piątek, 19 października 2018

Co robi IW w PL i dlaczego nie zażywa kultury i sztuki

Kiedy do Polski jedzie Róża Wigeland, to na tapecie ma spotkania autorskie, rodzinne i spędzanie czasu w ładnych, dobrych kawiarniach i restauracjach, galeriach sztuki, zwiedzanie zabytków.
Kiedy do ojczyzny wybiera się Kasia Hordyniec, to w planach ma głównie życie kulturalne: teatry, dobre kino, spotkania i targi literackie, ewentualnie bywanie w dobrych kawiarenkach, fryzjera, robienie paznokci itp.
źródło
Kiedy Dżoana Krupa jedzie do Nowego Jorku, to idzie na zakupy, do fryzjera i na paznokcie. A zaraz, to miało być akurat o Polsce i kulturze, więc wróć. Ale rozumiemy kierunek, prawda?
No właśnie. One wszystkie żyją pełnią życia, mają czas na to, na co każda z nas chętnie by czas znalazła.
I tego im właśnie życzę.

niedziela, 14 października 2018

Leję wodę

Pragnęłam i łaknęłam wody, od kiedy pamiętam.
Patrzeć na nią, wąchać i słuchać.
Czasem aż mi się wierzyć nie chce, że teraz mieszkam nad wodą i mogę na nią patrzeć codziennie. No więc dziś poleję Wam tej wody więcej, niż zwykle.
Wody a raczej jej zdjęć nazbierało się dzięki temu, że ostatnie trzy dni spędziłam na rowerze, jeżdżąc tuż obok wody po nadmorskich deptakach Bremerhaven, których odkrywam coraz więcej.

piątek, 12 października 2018

Embedding w Bloggerze, czyli Instagram dla niestowarzyszonych

Chcę się dziś czegoś nauczyć się, a mianowicie: jak wstawiać zdjęcia z instagrama na bloggera. Ale w takiej formie, w jakiej potem będziecie mogli je sobie obejrzeć i bezpośrednio z nich wejść na mój instagram. Czyli jako aktywne pola, z widocznymi komentarzami itd.
No to czas start! Pierwsze zdjęcie to wczoraj opublikowane zdjęcie Mozarta.
Taki groźny kot, że aż strach!

A teraz sprawdzimy, czy dodany w postaci embedding link z obrazkiem działa. 

wtorek, 2 października 2018

W gumowych rękawicach, czyli styl osób CNP

Ten tekst czekał trochę na publikację, bo zastanawiałam się, jak ująć w słowa to, co kiełkowało we mnie już od jakiegoś czasu. Ciekawa jestem Waszego zdania toteż postanowiłam napisać i usłyszeć, co Wy na to?
Jestem bardzo ciekawa, czy macie podobne doświadczenia i jak Wy postępujecie z osobami typu CNP.
Co to/kto to jest CNP?
Wyjaśnienie w tekście poniżej.
Czasami a może nawet częściej zdarza się sytuacja, kiedy kogoś czymś denerwujemy. Każdy z nas ma pewnie takie osoby w pobliżu. Może nawet nie wie, bo się nad tym nie zastanawia. Ale czy kiedy czytasz te słowa, nie przychodzi Ci przypadkiem od razu ktoś do głowy?
To nie musi być od razu, czasem mijają miesiące, albo lata. Czasem taka osoba wcale się do tego nie przyznaje, oficjalnie i z wierzchu wszystko jest nadal OK, odwiedzamy się, jesteśmy dla siebie uprzejmi, wręcz mili. 
Ze swojej strony zawsze większości ludzi daję pewien kredyt zaufania, bo czemu nie. A jeśli po pewnym czasie widzę, że drogi nam się rozmijają, po kilku próbach po prostu zanika moje zainteresowania tą osobą. Nie mam jednak zapędów naprawczych. Jego życie - jego sprawa. Nie mam misji, żeby naprawiać czyjeś życie, ani nie mam zapędów do nawracania na siłę na moją drogę, bo jest najlepsza.
Dla mnie - według mnie, oczywiście jest. A nawet jeśli nie jest, to ja i tylko ja poniosę konsekwencje swoich własnych wyborów.
Bo każdy musi swoje życie przejść po swojemu, popełnić własne błędy, wyjść naprzeciw wyzwaniom, sparzyć się lub pozytywnie zaskoczyć.
Wszystko jest dla ludzi. 

poniedziałek, 1 października 2018

Odwiedziny Lili część 2, czyli ZOO z widokiem

Moi inteligentni Czytelnicy na pewno zdają sobie sprawę, że urządzając się w nowym miejscu i mając zaraz potem Gościa, musiałam się nieźle sprężyć, żeby się wyrobić z pracą i porządkowaniem życia wokół siebie. 
Dlatego drugą i ostatnią część odwiedzin Lili uczczę głównie zdjęciami naszych wypadów.
Udało się nam odwiedzić w Bremerhaven ZOO am Meer, jedno z najciekawszych ogrodów zoologicznych w tej części Niemiec. Już spieszę z fotorelacją.
Ten ogród zoologiczny nie jest największym ogrodem, ani nie zawiera zbyt dużej ilości okazów zwierząt, ale mieści się na bardzo nowocześnie i ciekawie urządzonym terenie. A w dodatku jest ZOO z widokiem.
Sami popatrzcie. Poniżej widok na zagrodę fok. To zagroda właściwie na otwartym terenie, a przez szybę widać morze.

niedziela, 23 września 2018

Odwiedziny Lili część 1.

Tydzień temu w piątek odbierałam z Bremy Lilę. W ten piątek po południu niestety musiałam ją odwieźć z powrotem do Bremy na autobus do Warszawy.
Po tak intensywnym tygodniu odjechała w siną dal i zabrakło jej i nagle tak pusto się zrobiło, że nic tylko się upić tym winem, które mi przywiozła.
I znów nie ma z kim rano wypić kawy, pojechać po południu rowerem czy przejść się na spacer, pogadać od serca. Mój świat mocno opustoszał.
Ale bardzo się cieszę, że wreszcie udało nam się zrealizować te jej odwiedziny, które odkładałyśmy od stycznia z uwagi na intensywne zmiany w moim życiu.
Nie jestem w stanie opisać ze szczegółami naszych wszystkich spacerów, wycieczek i rozmów.
Podzielę się więc z Wami paroma migawkami z najbardziej udanych wspólnych momentów.
Chyba jedną z najlepszych decyzji było wypożyczenie od M. jego małego roweru, żebyśmy mogłby pojeździć sobie wspólnie po okolicy. Niech Was nie dziwią raczej wieczorne zdjęcia, bo przez cały tydzień w ciągu dnia pracowałam, a czas spędzałyśmy popołudniami. A w poprzedni weekend, tuż po Jej przyjeździe, rozchorowałam się i musiałam poleżeć i wykurować się w niedzielę, żeby jednak mieć czas i siły na wspólne spędzanie czasu.
No to zaczynamy chronologicznie od pierwszego dnia:
Nasze pierwsze wspólne selfie - do albumu Lila

środa, 12 września 2018

Przystanek stabilność

Dziś jest zwykły dzień tygodnia, taka sobie normalna środa. Za oknem pada, ja pracuję, ostatni dzień w moim home office, bo od jutra już wreszcie mogę całą działalność przenieść do biura, w którym naprawiono zamek w drzwiach i w którym od wczoraj działa internet. I to właśnie dziś postanowiłam w moich przemyśleniach udać się niespiesznie na Przystanek  stabilność
Będzie tego trochę. Czytelniku. Jeśli nie masz czasu, przyjdź później, kiedy go znajdziesz na przeczytanie całości, a nie tylko podtytułów.
Właśnie siedzę sobie i podsumowuję, ile mi się udało załatwić w ciągu ostatnich miesięcy, od początku roku, a nawet od początku mojego stałego pobytu w Niemczech. Całkiem nieźle to wygląda, jak tak na to spojrzeć z perspektywy ostatnich miesięcy, a właściwie od początku roku, kiedy okazało się, że będę tu dalej pracować, a więc muszę też gdzieś mieszkać.
Najlepiej mi przyglądać się temu z perspektywy jak już udało mi się trochę zapomnieć, jak strasznie chwilami było trudno.

sobota, 8 września 2018

Zegary taty i nie tylko

Tata bardzo lubił zegary i w małym dwupokojowym mieszkanku miał ich chyba z pięć, z tego trzy ścienne. Jeden wiszący z ciężarkami i kurantem w przedpokoju wisiał tuż przed drzwiami do mojego pokoju.
Człowiek śpi głęboko, ale nie może się na sto procent odprężyć, bo co godzinę bije mu kurant! I tak liczę: jeden + dwa + trzy + cztery + pięć + sześć + siedem + osiem + dziewięć + dziesięć + jedenaście + dwanaście. Aha, to już północ. Trzeba odłożyć książkę i spać... Za chwilę...
Jeden ... Jeszcze chwilę... + jeden + dwa.
I tak ciągle. A wtedy często książka wygrywała ze snem.
Po jakimś czasie wreszcie ten zegar wyłączyłam, bo nie byłam w stanie spać w nocy przez te kuranty co godzinę.
Tata miał też jeden stary stojący zegar skrzyniowy, po rodzicach, który stał na regale w dużym pokoju i w tym miejscu stoi nadal, tyle że mama sama go już nie nakręca.
Ile miał małych zegarków ręcznych, nie zliczę.
Specjalnie mówię, że tata miał te zegary, bo mama tylko je tolerowała. Mama zawsze była bardzo tolerancyjna dla taty.
Poza tym ciągle szukał nowych zegarów i tylko patrzył, gdzie by tu jeszcze wstawić czy powiesić kolejny.
Mnie do mojego małego młodzieżowego pokoju też ciągle próbował jakiś powiesić, najlepiej kolejnyn z kurantem. Pamiętam, ile wojen stoczyłam o to, żeby nie dostać kolejnego zegara do pokoju. :)
Ale na dziewięciu metrach kwadratowycch miałam tak mało miejsca, że zegar był ostatnią rzeczą, o której myślałam. Szczególnie taki z kurantem. Szczególnie, że to i tak byłby zegar taty. I by mi go jeszcze przychodził nakręcać.
Bo uwielbiał te swoje zegary nakręcać.
Mimo moich intensywnych sprzeciwów tata ciągle ponawiał propozycje powieszenia u mnie zegara, a mama próbowała go odwieść od kupienia kolejnego. I tak to trwało latami, dopóki żył.


Za daleko jestem, żebym wam teraz pokazała któreś z nich, może przy następnej wizycie u mamy porobię zdjęcia.
Teraz trochę bardziej go rozumiem. To były lata 80-te. Nie było za dużo ładnych, ciekawych rzeczy do kupowania czy kolekcjonowania przez zwykłych śmiertelników. Pewnie dlatego Tata tak lubił zegary. Później w moim mieszkaniu były chyba maksymalnie trzy zegary na dwa pokoje.
W domu powiesiłam sobie zegar w biurze, był też jeszcze jeden w kuchni i miałam też elektroniczny stojący w salonie.
Wracając do roku 2018.
Jest początek września. 
Miejsce akcji: Bremerhaven.
Akcja: wieszanie zegarów.
Liczba zegarów ściennych na ten moment: cztery, plus jeden stojący.
Z tym, że ja wybieram proste wygodne formy, kieruję się w tej chwili ceną i najważniejsze dla mnie jest, żebym mogła w każdym pomieszczeniu sprawdzić, która godzina.
Ten buirkowy jest wieloczynnościowy, wskazuje oprócz czasu także datę, dzień tygodnia, tydzień kalendarzowy, temperaturę i fazę księżyca!
Zegary wiszą już: w kuchni, w sypialni i w dużym pokoju, w gabinecie. 

czwartek, 6 września 2018

Różowy aksamit

Najchętniej cały mój świat ubrałabym teraz w ciemnoróżowy aksamit w kolorze namiętnych wycałowanych kobiecych warg.
Żeby już nigdy nie wpaść w odmęt tego chaosu. Nie czuć gruntu usuwającego się spod nóg. Nie mieć ochoty uciekać z tonącego okrętu. Nie czuć granic niepoznanego, w wir którego czuję się wciągana. Nie dać się nawijać na szaleńczy kołowrotek.
A jednocześnie nadal oddałabym wszystko, żeby ta bajka jeszcze trwała.
Żeby dalej trwać w tej iluzji, karmić ją uśmiechem, żartem i żarem, tajemnicą, opowieścią, ogrzewać ciepłem swoich rąk i dawać jej siłę ze swojej piersi.
Być, czuć, nie odpływać, trwać.
Bez refleksji, bez oglądania się na to, co inni na to, bez zbrodni i kary. Bez oceniania w zwykłych kategoriach czegokolwiek. Bez wartościowania i kierowania się rozsądnym wyborem.
Przeżywać ponownie te chwile jedna za drugą.
Sączyć kawę, patrzeć w horyzont, roztapiać się w emocjach.
I nic tylko czuć.
Trwać w tym świecie, jak we własnej głębokiej Incepcji.
A gdyby istniał świat wykroczny, Długa Ziemia Pratchetta, to żeby na Ziemi Wykrocznej wersja ileśtam dalej można było odtwarzać tę baśń raz za razem.
I czuć to samo, co czułam na początku i przez tak długi czas.
Jak w Dniu Świstaka.
A jednak z trudem i mozolnie wracam do bepiecznego świata Ciemnoróżowego Aksamitu.
Bremerhaven, wrzesień 2018

piątek, 31 sierpnia 2018

Kawa na szmacie, czyli mała dygresyjka o kawie i social mediach

Dziś próbowałam wypić sobie relaksacyjną kawę w łóżku. Zrobiłam więc tę kawę, dobrą tu mają, postawiłam na parapecie nad głową, zatopiłam się w czytaniu i zapomniałam o niej zupełnie. Przypomniałam sobie po pół godziny, jak już była zupełnie zimna.
I przy okazji tej kawy taka mała dygresyjka.
Na instagramie jestem od kilku lat. Właśnie sprawdziłam, że moje pierwsze zdjęcia wstawiłam tam latem 2013 r. Potem było parę takich sobie fotek,  bez hashtagów, sama się dziwię, że to w ogóle ktoś lajkował, głównie znajomi ze współczucia, żebym nie była taka samotna bez jednego lajka.
Teraz już jestem w tym nieco bardziej oblatana, bo co ponad 300 obserwatorów, to nie 30. I czasem lubię sobie popatrzeć na ładne zdjęcia, więc i ja sama lubię sporo stron, które dostarczają mi pozytywnych czy ciekawych wrażeń estetycznych.
Nie szukam tam inspiracji życiowych, podobnie jak na Pintereście, gdzie też interesują mnie głównie ładne zdjęcia i ciekawe aranżacje. Może dlatego trochę bawią mnie mówki motywacyjne, ale widać znajdują użytkowników, bo followersów, czyli obserwatorów różnego rodzaju stron coachingowych nie brakuje.
Lubię kilka stron autorów, Jak Szczygieł, podróżników jak Martyna Wojciechowska, niektóre aktorki (Dereszowska) i aktorów (Małaszyński), parę stron z przepisami kulinarnymi i ciekawą architekturą oraz z urządzeniem wnętrz
Stron o urządzeniu wnętrz chyba mam najwięcej, w tym parę osób, nie firm, które z wielką pasją urządzają swoje gniazdka i zdają z tego relację na instagramie i/lub FB. Te strony mnie inspirują i cieszą oko.
Omijam szerokim łukiem strony z dużą ilością wypieków i słodyczy, bo po co mam się drażnić.  Więcej stron kulinarnych też już nie zamierzam obserwować, bo w pewnym momencie ściana na insta aż pęka od jedzenia, a to nie jest dla mnie najistotniejsze.
Przestałam też obserwować kilka stron, kiedy pozamieszczały treści niezgodne z moimi poglądami, bo po co mają mi zaśmiecać mój smartfon, skoro mi nie pasują.
Po tych paru latach orientuję się więc już nieco w trendach, panujących na insta i w innych mediach społecznościowych.
Wśród instagramowych i fejsbukowych fotografii kawy lub herbaty jest na przykład taki trend, który ja nazywam kawą na szmacie.
Sceneria wygląda tak: jest łóżko, ładnie zasłane, albo lekko fantazyjnie udrapowana pościel i koniecznie koc lub narzuta w kontrastowym kolorze dobranym według palety RAL (min. 15 minut drapowania materiału, ustawiania światła, próbnych zdjęć itd.).
Na łóżku stoi "niedbale" ustawiona taca, dopasowana oczywiście stylem i RALem do barw łóżka, pokoju i pościeli, a na tacy mamy ustawioną kawę - tak jak lubię, czyli w ładnej filiżance. Czasem do kawy podany jest rogalik, croissant czy świeżo upieczona (oczywiście!) bułeczka. Mało tego, właśnie weszłam popatrzeć i przeważnie na tacy jest jeszcze miejsce na doniczkę lub wazonik z kwiatami dopasowanymi kolorystycznie ma się rozumieć!
Oglądam te zdjęcia z pewną estetyczną przyjemnością ma się rozumieć, ale też nie bez refleksji.
Bo tak się zawsze zastanawiam, ile z tych kaw podanych do łóżka na tacy ustawionej ot tak lekko na rogu pościeli, zostało normalnie wypitych, a ile rozlało się na te fantazyjnie rozpięte szmaty (tak nazywam wszystkie rzeczy z materiału).
Ja jednak wolę jeść i pić przy stole. Pod tym względem jestem bardzo wygodna i nie lubię potem wybierać okruszków z pościeli, przeszkadzałyby mi one spać, nie mam też specjalnie chęci na ciągłe pranie pościeli zalanej kawą, bo materac łóżka jest jak dla mnie zbyt  niestabilny żeby na nim stawiać tacę z jakimkolwiek napojem. Ale wróćmy do trendu.
Postanowiłam sprawdzić ten trend w życiu.
Wykorzystałam dostępną szmatę czyli serwetę, deskę do krojenia (nie mam pojęcia, czemu wzięłam tę mniejszą, ale już poszło) i kawę.
U mnie by to wyglądało tak (sceneria z wynajętego domku ostatnio w górach).
Ładnie? Bo sama nie wiem.