wtorek, 10 października 2017

Dla odprężenia

Czasem trzeba po prostu zrobić coś bez większej refleksji. Najlepiej poza domem. Na przykład dla odprężenia iść na spacer. Szczególnie, kiedy trafi się taka niedziela, jak ta ostatnia. Jedna z ostatnich pogodnych niedziel tej jesieni. Kiedy pogoda nie dowala nam dodatkowymi litrami deszczu i nie zapędza dzikimi podmuchami wiatru do domu i do kominka.
Iść nasycić oczy i inne zmysły naturą. Popatrzeć na morze, na las, na park. Co tam kto ma. Powąchać świeże powietrze. A kiedy czasu mniej, iść popatrzeć na własne kwiatki, balkon, czy też własny ogród, albo pobliski ogródek sąsiada. My wybraliśmy się na nasz ulubiony nadmorski deptak.
Zawsze zachwycam się tą naturalnością i soczystymi barwami tego świata w zestawieniu z morzem.
W takim miejscu można faktycznie zachłysnąć się jesiennym powietrzem.
Posłuchać szumu fal, śpiewu ptaków, szelestu liści.

środa, 4 października 2017

Spacery nad morzem i w ogrodzie

Od kilku dni nasze życie ponownie wywrócone jest do góry nogami. Kolejny atak na Mozarta uświadomił nam, że dalsze jej wypuszczanie tutaj jest dla niej zbyt niebezpieczne i po prostu nie do przyjęcia.
STAN MOZARTA
Szczęście w nieszczęściu jest takie, że kot czuje się lepiej. Praktycznie od razu od przyjścia do domu miała apetyt. Zachowuje się normalnie. Czyli dokładnie tak jak zwykle. Przychodzi rano, zgłaszając radosne miau, podstawia się do drapania. Wygina, robi kocie grzbiety na wyrywki, próbuje niestety też drapać łapami miejsca po zadrapaniach. Najwyraźniej ją swędzi. Gada z nami długo i przeciągle, zachęca do zabawy, albo prosi o jedzenie czy picie.
Korzysta z kuwety, ma niestety tylko jeszcze zaparcie (nie robiła kupy od soboty), jeśli sytuacja się nie poprawi, dzwonimy do lekarza i trzeba jej będzie podać coś na przeczyszczenie, a piątek i tak mamy kontrolę. Póki co próbuję jej dawać oliwę z oliwek, zlizuje z chęcią z palca, ale widać to za mało. Pije też już sporo, więc mamy nadzieję, że sytuacja się unormuje sama.
Oczywiście niemal od pierwszych chwil, kiedy poczuła się lepiej, wystaje w oknie na ogród, tęsknie wygląda i już dość tęsknie miauczy i liczy na wyjście.
Jeszcze biedna nie wie, że tutaj już bez smyczy nie wyjdzie na dwór.
Na razie jest jeszcze dość słaba, poleguje i podsypia nadal dużo, więc póki co da się to wytrzymać.

niedziela, 1 października 2017

Odpowiedź zbiorcza dotycząca rozwiązania sytuacji Mozarta

Moi Drodzy,
to będzie komunikat dla tych, których interesuje stan Mozarta i dłuższa odpowiedź na Wasze komentarze zebrana w jednym wpisie, do którego będę następnie odsyłać osoby, którym wydaje się, że nie przemyśleliśmy jeszcze wszystkich rozwiązań i nie sprawdziliśmy wszystkich możliwości. 
Mozart przespała noc dobrze, została już przez nas wygłaskana i wydrapana, bo w kołnierzu sama za bardzo nie może. Była raz w nocy na siusiu.
Pojadła trochę chrupek wczoraj wieczorem i dziś rano. Na razie nie dałam jej środka przeciwbólowego, żeby jej nie męczyć. Dużo poleguje i odpoczywa.

sobota, 30 września 2017

Atak na Mozarta - bezsilność

Opieka nad kotem wychodzącym w okolicy, gdzie grasują brutalne agresywne koty jest niczym gra w rosyjską ruletkę. I niestety my w tę ruletkę gramy już od jesieni ub. roku. Nie udało się utrzymać tego kota w domu, zmusiła nas do wypuszczania jej na dwór. A sami wiecie, jakie mocne charaktery mają koty. I jak przeciągle umieją miauczeć. A ona dodatkowo zawsze wtedy musi skakać na swój ogon. I wreszcie nie dało się jej utrzymać w domu. Poddaliśmy się. Wyszła.
Bez wypuszczania odnawiała jej się bez końca ze stresu podłużna rana na ogonie. Żadne leki tak nie pomagały, jak zwykły spacer po dworze. Ogon od dawna jest puszysty i zagojony.
Przyznam szczerze, że myślałam, że tym razem się wreszcie uda. Że Mozart będzie wychodzić na dwór już do końca swoich dni i cieszyć się swobodą i wolnością, jak to było w ostatnich tygodniach. Zrobiła się tutaj taka pewna siebie, nie dawała sobie już w kaszę dmuchać temu czarnemu kotu z sąsiedztwa. 
Niestety wszystko co piękne, trwa krótko.
Mozart nie wracała od wczoraj przed południem do  samego wieczora. Już się martwiliśmy.

czwartek, 28 września 2017

Powrót do domu i powitania

Po powrocie do domu zastały mnie świece i taki prezent.

Świece w pomarańczowo połyskliwych świecznikach dopełniły powitalnej atmosfery.

piątek, 22 września 2017

Niemoc twórcza i nadmiar decyzji

Nadszedł ten moment, którego się nie spodziewałam.
Przestało mi się chcieć.
Remontować, odnawiać, wyszukiwać nową podłogę, kafelki, urządzenia sanitarne i sprzęt AGD.
To co kiedyś stanowiło w dużej mierze o moich radościach i sprawiało, że chętnie wymyślałam co i rusz to inne fajne rzeczy do domu, przestało mnie cieszyć.
Po marketach snuję się wolnym krokiem, niewiele mi się podoba, albo w ogóle nie mam wizji, co, gdzie, z czym i dlaczego.
Jedna z łazienek w Leroy Merlin
Naprawdę chciałam znaleźć się w urządzonym już mieszkaniu, które mi się spodoba i nie musieć już niczego szukać i wybierać. Ale życie ponownie pokazało mi, że nie mam wyjścia, że muszę. Bo w tych mieszkaniach, które oglądałam i tak stan zastany mnie nie interesował. Odnawianie też oznaczałoby koszty. Z kolei tam, gdzie było zaledwie ładnie, ludzie liczyli sobie za to bardzo dużo. A ceny mieszkań urządzonych z widocznym talentem odbierały mi dech!

niedziela, 17 września 2017

Kupiłam mieszkanie, a w nim był On ...

Śnił mi się mój Piesio. 
Po raz kolejny, jak to bywa w moich snach, kupiłam mieszkanie, tym razem jakieś postindustrialne. Poprzednio często kupowałam olbrzymie domy i do końca snu często nie udawało mi się ich do końca zwiedzić czy zagospodarować. Pamiętam te wszystkie domu :). Może w innym życiu jeszcze kiedyś zostanę architektem.
I w tym postindustrialnym mieszkaniu było takie przejście z zewnątrz do środka, pomieszczenie wyłożone kafelkami, ale takie wygodne, jakby coś w rodzaju wielkiej kanapy. I tam wszedł jakiś wielki kot.
A zaraz za nim przyszedł mój piesio. Położył się. I wtulił. I do dziwnego, za chwilę dołączyły do niego inne koty. Otuliły go swoim ciepłem. Wszystkie takie wielkie dzikie żbiki lub podobne.
Widziałam, że jest mu dobrze w towarzystwie tych wielkich ciepłych futer.
Widziałam jego szczęśliwe oczy.
W tym śnie nie wiedziałam, że go już tu ze mną nie ma. Byłam szczęśliwa, że mu dobrze, mogłam spokojnie wyjść, a on leżał tam szczęśliwy z tymi wielkimi kotami.
Schwarz
To było jedno z jego ostatnich zdjęć z lutego 2017.
Już nie bardzo mógł się wtedy swobodnie poruszać, na podusię trafić jak widać też było ciężko.
Ale chciał koniecznie towarzyszyć Mikaelowi w sprzątaniu ogrodu.

piątek, 15 września 2017

Kruszyniany - kolebka wielu kultur

Od Białowieży dzieli tę wioskę prawie 100 km. Pewnie nie zgadniecie, gdzie tego dnia zawiodły nas nasze koła, więc napiszę od razu. Naszym kolejnym celem wyprawy na wschodnich rubieżach są Kruszyniany, a szczególnie zapamiętana przeze mnie sprzed ok. 15 lat wioska tatarska i tutejszy meczet.
Na początek pokażę Wam najbardziej znany zabytek z Kruszynian, czyli tutejszy drewniany meczet. Budowla pochodzi z osiemnastego wieku. Malutki w środku, przedstawia jednak wielką wartość kulturalną i zabytkową.
W Kruszynianach żyją obok siebie muzułmanie, katolicy i prawosławni. Tatarzy już od 300 lat zamieszkują Podlasie.
Po tutejszym meczecie oprowadza tak jak wcześniej, tak i teraz przewodnik Dżemil Gembicki.

Najstarszy w Polsce muzułmański meczet drewniany z XVIII w.
Po kliknięciu w obrazek - powiększy się.
Pamiętam trochę z ówczesnych opowiadań, że obecnie w Kruszynianach żyją jeszcze 4 rodziny Tatarów. Wcześniej społeczność liczyła 300 osób, ale wiele opuściło wioskę za pracą. Ale nawet ci Tatarzy, którzy mieszkają w mieście, są nadal członkami gminy i uczestniczą w modlitwach w meczecie.

czwartek, 14 września 2017

O tym jak królowa wszystkich ciastek spadła z piedestału

Czasem przeciwnik jest wytrwały i podstępny. Wchodzi nam do głowy trzecim okiem i innymi zmysłami, których na co dzień nie doceniamy. Paruje do umysłu, sprawiając, że zasypiamy z wizją naszych pragnień i pokus. Nie możemy ich od siebie odgonić, chociaż wiemy, że nas gubią i są dla nas niczym innym jak tylko niezdrowym niszczącym nałogiem. 
Czasem przezwyciężam takie długotrwałe męki metodą: KLIN KLINEM.
​Za każdym razem, kiedy bywałam w mojej pięknej piekarni, patrzyłam na nią tęsknie i z rosnącym pożądaniem. Od miesięcy, jak tylko byłam w Polsce, marzyło mi się, że kiedyś wreszcie ją dopadnę i pochłonę bez poczucia grzechu. :) 

poniedziałek, 11 września 2017

Nocny marek a raczej nocna iw w akcji

Siedzę w domu. Za oknem słyszę padający intensywnie deszcz. Dudni po dachu, aż miło.
Aż człowiek jeszcze intensywniej odczuwa swoje istnienie i swój dach nad głową, za który jestem tak wdzięczna, że aż chwilami boli.
Zrobię sobie jeszcze jedną herbatę i pójdę do łóżka, przeczytać jeszcze kilka stron.
Niedawno przyjechałam dość późno od mamy, gdzie zrobiłam dwa prania. Dojechałam tuż przed północą i wywiesiłam szmaty na suszarce. 
Zebrałam wysuszone.