środa, 26 lipca 2017

Moje poprzeprowadzkowe życie zawodowe

Ludzie zadają mi wiele pytań dotyczących mojego życia po przeprowadzce. A niektórzy wręcz pytają mnie za każdym moim pobytem w Warszawie: i co, wróciłaś? A już szczególnie często padają pytania, czy znalazłam tam sobie jakąś pracę. Otóż powtarzam od lat to samo: ja już mam swoją pracę. Jestem tłumaczem i prowadzę DG w tym zakresie. Póki co w Polsce.
Temat mojego życia zawodowego w Niemczech jest bardziej złożony, toteż trudno opowiedzieć o tym w trzech zdaniach. Po to napisałam tego posta. Jeśli kogoś interesuje, może poczytać.
Będzie o tym, jak uzyskuje się uprawnienia już posiadane w swoim kraju, w innym kraju UE, w tym przypadku w Niemczech*.

MOJA PRACA W NIEMCZECH 
Długa droga do uznania uprawnień TP w DE
Kiedy przeprowadzałam się do Bremerhaven, chyba zbyt naiwnie liczyłam na szybką zmianę nie tylko miejsca zamieszkania, ale i w miarę gładkie przejście na tamten rynek. W końcu znam mój fach, znam się na tym i lubię tłumaczyć, a tam jest wielu Polaków. Wydaje mi się, że to były dobre założenia. Niestety okazało się, że nie do końca tak było. Na tamtejszym rynku Polacy szukają głównie tłumacza przysięgłego, żeby przetłumaczyć swoje dokumenty, potrzebne pracodawcom na potrzeby wykonywanej pracy lub urzędom do przyznania świadczeń.
Liczyłam, że potwierdzenie mojego tytułu na terenie innego kraju UE to kwestia formalna, nie wymagająca zbyt wiele czasu i zachodu. Niestety rzeczywistość, jak to zwykle bywa, okazała się zgoła inna i nieoczekiwana.
Sąd, któremu tu geograficznie i urzędowo podlegam, już od półtora roku proceduje i rozpatruje mój wniosek złożony o uznanie mojego tytułu i działającej w Polsce od roku 2000 pieczęci tłumacza przysięgłego. Wymagane do wniosku 7 dokumentów, w tym tłumaczenia moich dyplomu i zaświadczeń przetłumaczonych przez tamtejszego TP złożyłam pod koniec 2016 r., po czym dopiero w kwietniu 2017 otrzymałam nareszcie numer sprawy. Za kolejnym, pismem na prośbę sądu uiściłam stosowną opłatę. Wreszcie w czerwcu b.r. poproszono mnie o uzupełnienie oryginałów niektórych dokumentów, co też szybko uczyniłam.
Adres przykryty napisem: URZĄD po niemiecku.
Co nie znaczy, że już teraz wiem, co będzie dalej, kiedy dokładnie mogę liczyć na rozpatrzenie wniosku i czy potrzebny będzie jeszcze jakiś egzamin, ile będzie kosztował itd. Informacji na ten temat próżno szukać na stronie tamtejszego sądu, przez telefon też trudno je uzyskać, wziąwszy pod uwagę, że komórka w sądzie zajmująca się tematem składa się z jednej urzędniczki, która pracuje od 9 do 12, a jeśli jej nie ma, urzędnik ją zastępujący nie potrafi udzielić żadnej informacji. Przyznawaniem tytułów i rozpatrywaniem wszystkich wniosków, których z braku ustawy dot. TP zebrało się przez ostatnie 8 lat ponad 400 zajmuje się jedna pani sędzia, która zastąpiła innego sędziego, który się tym zajmował do końca ub. r. Tych wszystkich informacji mi przez telefon udzielono. Co do biegu mojej sprawy już gorzej, bo nadal nie wiem nic.
I tu po raz kolejny chylę czoła przed polskimi instytucjami i ich stronami internetowymi, gdzie obywatel może znaleźć większość praktycznych informacji w wygodnej do przeczytania i ściągnięcia formie. tak sławny na cały świat niemiecki porządek jest mitem, który niestety w tym zakresie się nie potwierdza.
Moja sławetna polska pieczęć
Działalność tłumacza przysięgłego mogę oczywiście z założenia wykonywać na podstawie posiadanych polskich uprawnień i z polską pieczęcią. Tyle że moje tłumaczenia są ograniczone do dokumentów, które według tamtejszych przepisów mogą mieć pieczęć polskiego tłumacza.
Niestety wiele niemieckich urzędów wymaga pieczęci tłumacza zarejestrowanego w Niemczech. Nie muszę mówić, że wyjaśnianie tego każdemu nowemu klientowi, który tam do mnie dzwoni nie należy do najprzyjemniejszej części mojej pracy. Toteż wolę pracować na razie na rynek polski, gdzie nie muszę tych wszystkich historii opowiadać, a mój tytuł jest bezsporny i wystarczający.
Jak wiadomo moim stałym czytelnikom, jesteśmy parą już dłużej, w listopadzie tego roku będzie 4 lata, stąd moje pierwsze zapytanie odnośnie tytułu tłumacza złożyłam już dwa lata temu podczas jednego z moich pobytów u Lubego, a po uzyskaniu odpowiedzi, półtora roku temu złożyłam wniosek, który następnie tak długo był uzupełniany.
Nie miałam za bardzo czasu i energii na ponaglenia, zajęta sprzedażą moich nieruchomości w PL i przeprowadzką. Ale liczyłam, że kilka miesięcy na uzyskanie tam tytułu TP w zupełności wystarczą i będę mogła startować z normalną pracą tam.
Fakty jednak na dziś są takie, że do tej pory oczekuję i nie wiem, kiedy się sprawa zakończy, jaki dokładnie tytuł uzyskam (bo tam rozdziela się tytuł tłumacza przysięgłego ustnego i pisemnego), na jakich warunkach, czy będą sobie życzyli jeszcze egzaminu ode mnie, oraz kiedy itd. Ile czasu trwa weryfikacja wyników egzaminu. I ostatecznie - kiedy wreszcie uzyskam uprawnienia TP w Niemczech i będę mogła wykonywać moją pracę. Bo nadal pracuję dla Klientów w Polsce, zatem i moje zarobki są jak na tamten rynek nie dość zadowalające.
Jak tylko coś się zmieni i będę wreszcie wiedziała, na czym stoję, natychmiast będę działać. Ale póki co w sprawach zawodowych, podobnie jak w sprawach kocich, jestem tam nadal w zawieszeniu.

Mimo że do działalności tam jestem w pełni przygotowana (w końcu miałam multum czasu i czekając na przeprowadzkę i już mieszkając tam). Wykonałam specjalnie w tym celu już ponad rok temu stronę internetową, wstawiłam w Google Maps mój znacznik i po tym znaczniku udało się do mnie już trafić kilkorgu polskich klientów stamtąd.
Nie powiem jednak, żeby ta sytuacja była dla mnie zadowalająca. 
Bo jeść trzeba i rachunki płacić też. A póki co moją działalność nadal prowadzę głównie w Polsce i dla polskich klientów, tutaj też płacę moje ubezpieczenie. Chętnie założyłabym działalność w Niemczech, ale brak mi podstaw, choćby tej pieczęci TP, bo podobnie jak w Polsce tam też trzeba będzie podać specyfikę działalności, od tego ponieść stosowną opłatę itd. A skoro pracuję głównie dla klientów z PL, to po co mi to wszystko. Założę, jak dostanę pieczęć.
Pracuję więc nadal dla moich stałych klientów stąd, mam ich na szczęście kilku na tyle dobrych, że jakoś sobie radzę.
I właśnie dlatego moje podróże do Polski znowu są stałym elementem mojego i naszego życia.
Bywam w Polsce w zasadzie co najmniej raz na 1.5-2 miesiące. W związku z tym tygodniami waletuję u przyjaciół.

Długo by o tym opowiadać, ale ten temat zdecydowanie zasługuje na oddzielnego posta, albo kilka, więc na tym zakończę moją opowieść.

*Uprasza się o niedawanie rad w zakresie zatrudnienia gdzie bądź, a już w szczególności o tym, że zamiast "zabawy w tłumaczenia" mogę przecież "się gdzieś zaczepić, przecież język znam", albo "zdobyć jakąś inną pracę", a już szczególnie uprasza się nie radzenie mi, że "przecież mogę uczyć języka".
Prawda jest taka, że nie po to z wielkim wysiłkiem zdałam i ukończyłam studia tłumaczeniowe, żeby teraz uczyć języka. Nie lubię uczyć, nie czuję do tego powołania i nie chcę tego robić. Wszelkie moje próby w tym zakresie, które podejmowałam w moim życiu kończyły się może jakimiś sukcesami podopiecznych, ale w moim przypadku była to kompletna klęska, a ja kończyłam niemal z depresją (wiadomo, z dołem, bo depresja to ta zdiagnozowana, ale wiecie, o co chodzi). A im jestem starsza, tym bardziej tego nie lubię. Chociaż lubię pracę z ludźmi - ale na innym poziomie.
Za to uwielbiam tłumaczyć, do tego się urodziłam. Szczególnie uwielbiam tłumaczenia ustne i chętniej jadę na drugi koniec świata żeby to robić, niż usiądę tutaj na wygodnej, ale nieciekawej posadce (o ile by się taka w ogóle znalazła). Mój zawód jest moją pasją. Uczę się przy nim mnóstwo nowych rzeczy. Mam dzięki temu znacznie szerszą wiedzę w wielu dziedzinach, bo do każdego zlecenia muszę się przygotowywać, czytając specjalistyczne materiały, strony internetowe, zgłębiając dziedzinę, w której mam zacząć działać. I nie chcę tego póki co zmieniać.

18 komentarzy:

  1. No proszę, będę zgryźliwa, ale ostatnio mam złe zdanie o niektórych produktach niemieckich, które nie mają nic wspólnego z porządkiem i solidnością niemiecką,
    bo to chyba już mit.
    Ale że bałagan w urzędach , to też już wiem...
    Bardzo ciekawa jestem jak długo to potrwa ... 10 lat ?
    To Twoje pozwolenie na pracę.
    Dwa już minęły...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety im bliżej jestem tego niemieckiego porządku, tym większy widzę bałagan. Urzędnicy są wprawdzie bardzo mili, ale inercja aparatu biurokratycznego strasznie powolna...
      Też się zastanawiam, jak długo ten mój proces włączania w niemiecki rynek pracy jeszcze potrwa. Ech.....

      Usuń
  2. Wy to macie wymagania! Teraz urzedy zajete sa milionami nowych przyszlych obywateli, ktorzy zostali zaproszeni przez kanclerke, zeby "zasilic rynek pracy w Niemczech". I zupelnie niewazne, ze w wiekszosci to analfabeci bez fachu w rekach, ktorzy nie sa w stanie nauczyc sie jezyka, skonczyc kursow przyuczajacych do zawodu i w koncu pracowac. Zreszta wiekszosc twierdzi, ze oni tu do pracy nie przyjechali.
    A tacy ludzie jak Ty, ktorzy nie pobieraja zasilkow, moga poczekac. Panstwo na nich nie placi, wiec w jego interesie niekoniecznie lezy pospiech w ich zatrudnieniu, a juz tym bardziej na wydawanie pozwolen na zakladanie wlasnych firm. Do tego dochodzi legendarna juz niemiecka biurokracja i totalny brak wspolpracy miedzy urzedami, chocby ich pokoje ze soba graniczyly.
    Przy tym urzedy maja w zasadzie obowiazek nieprzekraczania terminow, w ktorych musza zalatwic dana sprawe. Chocby odmownie. Nie wszyscy jednak o tym wiedza, bo prawo pracy jest skomplikowane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie mam wrażenie, że niemieckie urzędy są przepełnione zupełnie innymi sprawami i to one są priorytetowe, a nie tak jak piszesz zatrudnianie osób z konkretnymi kwalifikacjami i znajomością języka. Urzędnicy są wprawdzie bardzo mili, ale ich uczynność i sympatyczność nie przekłada się na szybkie załatwienie spraw.
      I tego właśnie jestem ofiarą. Nie ponaglam, bo to właśnie dla tego sądu mam potem m.in. pracować. A zadzierać z przyszłym pracodawcą może być niepolitycznie. W końcu to ja tu jestem w roli petenta, a oni łaskawie przyznają (tfu, uznają!) moje uprawnienia.
      No i ten stan zawieszenia tak sobie trwa, i trwa... Nie powiem, żeby kształtowało moją cierpliwość, raczej wpływa coraz bardziej negatywnie na stan mojego wku.... zdenerwowania.

      Usuń
  3. Najwazniejsze ze kochasz swoja prace, ze jest ciekawa, trudno na razie sa utrudnienia, wiec jezdzisz do Polski bo masz stalych klientow,pozostaje byc cierpliwa, wiadomo sa momenty zloszczenia sie na sytuacje, ale wiesz ze nie przyspieszysz, pozostaje czekanie i pracowanie tak jak mozesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbuję być tak stoicka, jak tu piszesz. Często mi się udaje, ale są naprawdę momenty, że mi to czekanie już bokiem wyłazi. Z drugiej strony nadal pracuję w swoim zawodzie, który kocham i w którym się sprawdzam, a to wielkie szczęście.
      Być może niebawem wszystkie problemy rozwiążą się szybciej, niż myślę.

      Usuń
  4. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że całe moje życie upływa głównie na czekaniu- a jak się już czasem coś "samo z siebie" przyspieszy to nawet nie bardzo wiadomo, czy się z tego ma człowiek cieszyć czy może raczej smucić.
    A działalność naszych urzędów też czasem bywa zabawna. Pobieraliśmy "wielojęzyczne" druki naszych metryk urodzenia i aktu ślubu. Okazało się, że metryka mego męża jest w systemie, moja nie, bo moja nadal jest w parafii innej warszawskiej dzielnicy a tamta dzielnica jeszcze nie wciągnęła niektórych parafii do systemu. No dobrze, wydłużyło to czas. Oczywiście za usługę musieliśmy zapłacić z góry. Wyznaczono nam termin odbioru, wiec naiwnie myśleliśmy, że owe druki będą na nas czekać. Nie czekały, dopiero przy nas pani urzędniczka je wyszukała w swoim kompie i wydrukowała. I sterczeliśmy przy jej biurku dodatkowo niemal pół godziny, bo oczywiście była jedna drukarka na 3 stanowiska pracy.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest zawsze z tymi drukami, też zamawiałam, a potem już przy biurku czekałam na wydrukowanie ze stosownym numerkiem. Dobrze, że chociaż teraz w każdym USC można pobrać te swoje dokumenty również w wersji wielojęzycznej.
      Czekanie, czekanie, czekanie. Najczęściej podczas czekania robię się nerwowa, i zdarza się, że popełniam błędy. Są ludzie bardziej odporni na ten stan, ja niestety (a to jest rodzinne) do nich nie należę. Męczy mnie to i muszę wkładać dużo siły w to, żeby jakoś to czekanie przetrzymać.
      Dlatego może zajmuję się po drodze tyloma rzeczami w tak zwanym międzyczasie. No samo czekanie niestety jest dla mnie nieznośne.

      Usuń
  5. A ja myślałam że Niemcy są bardziej ułożeni w tej materii. Dobrze że w naszym kraju mamy terminy które są zazwyczaj przestrzegane

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powszechny pogląd na Niemców jest właśnie taki, jacy to są ułożeni. Niestety niemieckie urzędy i ich powolność to symbol sam w sobie, tutaj już nawet nikt się temu nie dziwi. Szkoda tylko, że spowalniają ludzi, którym naprawdę zależy na pracy, na działaniu, którzy chcą płacić podatki, a wspomagają ludzi, którzy przychodzą z pustymi rękami i proszę o socjal.

      Usuń
  6. No tak, zarabiać w Niemczech, a wydawać w Polsce, to zupełnie inna bajka niż zarabiać w Polsce, a wydawać w Niemczech. Życzę Ci jak najszybszego uzyskania uprawnień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama widzisz, że to akurat jest model zupełnie nie do przyjęcia na dłuższą metę.
      Oby, oby!

      Usuń
  7. Może następnym razem idź do urzędu w muzułmańskiej chuście na głowie? Powinno pomóc...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym jeszcze umiała ten hadżib nosić w sposób przekonujący, a z tym może być trudno...

      Usuń
  8. Jeśli teraz jest pod górę, to wkrótce będzie z górki.:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo bym sobie życzyła, żeby to było takie proste. No ale nie narzekam, na pewno są ludzie, którzy mają gorzej ode mnie.
      Trzymajcie kciuki, żeby faktycznie teraz to już poszło z górki. Może moja blogowa brać jak się skupi, da mi dużo energii, żebym wreszcie przełamała te biurokratyczne lody!

      Usuń
  9. Mit o niemieckim ordnungu rozwiał mi się dobre piętnaście lat temu, jakeśmy pewne roboty na pewnej budowie wpodle Erlangen czynili... Po prawdzie okrom nas tam niemal same Turczyny, Serby i insi, za to zwierzchność niemiecka, jeno że to ta zwierzchność czyniła coś, co u nas się zwie" pożar w burdelu w czasie powodzi":)
    Kłaniam nisko i uprawnień winszuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Imć Wachmistrzu w moich skromnych progach. Myślę, że mit niemieckiego ordnungu panuje głównie u tych, którzy na żywo i na własnej skórze się o nim nie przekonali. Dziwię się tylko, że mimo wszystko nadal do tej pory ten mit tak silny przetrwał w myśleniu. Widać u Niemca jest i tak lepiej, niż na przykład we Włoszech (o nich właśnie słyszałam, że pracują jak opisałeś).

      Usuń