sobota, 29 lipca 2017

Gościna u Eli, Rafała i kotów

Kiedy człowiek nie ma innego wyjścia, robi się bardzo kreatywny w wymyślaniu rozwiązań. Tak było i w moim przypadku, kiedy już nie mając w Warszawie swojego domu, musiałam spędzać tu długie tygodnie. Opisałam Wam już poprzednio, jak to się stało, że tak często bywam w Polsce i dlaczego nie mogę podziać się ot tak po prostu u mamy.
Opowieść przerwałam w miejscu, kiedy zapytałam Elę, czy mogę się zatrzymać u niej.
Jak wynika z tytułu, i ona wraz ze swoją rodziną przygarnęła mnie pod swój dach, czyli do pokoju gościnnego, będącego w ciągu dnia roboczym gabinetem Rafała i pokojem telewizyjnym.

ELA
Ela mieszka w pięknym, przestronnym i słonecznym mieszkaniu z Rafałem i kotami.

piątek, 28 lipca 2017

Moje miasto, moi przyjaciele

Bywając w ostatnim czasie w Polsce na własnej skórze przekonałam się, co to znaczy prawdziwa przyjaźń. Może i dobrze jest przeżyć taki etap, przynajmniej człowiek wie, na kogo może naprawdę w życiu liczyć.
Właściwie to cieszę się, że w ostatnich miesiącach tyle razy zdarzyło mi się przyjeżdżać tutaj - do miasta, w którym się urodziłam, wyrosłam, poznałam przyjaciół i które chyba na zawsze pozostanie "MOIM MIASTEM".
Park i zamek w Wilanowie
I to nie tylko dlatego, że miałam tu w tym czasie pracę, zlecenia. Ale i dlatego, że dzięki temu udało mi się poznać wielką siłę przyjaźni. Nie chcę być patetyczna, ale tak to właśnie odczułam.
Będąc wcześniej w Warszawie, zatrzymywałam się przeważnie u mamy albo u córki. Tak było do czasu, kiedy na skutek zmiany sytuacji życiowej córki ta druga zamieszkała u tej pierwszej i u mamy zrobiło się o wiele za ciasno. W dodatku córka mieszka u babci ze swoim kotem Ferencem.
Tak więc ja może jeszcze mogłam przyjeżdżać, ale już mój przyjazd w maju na leczenie z koteczką był w tych warunkach niezwykle utrudniony, aczkolwiek konieczny.
Mozart jest kocią jedynaczką, która żyła wprawdzie latami zgodnie z psem, ale nie jest póki co nastawiona na życie z innym kotem pod jednym dachem i bardzo się stresuje, kiedy do takiej sytuacji dochodzi. A ja nie chciałam jej sprawiać niepotrzebnego stresu, skoro z tym kotem nie będzie żyła dalej na co dzień.

środa, 26 lipca 2017

Moje poprzeprowadzkowe życie zawodowe

Ludzie zadają mi wiele pytań dotyczących mojego życia po przeprowadzce. A niektórzy wręcz pytają mnie za każdym moim pobytem w Warszawie: i co, wróciłaś? A już szczególnie często padają pytania, czy znalazłam tam sobie jakąś pracę. Otóż powtarzam od lat to samo: ja już mam swoją pracę. Jestem tłumaczem i prowadzę DG w tym zakresie. Póki co w Polsce.
Temat mojego życia zawodowego w Niemczech jest bardziej złożony, toteż trudno opowiedzieć o tym w trzech zdaniach. Po to napisałam tego posta. Jeśli kogoś interesuje, może poczytać.
Będzie o tym, jak uzyskuje się uprawnienia już posiadane w swoim kraju, w innym kraju UE, w tym przypadku w Niemczech*.

MOJA PRACA W NIEMCZECH 
Długa droga do uznania uprawnień TP w DE
Kiedy przeprowadzałam się do Bremerhaven, chyba zbyt naiwnie liczyłam na szybką zmianę nie tylko miejsca zamieszkania, ale i w miarę gładkie przejście na tamten rynek. W końcu znam mój fach, znam się na tym i lubię tłumaczyć, a tam jest wielu Polaków. Wydaje mi się, że to były dobre założenia. Niestety okazało się, że nie do końca tak było. Na tamtejszym rynku Polacy szukają głównie tłumacza przysięgłego, żeby przetłumaczyć swoje dokumenty, potrzebne pracodawcom na potrzeby wykonywanej pracy lub urzędom do przyznania świadczeń.
Liczyłam, że potwierdzenie mojego tytułu na terenie innego kraju UE to kwestia formalna, nie wymagająca zbyt wiele czasu i zachodu. Niestety rzeczywistość, jak to zwykle bywa, okazała się zgoła inna i nieoczekiwana.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Własna droga to jest to

Witajcie Kochani,
bardzo się za Wami stęskniłam, więc postanowiłam po przerwie napisać choć słowo. Od około dwóch tygodni jestem mocno zajęta. 
Głównie pracuję zawodowo na cztery ręce, a nawet nogi. Jak ktoś nie wierzy, to proszę, oto dowody - rozmyte, bo takie tempo, że się tabelki zacierają!


czwartek, 6 lipca 2017

Uśmiech za uśmiech

Wyskoczyłam dziś rano po pieczywo do piekarni w pawilonach naprzeciwko naszej ulicy. Włosy jeszcze przed prysznicem upięłam klamrą wysoko, na nic innego nie wystarczyło mi czasu.
Co niezwykłe w kolejce przede mną zebrało się chyba ze 4 osoby, a i za mną za chwilę ustawiły się kolejne. Zwykle rano bywa tam pustawo.
Starsza pani przede mną zamawiała pieczywo i jakieś słodkie ciastko.
I wtedy w piekarni pojawił się On.
Sportowa, szczupła sylwetka. Kurtka w panterkę. Bystre oczy i szpakowate włosy zdradzały wiek koło 50-tki, ale też zdecydowanie radosne i pełne energii podejście do życia. Sprzedał mi szelmowski lekko nieśmiały uśmiech i zatrzymał się przed starszą panią, bo trudno byłoby mu się przecisnąć za mną na koniec kolejki, która zebrała się za mną od drugiej strony.
Starsza pani postanowiła jeszcze zamówić kartę do piekarni. Teraz karty dostaje się w każdym przybytku, chyba jeszcze tylko szalety miejskie nie dają kart, ale na pewno i to nadejdzie.
Kiedy wreszcie zakupy starszej pani zostały zrobione i zapłacone, a karta wydana, przyszła moja kolej.
Pomyślałam sobie, że czemu by nie zapytać Go stojącego nadal przede mną, czy czegoś nie potrzebuje. Widziałam, że zbiera wyliczoną liczbę euro.
Na moje pytanie uśmiechnął się jeszcze szerzej i podziękował oraz skwitował: przecież jeszcze nie moja kolej. Mam czas - dodał po chwili nieco zamyślony.
- No dobrze. Ale Pan się do mnie tak ładnie uśmiechnął, że musiałam zapytać. - Odpowiedziałam jak zaczarowana, po czym zrobiłam moje szybkie zakupy. 
Po odebraniu zakupów uśmiechnęłam się do niego, a on do mnie. Czasem tak bywa, że ktoś od razu zdobywa nas spojrzeniem i nie da się tej osoby tak łatwo wymazać z głowy.
Wychodząc obejrzałam się lekko, choć bez przesady.
Elektryczny wózek, na którym wjechał cicho acz energicznie, prawie z przytupem do piekarni, nadal stał przy początku kolejki a On czekał na swoją kolej.
Założę się, że oboje się uśmiechaliśmy i będziemy się uśmiechać w ciągu dzisiejszego dnia jeszcze niejeden raz.

wtorek, 4 lipca 2017

Walka o każdą piędź

To będzie wpis antymotywacyjny, bo czasem i mnie przerasta ten codzienny trud.
Tak w ogóle to ze mnie niespotykanie spokojny człowiek ... ale raczej w znaczeniu z filmu Barei pod tym samym tytułem. :)
Po latach zmagania z wolnym rynkiem i różnych innych przygodach, które kiedyś mogłyby posłużyć za kanwę dłuższej opowieści, dochodzę do wniosku, że i tak najtrudniejszą wojnę i codzienny bój każdy z nas toczy sam ze sobą. 
Albo walka o każdą piędź w rodzinie.
Codzienna wojna zaczyna się już rano, od wstania z łóżka. Czyli od podjęcia tej najważniejszej decyzji: wstać, czy nie wstać? Szczególnie kocham wtedy swoje łóżko, pościel i to ciepło pod kołdrą!
Najczęściej wewnętrzny bój wygrywa przeklinane głośno lub po cichu poczucie obowiązku. Szczególnie, jeśli poprzedni dzień był długi i męczący i nie poszliśmy spać z kurami.
A potem kolejne progi i przeszkody.