niedziela, 31 grudnia 2017

Wszystkiego Najlepszego na 2018 rok!

Moi Drodzy,
Dziś w ostatni dzień roku 2017, życzę Wam spełnienia Waszych większych i mniejszych marzeń.

Rok 2017 był dla mnie pełen zmian lepszych i gorszych, darów losu, ale i dotkliwych ciosów.
Krótko mówiąc nie będę za nim tęsknić, chociaż będę o nim jeszcze długo myśleć.

sobota, 30 grudnia 2017

Świąteczna iluminacja na Starówce

Pozwólcie, że Was dziś oprowadzę po świątecznej części Warszawy.
Wylądowaliśmy dzisiaj na sam koniec pobytu w stolicy na Starówce. Najtrudniej było znaleźć miejsce do parkowania. Udało się dość daleko od epicentrum, przy ulicy Długiej.
A potem poszliśmy zobaczyć Starówkę w świątecznej odsłonie.
Zwiedzanie zaczęliśmy od strony Barbakanu, a tuż za nim czekały na nas takie cudeńka.
Sam Barbakan wyglądał od zewnątrz tak:
 Barbakan z bliska.
 Mua już w środku.

wtorek, 26 grudnia 2017

Święta Bożego Narodzenia 2017

Tego roku Święta Bożego Narodzenia, czyli najważniejsze dla mnie spędziliśmy w Warszawie. Nie miałam jednak pojęcia, że tak będzie, o czym pisałam Wam w poprzednim wpisie.
Dlatego też na samą Wigilię pojechaliśmy do mojej Córki, która mimo przeziębienia nie wycofała się z organizacji świąt w swoim nowym mieszkanku.
Tym razem nie będzie dużo pisania, a więcej zdjęć.
Na Wigilię przyszli prawie wszyscy zaproszeni, czyli my we dwoje, moja mama i druga babcia, dziadek niestety z uwagi na stan zdrowia nie dotarł.
Moja Córka jest świetna w prezentacji stołu. Tego roku też wyglądał świetnie.



środa, 20 grudnia 2017

Świąteczna niespodzianka

Jak pisałam ostatnio, zamierzałam wyjechać dziś, najpóźniej jutro z powrotem do Bremerhaven i tam, z rodziną Mikaela planowaliśmy spędzić tegoroczne święta Bożego narodzenia. Tymczasem nadal jestem w Warszawie, mało tego zaszedł duży, zaskakujący zwrot akcji. Nie będę Was tym razem trzymać w napięciu, pokażę, kto jest ze mną.

Sytuacja rozwinęła się błyskawicznie o 180 stopni i jak w kalejdoskopie, czyli tuż po napisaniu tego posta odbyliśmy długą rozmowę telefoniczną.

niedziela, 17 grudnia 2017

Objawy gorączki przedświątecznej - nie u mnie

Okołoświąteczna kołomyja mnie omija, bo jak to zwykle u mnie moje życie koncentruje się znów siłą rzeczy na pracy.
Chyba ja szczególnie nie pasuję do oczekiwań obecnego rządu, według których powinnam siedzieć w domu i szykować jedzenie na święta. Nie mówiąc już o kompletnie niezgodnym z literą obecnych rządzących moim życiem na obczyźnie u jednego z najzagorzalszych wrogów Ojczyzny. No ale co poradzę, tak mi wyszło. Pierogów lepić nie umiem i w święta wolę spędzić czas spokojnie u boku najbliższych, niż sterana przygotowywaniem 12 potraw.
Jeśli Was interesuje, co u mnie nowego, opisuję moje obecne zajęcia poniżej.
Dla tych, którzy nie mają tyle czasu, żeby czytać, tylko chcą coś napisać na szybko, zamieszczam streszczenie: praca, choinki, Kicia, remont, praca, brak czasu na świecidełka i świąteczne iluminacje, zdrowe jedzenie, nadal brak prezentu dla Mojego.
A teraz już jedziemy bez skrótu:
Moje życie w ostatnich tygodniach upływa na głównie na intensywnej pracy związanej znów z wyjazdami. Czyli znów z Bremerhaven przyjechałam równo tydzień temu do Warszawy. Nie narzekam, bo chyba mam to już wgrane na mojej osobistej matrycy, że usiedzieć na miejscu jest mi trudno i dlatego taka praca wyjazdowa mimo wszystkich utrudnień i zmęczenia wydaje się jak na razie najlepsza dla mnie.
Mimo intensywnej pracy zauważyłam, jak pięknie ustrojono salę konferencyjną i halę fabryki, gdzie pracowałam.
Choinki z sali, dwie z trzech:

niedziela, 3 grudnia 2017

Świąteczny nastrój wkoło

Nie wiem, jak u Was, ale u nas powoli wkoło rozgościł się świąteczny nastrój. I tym razem zupełnie nie uważam, że to za wcześnie. Wcześniej zresztą nie bywałam za bardzo w centrum miasta, a w Bremerhaven jestem dopiero od tygodnia.
Nasze światełka zawieszone w ogrodzie na choince pięknie ozdabiają nasz ogródek. Z przyjemnością wygląda się za okno.
O zmroku wygląda to tak:

A zupełnie wieczorem w ciemnościach:

czwartek, 30 listopada 2017

Jak nastawienie potrafi odmienić bieg spraw

Tak jak napisałam Wam w ostatnim wpisie, mimo wszystko i na przekór "Zamieniam negatywy na pozytywy". Robię to od ok. połowy miesiąca. Czyli skupiam się na tym, co dobre. Wyłapuję nawet drobiazgi, te dobre drobiazgi. A te złe przeganiam jak natrętne muchy, nie pozostawiając im czasu na wyprodukowanie mgły złorzeczenia w mojej głowie.
I właśnie nastał czas na żniwa!
Czas się odprężyć i podliczyć ostatnie sukcesy.

Wielce Szanowne Panie i Panowie, Szanowni Goście stali i niespodziewani: oświadczam uroczyście, że to działa!

sobota, 25 listopada 2017

Zamieniam negatywy na pozytywy

Ten wpis miał być pierwotnie dedykowany mojemu pechowi, czyli temu wszystkiemu, co nie wyszło w listopadzie. Trochę tego było, przyznaję, ale po co mi o tym pamiętać!
Napisałam dziś chyba z pięć wersji o tym wszystkim, co mi ostatnio nie wyszło. Wylałam żale .... a potem ... wszystko wykasowałam!
Bo co ja Wam będę epatować nieszczęściami. :)
Od dziś wszystko będzie lepiej!
Po pierwsze dlatego, że to już przeszłość.
Po drugie: bo tak postanowiłam!

czwartek, 23 listopada 2017

Doskonałość w każdym calu

Od dłuższego czasu w wolnych chwilach zagłębiam się w temat, który jest bardzo aktualny w naszych czasach. A może i od zawsze w dziejach ludzkości.
Czy warto, czy można i czy trzeba w życiu kierować się doskonałością w każdym calu?
Doskonały wygląd, a jak nie w całości, to chociaż doskonałe: włosy, paznokcie, bielizna, seks, związek, stroik na choinkę. Świetna, dobrze płatna, satysfakcjonująca praca.
Wakacje też muszą być doskonałe, a dziecko idealne, bez wad i tylko z osiągnięciami. A te wspólne kłótnie są jedynie pouczające lub zabawne, nigdy nie raniące.
Dla dopełnienia szczęścia nasz partner, facet to tylko na rękach nosi, kwiaty w wazonie układa na nasz powrót do domu, sprząta, zmywa, gotuje, jest doskonałym partnerem do rozmowy i na spacery, koncerty i inne imprezy kulturalne, a do tego umie samodzielnie wyremontować i wytapetować pół domu, zreperować kran i wymienić płytę indukcyjną. I do tego wygląda jak młody bóg, zdrowo się odżywia, trenuje regularnie, dba o formę i o swoją kobietę.
Nie ma wad! A jeśli są, to tylko te niezwykle interesujące. No nie wiem, jak on to robi, że jest taki perfekt.
Aha, mieszkanie czy dom też muszą być idealne. Udekorowane na co dzień w obowiązującym stylu, a na święta okolicznościowo.
Choroby należy znosić z pięknymi hasłami na ustach. Słabość jest dla tych, co nie zrozumieli, że życie należy do nas i możemy zrobić z nim, co tylko chcemy.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Podróż Warszawa - Częstochowa, uwaga kierowcy

Dziś przejechałam się trasą z Warszawy do Częstochowy.

Niby wyjechałam wprost na autostradę, ale zaraz potem moja nawigacja (na wszelki wypadek miałam włączonego jeszcze mojego garmina, bo ta samochodowa nie jest dostatecznie aktualna) poniosła mnie na trasę numer 8, z której żeby dojechać do S8, trzeba się było remontowaną jednopasmówką przesuwać w tempie 60-80 km/h.

Namęczyłam się i nadenerwowałam, zawracałam chyba dwa razy, bo nie byłam pewna, czy jadę w dobrą stronę. Kierowcom, którzy mnie otrąbili za to, że jadę wolno, bo próbowałam jednocześnie na postojach przed światłami uruchomić mapę google, żeby mieć dodatkowe wsparcie, bardzo dziękuję za uwagę. Mam Was gdzieś. Było ciemno, nieznana trasa i ja - kompletnie zagubiona gdzieś w galimatiasie zupełnie nie wyglądających na autostrady szos.
Nic nie poradzę, że ten etap był dodatkowo fatalnie oświetlony. 

niedziela, 19 listopada 2017

Podróżowanie i powolne ładowanie akumulatorów

Jutro mija tydzień od mojego przyjazdu do Polski. Ten pobyt był i jest na tyle intensywny, że czuję się już dziś mocno wyssana z sił. Praca, praca, remont, praca, zakupy firmowe, zakupy do samochodu (czeka mnie zakup opon i wymiana na zimówki), zero odpoczynku.
No może nie aż tak, ale to są chwile i godziny, a nie dni. Zanotuję więc kilka migawek z tych ostatnich dni z mojego prawdziwego, nie polukrowanego życia. Zdjęcie z modnej ostatnio serii "bez makijażu". Tyle, że moje naprawdę takie jest, w odróżnieniu od większości celebrytek, które takie zdjęcie "naturalne" najpierw bardzo starannie przygotowują i malują chociażby rzęsy. A niektóre dziewczyny ostatnio nawet wklejają sobie włosy do nosa.
Jako że nigdy nie podążałam do tego stopnia za modą, mnie z włosami w nosie raczej nie zobaczycie.

Wracając do opisu ostatnich migawek.

wtorek, 7 listopada 2017

Koncert Kingi Głyk - Oldenburg Kulturetage, 3.11.2017

W piątkowy wieczór spotkała mnie ogromna przyjemność, na którą z wielką ciekawością czekałam od miesiąca, od chwili zakupu biletów na koncert młodej polskiej basistki Kingi Głyk w Oldenburgu. Po powrocie z koncertu długo nie mogłam spać, toteż spisałam na świeżo moje wrażenia. Stąd tryb czasu teraźniejszego.
A oto one.

To, co przeżyłam dziś podczas koncertu tej niesłychanie zdolnej młodej artystki jazzowej mogę opisać to było wspaniałe, zapierające dech przeżycie i niezwykłe wydarzenie.

piątek, 3 listopada 2017

Plan przeżycia remontu

Jeżeli mamy przed sobą remont, powinniśmy wiedzieć, że czeka nas czas wojny, pożogi i kompletnego rozwalenia rutyny dnia codziennego.
Lepiej się na to z góry przygotować, niż potem co i rusz udawać, że jesteśmy "zaskoczeni" przebiegiem, kosztami i przedłużającym się terminem zakończenia remontu.
Nieprzygotowanie lub złe przygotowanie remontu czy brak przewidywanie niechybnie mogą się zakończyć i zakończą kryzysami. A dla wielu par będą też poważnym sprawdzianem tolerancji i wzajemnego szacunku lub końcem związku.
Nawet ostatnio opowiadano mi o naprawdę wspaniale przeprowadzonym remoncie, po zakończeniu którego para po 20 wspólnych latach się rozstała.
Dlatego właśnie myślę, że warto podzielić się moim planem. Wiele osób może skorzystać z tego, jak ja radziłam sobie w remoncie, żeby nie zwariować i wyjść z niego cało.

Plan przeżycia remontu
Jeśli masz już projekt remontu z kosztorysem, ludzi do pracy i środki zgromadzone na łatwym do wypłaty koncie, to masz najważniejsze, co dotyczy remontu.
Ale pamiętaj, że w tym momencie jeszcze nie zadbałaś/-eś ani trochę o siebie i swoją rodzinę.
Większy remont potrwa bowiem w najlepszym razie kilka tygodni, w najgorszym kilka miesięcy.
Co trzeba uwzględnić koniecznie, żeby przetrwać ten trudny czas?
I. Czas trwania - uwzględnij z góry, że remont potrwa na pewno dłużej niż zapowie Ci Twój majster
Jeśli pracujesz tak, jak większość Polaków, mając jednego zaufanego majstra od wszystkiego, czasem wspomaganego przez specjalistów typu hydraulik czy elektryk, lepiej liczyć się z tym, że to będzie długi i mozolny remont.


niedziela, 29 października 2017

Orkan Xaver i jego kontynuacja

Orkan Xaver (Ksawery) zaatakował Niemcy, w tym Bremerhaven na początku października.
Jego braciszek, orkan Herward rozpoczął się pod koniec tygodnia, a mocno odczułam go w naszym rejonie w piątek 27.10.2017 r. 
Jednak zbierając moje wrażenia z ostatnich dni chcę się z Wami podzielić się moim osobistym odbiorem orkanu, czyli jego najgorszym dniem, a w zasadzie najgorszą, czyli wczorajszą nocą.
Wczoraj poszłam spać w pokoju gościnnym, czyli na poddaszu. Nie ma tam rolety z zewnątrz, co wzmocniło niesamowicie nieprzyjemne wrażenia tej nocy.
To, co się działo na dworze przypominało mi najgorsze horrory z burzami i deszczami w roli głównej.
Podobno jeszcze dziś wiatr w porywach sięga do 104 km/h prędkości.
Na dworze wiatr darł mordę, jak nie przymierzając potwory z różnych wojen międzygalaktycznych czy orki z Władcy Pierścieni. I groził wyrwaniem okien. Właściwie brzmiało to tak, jakby miało być razem z dachem.
Noc zarwana, nieprzespana. O 5 wstałam z bólem głowy, łyknęłam tabletki i poszłam spać, ale już tym razem na parterze, gdzie mogłam zasunąć rolety do ziemi.
A rano naszym oczom ukazał się następujący widok: migawki z naszego ogrodu, gdzie nawiało wszelkiego badziewia i igliwia.
Tak ta kupa liści wyglądała z bliska.

poniedziałek, 23 października 2017

Vademecum remontu - wstęp

Pomyślałam sobie, że być może na pokładzie są osoby, które nie lubią remontów, albo nie wiedzą, jak się za nie zabrać, od czego zacząć i czego ile kupić. Jak nie wydać za dużo i dlaczego remont od czasu do czasu naprawdę jest konieczny. Dla mnie wiele rzeczy jest oczywistych, bo naremontowałam się już przez wiele lat. Toteż chętnie podzielę się z tymi osobami moją wiedzą. 
No to jedziemy od razu z grubej rury.

Względy ekonomiczne.
Czy remont jest potrzebny i dlaczego odpowiedź przeważnie brzmi "tak"? 

Można latami mieszkać w starym, zaniedbanym domu lub mieszkaniu, nie malować, nie wymieniać instalacji, nie odnawiać niczego. Po prostu trwać. Tyle, że świat wokół nas nie jest stabilny. Nic nie jest nam dane na zawsze. Domy, mieszkania się starzeją. Wchodzą do użycia nowsze techniki, jak chociażby mniejsze w przekroju rury do instalacji grzewczej. I już do ogrzania całego domu potrzeba znacznie mniej wody, a to oznacza znaczny zysk energii.

niedziela, 22 października 2017

Znów remont

Jak się okazało, mój majster mógł jednak podjąć się wcześniej remontu u mnie, a nie dopiero za miesiąc.
Tak więc będąc akurat w Warszawie, codziennie po całym dniu pracy w mijającym tygodniu jeździłam z nim popołudniami i wieczorami po marketach budowlanych.
Oglądałam, porównywałam, wybierałam.
Nie ułatwiało mi sprawy to, że tuż po przyjeździe w ub. piątek złapało mnie przeziębienie. A jednak musiałam funkcjonować, czyli pracować a po pracy przygotować projekt, wybrać i kupić większość materiałów budowlanych i zadbać o ich przywiezienie na miejsce.

sobota, 21 października 2017

Przeprowadzki i remonty, akcja u córki

Nie dość, że mam bardzo dużo pracy, to wcześniej niż planowałam, rozpoczynam remont, tym razem mojego lokum w Warszawie. Tak więc w tak zwanym międzyczasie, który tak naprawdę nie istnieje, próbuję trochę pomóc córci uporządkować jej świeżo wyremontowane mieszkanie, które jest dopiero co po remoncie. Rozpakowywanie rzeczy jest zatem w toku.
Żeby nie zwariować od nieładu wokół poszłyśmy też na krótki spacer po okolicy, jakże pięknej - zawsze mnie pozytywnie zaskakują takie piękne stawy pośród zabudowanych w pełni osiedli.

piątek, 20 października 2017

Podróż - moja karma

Znów jestem w Polsce. Jak zwykle głównym powodem przyjazdu jest moja praca dla klientów tutaj. Ale ciągle mam też do załatwienia inne sprawy, w tym różne urzędowe.
Widać po moim życiorysie, że podróż to moja karma i wybór. Zresztą jako młoda dziewczyna tak mniej więcej sobie wyobrażałam szczęśliwe życie: dużo podróży i zwiedzania. No może nie do końca tak to teraz wygląda, bo na urlop wyjeżdżam stacjonarnie, tyle się najeżdżę w ciągu roku. Ale ogólnie moje marzenia się spełniły. :)
Przed podróżą oczywiście musiałam pójść na krótki spacer z Mozartem. A potem w drogę.
W końcu 1000 km nie robi się ot tak.
Taka podróż samochodem to konkretna praca do wykonania, wymagająca uwagi, dobrej formy, wypoczętego mózgu i sprawnego operowania kierownicą i pedałami hamulca i gazu.
Ale jest to też świetna okazja do przemyślenia wielu tematów. Bo człowiek jedzie i musi wysiedzieć sam ze sobą ten cały czas. A w międzyczasie ma szansę pomyśleć.
Lubię ten czas, bo daje mi możliwość pobycia samej ze sobą i czasem dojścia do różnych fajnych wniosków.

wtorek, 10 października 2017

Dla odprężenia

Czasem trzeba po prostu zrobić coś bez większej refleksji. Najlepiej poza domem. Na przykład dla odprężenia iść na spacer. Szczególnie, kiedy trafi się taka niedziela, jak ta ostatnia. Jedna z ostatnich pogodnych niedziel tej jesieni. Kiedy pogoda nie dowala nam dodatkowymi litrami deszczu i nie zapędza dzikimi podmuchami wiatru do domu i do kominka.
Iść nasycić oczy i inne zmysły naturą. Popatrzeć na morze, na las, na park. Co tam kto ma. Powąchać świeże powietrze. A kiedy czasu mniej, iść popatrzeć na własne kwiatki, balkon, czy też własny ogród, albo pobliski ogródek sąsiada. My wybraliśmy się na nasz ulubiony nadmorski deptak.
Zawsze zachwycam się tą naturalnością i soczystymi barwami tego świata w zestawieniu z morzem.
W takim miejscu można faktycznie zachłysnąć się jesiennym powietrzem.
Posłuchać szumu fal, śpiewu ptaków, szelestu liści.

środa, 4 października 2017

Spacery nad morzem i w ogrodzie

Od kilku dni nasze życie ponownie wywrócone jest do góry nogami. Kolejny atak na Mozarta uświadomił nam, że dalsze jej wypuszczanie tutaj jest dla niej zbyt niebezpieczne i po prostu nie do przyjęcia.
STAN MOZARTA
Szczęście w nieszczęściu jest takie, że kot czuje się lepiej. Praktycznie od razu od przyjścia do domu miała apetyt. Zachowuje się normalnie. Czyli dokładnie tak jak zwykle. Przychodzi rano, zgłaszając radosne miau, podstawia się do drapania. Wygina, robi kocie grzbiety na wyrywki, próbuje niestety też drapać łapami miejsca po zadrapaniach. Najwyraźniej ją swędzi. Gada z nami długo i przeciągle, zachęca do zabawy, albo prosi o jedzenie czy picie.
Korzysta z kuwety, ma niestety tylko jeszcze zaparcie (nie robiła kupy od soboty), jeśli sytuacja się nie poprawi, dzwonimy do lekarza i trzeba jej będzie podać coś na przeczyszczenie, a piątek i tak mamy kontrolę. Póki co próbuję jej dawać oliwę z oliwek, zlizuje z chęcią z palca, ale widać to za mało. Pije też już sporo, więc mamy nadzieję, że sytuacja się unormuje sama.
Oczywiście niemal od pierwszych chwil, kiedy poczuła się lepiej, wystaje w oknie na ogród, tęsknie wygląda i już dość tęsknie miauczy i liczy na wyjście.
Jeszcze biedna nie wie, że tutaj już bez smyczy nie wyjdzie na dwór.
Na razie jest jeszcze dość słaba, poleguje i podsypia nadal dużo, więc póki co da się to wytrzymać.

niedziela, 1 października 2017

Odpowiedź zbiorcza dotycząca rozwiązania sytuacji Mozarta

Moi Drodzy,
to będzie komunikat dla tych, których interesuje stan Mozarta i dłuższa odpowiedź na Wasze komentarze zebrana w jednym wpisie, do którego będę następnie odsyłać osoby, którym wydaje się, że nie przemyśleliśmy jeszcze wszystkich rozwiązań i nie sprawdziliśmy wszystkich możliwości. 
Mozart przespała noc dobrze, została już przez nas wygłaskana i wydrapana, bo w kołnierzu sama za bardzo nie może. Była raz w nocy na siusiu.
Pojadła trochę chrupek wczoraj wieczorem i dziś rano. Na razie nie dałam jej środka przeciwbólowego, żeby jej nie męczyć. Dużo poleguje i odpoczywa.

sobota, 30 września 2017

Atak na Mozarta - bezsilność

Opieka nad kotem wychodzącym w okolicy, gdzie grasują brutalne agresywne koty jest niczym gra w rosyjską ruletkę. I niestety my w tę ruletkę gramy już od jesieni ub. roku. Nie udało się utrzymać tego kota w domu, zmusiła nas do wypuszczania jej na dwór. A sami wiecie, jakie mocne charaktery mają koty. I jak przeciągle umieją miauczeć. A ona dodatkowo zawsze wtedy musi skakać na swój ogon. I wreszcie nie dało się jej utrzymać w domu. Poddaliśmy się. Wyszła.
Bez wypuszczania odnawiała jej się bez końca ze stresu podłużna rana na ogonie. Żadne leki tak nie pomagały, jak zwykły spacer po dworze. Ogon od dawna jest puszysty i zagojony.
Przyznam szczerze, że myślałam, że tym razem się wreszcie uda. Że Mozart będzie wychodzić na dwór już do końca swoich dni i cieszyć się swobodą i wolnością, jak to było w ostatnich tygodniach. Zrobiła się tutaj taka pewna siebie, nie dawała sobie już w kaszę dmuchać temu czarnemu kotu z sąsiedztwa. 
Niestety wszystko co piękne, trwa krótko.
Mozart nie wracała od wczoraj przed południem do  samego wieczora. Już się martwiliśmy.

czwartek, 28 września 2017

Powrót do domu i powitania

Po powrocie do domu zastały mnie świece i taki prezent.

Świece w pomarańczowo połyskliwych świecznikach dopełniły powitalnej atmosfery.

piątek, 22 września 2017

Niemoc twórcza i nadmiar decyzji

Nadszedł ten moment, którego się nie spodziewałam.
Przestało mi się chcieć.
Remontować, odnawiać, wyszukiwać nową podłogę, kafelki, urządzenia sanitarne i sprzęt AGD.
To co kiedyś stanowiło w dużej mierze o moich radościach i sprawiało, że chętnie wymyślałam co i rusz to inne fajne rzeczy do domu, przestało mnie cieszyć.
Po marketach snuję się wolnym krokiem, niewiele mi się podoba, albo w ogóle nie mam wizji, co, gdzie, z czym i dlaczego.
Jedna z łazienek w Leroy Merlin
Naprawdę chciałam znaleźć się w urządzonym już mieszkaniu, które mi się spodoba i nie musieć już niczego szukać i wybierać. Ale życie ponownie pokazało mi, że nie mam wyjścia, że muszę. Bo w tych mieszkaniach, które oglądałam i tak stan zastany mnie nie interesował. Odnawianie też oznaczałoby koszty. Z kolei tam, gdzie było zaledwie ładnie, ludzie liczyli sobie za to bardzo dużo. A ceny mieszkań urządzonych z widocznym talentem odbierały mi dech!

niedziela, 17 września 2017

Kupiłam mieszkanie, a w nim był On ...

Śnił mi się mój Piesio. 
Po raz kolejny, jak to bywa w moich snach, kupiłam mieszkanie, tym razem jakieś postindustrialne. Poprzednio często kupowałam olbrzymie domy i do końca snu często nie udawało mi się ich do końca zwiedzić czy zagospodarować. Pamiętam te wszystkie domu :). Może w innym życiu jeszcze kiedyś zostanę architektem.
I w tym postindustrialnym mieszkaniu było takie przejście z zewnątrz do środka, pomieszczenie wyłożone kafelkami, ale takie wygodne, jakby coś w rodzaju wielkiej kanapy. I tam wszedł jakiś wielki kot.
A zaraz za nim przyszedł mój piesio. Położył się. I wtulił. I do dziwnego, za chwilę dołączyły do niego inne koty. Otuliły go swoim ciepłem. Wszystkie takie wielkie dzikie żbiki lub podobne.
Widziałam, że jest mu dobrze w towarzystwie tych wielkich ciepłych futer.
Widziałam jego szczęśliwe oczy.
W tym śnie nie wiedziałam, że go już tu ze mną nie ma. Byłam szczęśliwa, że mu dobrze, mogłam spokojnie wyjść, a on leżał tam szczęśliwy z tymi wielkimi kotami.
Schwarz
To było jedno z jego ostatnich zdjęć z lutego 2017.
Już nie bardzo mógł się wtedy swobodnie poruszać, na podusię trafić jak widać też było ciężko.
Ale chciał koniecznie towarzyszyć Mikaelowi w sprzątaniu ogrodu.

piątek, 15 września 2017

Kruszyniany - kolebka wielu kultur

Od Białowieży dzieli tę wioskę prawie 100 km. Pewnie nie zgadniecie, gdzie tego dnia zawiodły nas nasze koła, więc napiszę od razu. Naszym kolejnym celem wyprawy na wschodnich rubieżach są Kruszyniany, a szczególnie zapamiętana przeze mnie sprzed ok. 15 lat wioska tatarska i tutejszy meczet.
Na początek pokażę Wam najbardziej znany zabytek z Kruszynian, czyli tutejszy drewniany meczet. Budowla pochodzi z osiemnastego wieku. Malutki w środku, przedstawia jednak wielką wartość kulturalną i zabytkową.
W Kruszynianach żyją obok siebie muzułmanie, katolicy i prawosławni. Tatarzy już od 300 lat zamieszkują Podlasie.
Po tutejszym meczecie oprowadza tak jak wcześniej, tak i teraz przewodnik Dżemil Gembicki.

Najstarszy w Polsce muzułmański meczet drewniany z XVIII w.
Po kliknięciu w obrazek - powiększy się.
Pamiętam trochę z ówczesnych opowiadań, że obecnie w Kruszynianach żyją jeszcze 4 rodziny Tatarów. Wcześniej społeczność liczyła 300 osób, ale wiele opuściło wioskę za pracą. Ale nawet ci Tatarzy, którzy mieszkają w mieście, są nadal członkami gminy i uczestniczą w modlitwach w meczecie.

czwartek, 14 września 2017

O tym jak królowa wszystkich ciastek spadła z piedestału

Czasem przeciwnik jest wytrwały i podstępny. Wchodzi nam do głowy trzecim okiem i innymi zmysłami, których na co dzień nie doceniamy. Paruje do umysłu, sprawiając, że zasypiamy z wizją naszych pragnień i pokus. Nie możemy ich od siebie odgonić, chociaż wiemy, że nas gubią i są dla nas niczym innym jak tylko niezdrowym niszczącym nałogiem. 
Czasem przezwyciężam takie długotrwałe męki metodą: KLIN KLINEM.
​Za każdym razem, kiedy bywałam w mojej pięknej piekarni, patrzyłam na nią tęsknie i z rosnącym pożądaniem. Od miesięcy, jak tylko byłam w Polsce, marzyło mi się, że kiedyś wreszcie ją dopadnę i pochłonę bez poczucia grzechu. :) 

poniedziałek, 11 września 2017

Nocny marek a raczej nocna iw w akcji

Siedzę w domu. Za oknem słyszę padający intensywnie deszcz. Dudni po dachu, aż miło.
Aż człowiek jeszcze intensywniej odczuwa swoje istnienie i swój dach nad głową, za który jestem tak wdzięczna, że aż chwilami boli.
Zrobię sobie jeszcze jedną herbatę i pójdę do łóżka, przeczytać jeszcze kilka stron.
Niedawno przyjechałam dość późno od mamy, gdzie zrobiłam dwa prania. Dojechałam tuż przed północą i wywiesiłam szmaty na suszarce. 
Zebrałam wysuszone. 

niedziela, 10 września 2017

Żarty się skończyły, przede mną znów urządzanie

Jeszcze pół roku temu wizja kolejnej dużej zmiany w moim życiu powodowała, że chciało mi się uciekać jak najdalej i to z krzykiem. Ale kiedy przyszedł czas wielotygodniowego waletowania u przyjaciół, po jakimś czasie dotarło do mnie, że to dla mnie najlepsze rozwiązanie.

Rozważania przed zakupem
Czyli że będę w moim rodzinnym mieście pomieszkiwać częściej, niż mi się wydaje. Bo a to praca (na razie tu mimo wszystko ciągle jeszcze mam więcej lepszych zleceń), a to jakieś sprawy urzędowe do załatwienia (też na razie w Polsce prowadzę działalność, czyli firmę).
Albo zwykła przecież chęć spotkania się z mamą czy z córką. 

sobota, 9 września 2017

Święta Góra Grabarka - najważniejsze miejsce polskiego Prawosławia

Święta Góra Grabarka jest dla wiernych prawosławnych tym samym, czym Częstochowa dla katolików. Miejscem kultu i pielgrzymek osób wyznania prawosławnego z całej Polski i okolic. Bo tuż za granicami znajduje się Białoruś, również z przewagą ludności wyznania prawosławnego.
Na świętej Górze Grabarce znajduje się Monaster Świętych Marty i Marii. Poniżej główna i najbardziej znana Cerkiew monasterska.
Ale na ten widok najpierw trzeba sobie zapracować, czyli najpierw wspiąć się po tych wysokich schodach.
Na szczycie główna cerkiew, czyli Cerkiew Przemienienia Pańskiego.

piątek, 8 września 2017

Podlasie, czyli w krainie cerkwi

Mimo wyjazdowych i zdrowotnych perturbacji od drugiego dnia starałyśmy się z mamą spędzić mimo wszystko w miarę udany urlop. W końcu nikomu nic nie zrobiłyśmy, żeby się umartwiać.
Mama od lat, a co najmniej od śmierci taty nie była nigdzie na urlopie. Samej jakoś jej się nie chciało, a i we dwie miałyśmy zbyt różne charaktery i potrzeby, żeby udało nam się to połączyć. Ale im jesteśmy starsze, tym większą dostrzegam potrzebę wyrwania jej raz na jakiś czas z codzienności i zabrania w miejsce, które wiem dobrze, będzie jej się podobało i gdzie będzie się dobrze czuła. Myślę, że od teraz będziemy to robić regularnie. Mama jest człowiekiem lasu, uwielbia zbierać grzyby. Poza tym bardzo ceni i lubi zwiedzać i oglądać pomniki sakralne. 
Wiedziałam więc, że przygotowany przeze mnie plan zwiedzania okolicy będzie dla niej ciekawy.
Już jadąc w kierunku Białowieży od ok. 150 km od miejsca przeznaczenia zauważyłam królujące niemal w każdej nawet mniejszej miejscowości cerkwie.
Ze złotymi, niebieskimi, zielonymi kopułami stanowią pewny znak, że znajdujesz się na Podlasiu, gdzie większość wierzących to prawosławni. Nie sposób ich nie zauważyć, a dla mnie stanowią niby bramy innego świata, który pragnęłam dotknąć, obejrzeć, poczuć.
Drugiego dnia deszcz trochę zelżał. Pierwszym celem na naszej tracie została więc Hajnówka. Postanowiłam obejrzeć własnym okiem i zatrzymać w migawce aparatu miejscową piękną, prawie nową tutejszą cerkiew. Do roku 1995 r. w Hajnówce była tylko jedna cerkiew, której zresztą nie odwiedzałyśmy, Sobór Św. Trójcy.
Cerkiew pod wezwaniem [p.w.] Św. Jana Chrzciciela uwieczniona przeze mnie na zdjęciach poniżej została wzniesiona w latach 1995 - 2007. 

wtorek, 5 września 2017

Przerwane łatane wakacje

Nie będę zwalać na pecha. Nie podejmę żadnej próby wytłumaczenia czy zrozumienia tego. Po prostu opowiem.
Kilka dni w Warszawie, które spędziliśmy oddzielnie: ja na zleceniu, mój sam z kotkiem.
A potem miały nastać upragnione przez cały rok wakacje.
Te wymarzone. W pięknym hotelu, tuż obok Puszczy Białowieskiej. Tak tej Puszczy. Chciałam mu pokazać to miejsce, zanim zniknie z powierzchni. Bo kto wie.
No mija kilka dni a Mój M. z każdym dniem czuje się coraz gorzej. Dzień przed wyjazdem miał wizytę u dentysty, który rozpoczął mi leczenie zębów.
Kiedy po tygodniu ból rośnie, zamiast łagodnieć, Mikael już obawia się jechać ze mną na te wakacje.
Ale idziemy w przeddzień do mojego dentysty, który oczyszcza mu ząb z płonącego bólu i daje tabletki szczęścia, a raczej szczęścia w nieszczęściu.
Na kilka godzin ingerencja pomaga.
Wyjeżdżamy na wakacje w sobotę.
Mimo złowrogiej pogody docieramy dość późno na miejsce, czyli do Białowieży szczęśliwi, że wreszcie mamy czas tylko dla siebie. 
Przesypiamy noc, wreszcie całą, bo kicia obok nas tej nocy śpi z moją mamą, i nie zaczyna aktywności życiowej tuż obok nas o 3:30, 4:30 czy o 5:00 rano.
Kiedy jednak M. otwiera rano oczy, mówi, że ból mimo brania silnych tabletek nie ustępuje, tylko się nasila. I że musi wracać. Do Niemiec. 
Mówię: rozumiem. Ale ja padam. Potrzebuję tych kilku dni na resecie jak powietrza, bo po tylu kolejnych miesiącach w młynie już nie umiem spokojnie żyć i cieszyć się życiem. Po prostu dotarłam do krańca swoich możliwości. Ustalamy, że wrócę tutaj sama, a on wróci do Niemiec, biorąc Kicię, bo ona też już wariuje w mieszkaniu. Wsiadamy i jedziemy ...

sobota, 2 września 2017

Z kotem w długą podróż

Przejazd dłuższej trasy ze zwierzakiem musi być zawsze dobrze przygotowany. Tym razem było to znów 1000 km na trasie Bremerhaven - Warszawa. Mimo to zawsze zdarzają się rzeczy, na które zupełnie nie jesteśmy przygotowani. Jak choćby to, że kot woli w trakcie postoju usiąść bezpiecznie człowiekowi na plecach, niż pochodzić sobie przywiązany na bardzo długiej smyczy wokół drzewa. Wobec tego nasz postój wyglądał tak, że ja próbuję jeść, a kicia siedzi sobie wygodnie.


piątek, 25 sierpnia 2017

Niedochodowy projekt, czyli mail od Kathy

Lubię takie dni jak dzisiaj. Które płyną trochę bardziej leniwie, niż zwykle.
Kiedy mam poczucie głębokiej więzi z jakąś wyższą siłą. Wpływa na to z całą pewnością piękna, słoneczna pogoda końca lata i zadowolenie z dobrze wykonanych ostatnio obowiązków.
Oraz to, że już za chwileczkę wybieramy się na urlop.
Wszechświat zdaje się wsłuchał się w moje wnętrze, bo oto dziś w mojej skrzynce pojawił się mail o takiej treści:

Od: kathy19091[at]gmail.com
Temat: Szukam twojej zgody
Witam, 
jestem Kathrine Beyer, natknęłam się na Twój e-mail i zostałem poruszony przez ducha, aby się z Tobą skontaktować. Zostałeś powołany i wybrany, aby służyć ludzkości i przez wszystkie moje lata na tej ziemi, nie mam wątpliwości, że nawet jeśli sprawy duchowe są poza ludzkim zrozumieniem, to nie powinno się żartować. Ujawniono mi, że masz cechy konieczne do uruchomienia tego proponowanego niedochodowego projektu, który będzie koncentrował się przede wszystkim na opiece nad matką i dzieckiem. Ten projekt będzie w pełni finansowany przez moje oszczędności życia i mojego zmarłego męża Davida Beyer. Proszę się upewnić, że się ze mną skontaktujesz, jeśli jesteś zainteresowany oddaniem temu pokoleniu poprzez swoją bezinteresowną służbę. Pamiętaj, że praca miłosna nie będzie żyła, gdy kierowałem moim bankiem, które powinno się zaakceptować, aby zarządzać tą organizacją, 10% wszystkich aktywów (stałych i bieżących) zostanie Ci przydzielonych, chociaż warunki są stosowane. Jeśli jesteś zainteresowany, skontaktuj się ze mną, aby móc powiedzieć więcej o sobie i o tym wszystkim, co musisz wiedzieć o tym projekcie. Pozostaj

pobłogosławieni miłością.

Z poważaniem,
Pani Kathrine Beyer

Jego Autorka to z pewnością osoba niezwykle uduchowiona, co da się poznać już od pierwszych zdań.
Myślę, że powinnam Jej odpisać jak najszybciej, bo przecież nie można pozostawić tak niezwykłej i szczodrej osoby samotnie z takim problemem, jak rządzenie organizacją i samotnym wykonywaniem bezinteresownej służby.
Ale nie mam za bardzo pomysłu, co byście odpisali tej wspaniałej Pani?

I nie zapomnijcie, pozostańcie
pobłogosławieni miłością.
Wasza iw

wtorek, 22 sierpnia 2017

Epilog Cat-Action-Thriller-Story, czyli co dalej z Rysiem?

EPILOG
Zanim przeczytacie list, który przysłałam mi Pani Agnieszka i który jest EPILOGIEM tej historii, przypomnę Wam jeszcze raz Ryśka:





I moje ulubione zdjęcie:

To właśnie jest powód, dla którego nadal piszę tę historię.
Najlepiej będzie, jeśli oddam głos Pani Agnieszce:
"Dzień dobry wszystkim Czytelnikom bloga Pani Iwony!
Co za wspaniała historia- tak ładnie ujęta lekkim piórem Autorki! Sama czytałam ją z zapartym tchem :)
Przygotowałam kilka słów też od siebie w sprawie Ryśka, tym razem moimi oczami, mam nadzieję, rozwiewające różne wątpliwości:) 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 3

zawieszeniu decyzyjnym co do zamiany kotów spędziliśmy około tygodnia, a może dłużej. To były dni, kiedy na pytanie o to, jak sobie to wszystko dalej wyobrażam umiałam odpowiedzieć tylko jednym: nie jestem teraz gotowa na rozmowę na ten temat. Nie dziś. Porozmawiajmy o tym później: jutro, pojutrze albo jeszcze później.
A na pytania: a co będzie, jeśli ... - też miałam tylko jedną odpowiedź: dziś nie rozwiążemy wszystkich problemów. Czasem trzeba od nich na chwilę odpocząć.
Nic dziwnego, że nie miałam siły na takie pytania, za dużo działo się w innych poważnych dziedzinach i mój mózg nie wyrabiał i bronił się przed podejmowaniem kolejnych ważnych decyzji. Musiałam to przeczekać.

sobota, 19 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 2, Bandito

Pani Agnieszka ma u siebie trzy koty, w tym dwie bardzo spokojne i grzeczne koteczki. Koteczki są łagodne, żyją w symbiozie ze sobą i z resztą świata, okoliczne koty zapraszają na na swoją werandkę na zwyczajowy five o clock, podczas którego dzielą się nawet własnymi chrupkami. Ale jest i On. Rysiek, który po akcji kastracja, w której Pani Agnieszka pomogła dwóm takim ulicznikom, w tym jemu, zrezygnował z bezdomności i wybrał życie w Jej domu. 
I tu się zaczęły problemy.
Rysiek bowiem do spokojnego domu Pani Agnieszki wprowadza swoje dobrze znane zwyczaje z ulicy, broni dalej swojego rewiru, terroryzując przy tym jej obie grzeczne koteczki.
W Jej domu skończył się spokój, a zapanowały zasady niczym z Ojca Chrzestnego, przy czym rolę Dona Corleone odtwarza Rysiek. Skończyły się herbatki five o clock z okolicznymi kotkami, zaczęły się rządy twardej ręki, a raczej ostrych pazurów i bandyckich szczęk.
Rysiek vel Bandito, bo takie imię zyskał ode mnie czuje się strasznie mocny u siebie na dzielni, a pani Agnieszka powoli zaczyna mieć dość. Niestety żadne metody oprócz fizycznego rozdzielania kotów nie zdają egzaminu. Grzeczne Kotki Pani Agnieszki mają tylko jeden wybór: schodzić Ryśkowi z drogi, inaczej za każde "przewinienie" spotyka je vendetta.
Pani Agnieszka jest osobą o dobrym i mądrym sercu. Pomogła Ryśkowi i przyjęła go pod swój dach, nie wyobraża więc sobie - mimo jego bandyckich zachowań i wojowniczego charakteru - wystawić go z powrotem za drzwi, czy co gorsza oddać do schroniska.
Widząc, co się dzieje, próbowała oczywiście znaleźć inny dom dla Rysia, uderzała do fundacji i różnych domów tymczasowych, poszukując dla niego jakiejś alternatywy życia u niej, niestety wszystko jak do tej pory bezskutecznie. 
Mimo awanturniczej natury kota Ryśka pokochała całym sercem i ona, i jej poprzednio zupełnie niekociaty mąż, który razem z nią pilnuje, jak pisze Pani Agnieszka "prowadzi książkę wejść i wyjść", żeby koty jakoś się mijały, a jeśli któryś dłużej nie wraca chodzi po dworze z latarką i nawołuje.
Rozumiecie zatem, że podobnie jak my, tak i Ona doszła do ściany. 
To był moment, kiedy Pani Agnieszka przeczytała u Gosianki Wrocławianki nasze ogłoszenie o poszukiwaniu domu dla Mozarta. Pani Agnieszka pomyślała, że być może Rysiek mógłby odnaleźć azyl jako kot jedynak u nas. Tutaj mógłby sobie żyć samodzielnie, nie bojąc się kotów z sąsiedztwa, gdyż sam jest niczym pojazd bojowy i żadnych kotów się nie boi.
A z kolei Mozart mogłaby w takim wypadku pojechać do Pani Agnieszki, gdzie (poza Ryśkiem) nie grasują inne kocie zawadiaki i mogłaby znów bezpiecznie zostać kotem wychodzącym.
Pomysł Pani Agnieszki polegał więc na zamianie kotów.
Kiedy doczytałam do tego miejsca maila Pani Agnieszki to przyznaję, że moja pierwsza reakcja to był lekki szok i zrobiło mi się na przemian gorąco i zimno.
O ile po nadaniu ogłoszenia z brakiem Mozarta zaczynałam się już jakoś w duchu oswajać, to zupełnie nie wyobrażałam sobie przyjęcia i pokochania na jej miejsce innego kota.
Jednak po wyjściu z pierwszego szoku uznałam pomysł Pani Agnieszki za wart przemyślenia.
Ważne było, że już po pierwszych słowach maila Pani Agnieszka ujęła mnie ciepłą relacja o swoich wszystkich kotach. Zaimponowała mi również swoim zdecydowaniem i bezkompromisową i odpowiedzialną walką o dobro zwierzaków. Spodobało mi się również Jej mądre i wyważone podejście. Oraz last but not least pomyślałam, że u kogoś takiego nie obawiałabym się o dalszy los Mozarta. 
Odpisałam więc, że z całą pewnością uważam Panią Agnieszkę za osobę jak najbardziej normalną, a do tego jeszcze bardzo mi sympatyczną i że rozważymy jej propozycję.
Z wielkimi różnorodnymi emocjami zaczęliśmy od tego momentu zastanawiać się ostrożnie nad tym pomysłem.
Chociaż łza się nam wszystkim w oku kręciła, po ok. dwóch tygodniach codziennych dyskusji z Mikaelem stwierdziliśmy, że to chyba jedyny sposób na dalsze szczęśliwe życie Mozarta i zaczęliśmy wynajdywać coraz to nowe argumenty za. Aż wreszcie przymierzać się do operacji wymiany naszych kocich pociech.
Starając się przewidzieć wszelkie możliwe konsekwencje wymieniałyśmy się niemal codziennie z Panią Agnieszką informacjami na temat naszych kocich pechowców.
Zobaczcie jak wygląda Rysiek vel Bandito. Sądząc po łobuzerskim spojrzeniu i zawadiackiej pozie niczego się w życiu nie obawia i z niejednego pieca chleb jadł.
Rysiek

czwartek, 17 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 1

Był sobie raz kot. Niestandardowe imię Mozart nadała mu moja córka zaraz po tym, jak przyniosła go z pola chrzanu do domu rodziców swojego ówczesnego chłopaka gdzieś w Polsce.
Po jakimś czasie młodzi się rozstali, a przez rodziców młodego kot został zdefiniowany jako kot Gosi i w związku z tym do nas do domu odwieziony i w moim domu wypuszczony na pokoje.
Wracałam wtedy po dłuższym wyjeździe do domu jesienią. Cała sytuacja mnie zaskoczyła, bo nie planowałam kota. Obawiałam się, jak podołam opiece nad jeszcze jednym zwierzakiem. Córka oczywiście zapewniła, że to ona będzie zajmować się kotkiem. Mnie interesowało głównie, co na kota powie mój Piesio, bo dotąd wszystkie koty głównie gonił z z zamiarem zagryzienia, a jakże! I to z pianą na ustach i w towarzyszeniu gromkiego jazgotu i szczekania oraz galopu godnego Wielkiej Pardubickiej.
Mozart jako ozdobna figurka na regale
Długa historia ich wzajemnej relacji i wgryzania się kociej towarzyszki w nasze wspólne życie, była przeze mnie dość szczegółowo relacjonowana i obficie opatrzona materiałem zdjęciowym przez ostatnie lata. Wszystkie poprzednie lata z wyjątkiem niewielkich potyczek i podrapanego noska czy uszu, oraz jednej operacji zerwanego ścięgna krzyżowego, kończyły się dla kota raczej pozytywnie. Choroba ogonka wprawdzie przeszkadzała, ale też nadała jej kotu pewne charakterystyczne cechy. Mozart zyskała przez nią dodatkowo nerwowy tik skakania sobie na ogon nie tylko w sytuacji, kiedy go bolał, ale też we wszystkich innych sytuacjach, kiedy coś się jej nie podoba lub ją mocno wnerwia.
Etap warszawski zakończył się jesienią ubiegłego roku. Po długiej podróży wysiedliśmy wszyscy z samochodu w Bremerhaven i pojawiliśmy się, żeby prowadzić tutaj nasze dalsze życie.
Piesio z racji wieku nie przeżył już zbyt długo.
Rozpoczęła się kolejna era w życiu naszym a więc i kocim, czyli Etap Bremerhaven.