskutkowało.
      A desery? Ja i bez ich jedzenia oraz ćwicząc (nie biegam, nie mogę) nie mogę na razie ruszyć wagi w dół, więc nie będę sobie robić wbrew. :)
      Pozdrowienia

      Usuń
    2. Tak się przyzwyczaiłam, że we wcześniejszych postach zachęcałaś do aktywności, że zapomniałam iż teraz z powodu kontuzji musisz ćwiczyć w określony sposób. Ukłony.

      Usuń