poniedziałek, 21 maja 2018

Klamra

Jadąc na początku listopada 2016 do Niemiec, do nowourządzonego przez nas wspólnie domu zupełnie nie mogłam przewidzieć, że już wiosną 2018, czyli po około półtora roku będę intensywnie szukała mieszkania tylko dla siebie. No i dla koteczki oczywiście. A tak właśnie się stało.
Powoli żegnam się więc z tym miejscem, z domem, z ogrodem - w tym roku siłą rzeczy zaniedbanym, bo żadne z nas nie ma już do niego ani siły, ani energii. Czasem M. wpadnie skosić trawnik, a ja coś tam podleję. Ale to bardziej na odwal się, niż od serca.
Nadal na tarasie stoi stół i parasol, żebym mogła tu sobie w gorące dni posiedzieć i tyle luksusu i radości mi na ten moment wystarczy.
Może kolejni mieszkańcy tego domu będą mieli więcej szczęścia, czego im życzę.
To zdjęcie autorstwa mojej Córci
A to co było w międzyczasie pozostanie pomiędzy nami, bo to nasza prywatna sprawa i zupełnie nie mam potrzeby tego ani roztrząsać ani się tym publicznie dzielić. Decyzje już zapadły i to dość dawno temu, a mnie znudziło już taktyczne omijanie tematu na blogu.
Napiszę więc tylko na koniec, zamykając temat wielką klamrą, że nie żałuję niczego. 

piątek, 18 maja 2018

Idę, idę i nie mogę dojść

Stęskniliście się za mną? Pytacie może, co u mnie?
Znów nie pisałam kilka dni, bo wciągnęła mnie zawodowa i prywatna codzienność.
No więc, co u mnie: idę idę i nie mogę dojść do siebie, jak mawia moja Przyjaciółka I. 
Ciągle mi jeszcze zostaje mi w najlepszym wypadku tak z dwieście metrów.
Czyli kiedy tylko dokończę jedną sprawę, w jej miejsce, niby hydrze wyrastają trzy następne. 
Czy to w pracy, czy to w życiu prywatnym - jeden pies.
Zaczyna to być już męczące.
Pracuję i spędzam czas głównie domu, bo za daleko nie pójdę z tymi kulami. Po kilkudziesięciu metrach jestem zmęczona. A szkoda, bo w porcie właśnie trwa kolejny zlot pięknych żaglowców. Zresztą tam zawsze jest na co popatrzeć w sezonie.
Na szczęście mam tu jeszcze ogród. Podczas upałów mogłam sobie posiedzieć pod parasolem, popstrykać zdjęcia trawkom i kwiatkom.
Dla tych, którzy chcą wiedzieć, jak się czuję napiszę, że jest lepiej, ale daleko jeszcze do bardzo dobrze.

wtorek, 15 maja 2018

Wielkie zapylanie

Może obrazi się na mnie 90% społeczeństwa, ale uważam, że tyle lub niemal tyle to osoby bezrefleksyjne, nie zdające sobie sprawy z bogactwa i ulotności otaczającego nas świata.
Czy ktoś z Was zastanawiał się już w tym roku, co może zrobić dla pszczół i innych gatunków owadów pszczołowatych? Ja też dotychczas nie. Obserwuję je, fotogtrafuję, wysyłam na dwór, jak się zaplączą w domu. Ale właśnie nad tym, jak im zapewnić przetrwanie dobrze się choć od czasu do czasu zastanowić.
Nawet najmniej społecznie zainteresowane jednostki lepiej, żeby się dowiedziały o tym, że pszczoły są nie tylko dawcami miodu, ale mają jeszcze inną, stokroć ważniejszą fukcję w ekosystemie. Prawie osiemdziesiąt procent gatunków roślin występujących w Polsce zapylanych jest przez pszczoły lub inne owady. A spośród 100 gatunków roślin uprawnych, zapewniających ludzkości przeżycie, a dokładniej 90% żywności na świecie, aż 71 zapylanych jest przez owady. Gdyby nie one, gdyby nie pszczoły, rośliny przestałyby się rozmnażać, a tym samym na świecie zabrakłoby nagle 90% pożywienia. Co jeszcze? Zwierzęta, odżywiające się nasionami i owocami, też straciłyby źródło pożywienia.
Jednym słowem, gdyby nie one, cały nasz świat diabli by wzięli szybciej, niż od wszelkich innych katastrof, którymi straszą nas (i słusznie) naukowcy.
Poza tym pszczoły mają niesamowicie ciekawe zwyczaje i występują głównie w grupie, czyli jako rój. Samodzielnie żadna z pszczół by nie przeżyła. 
A co potrafią pszczoły?
A na przykład utrzymać stałą temperaturę w ulu.
Mają doskonale przygotowany system obronny, sygnalizują bezbłędnie rozpoznawane niebezpieczeństwo.
Karmią wybiórczo trzy rodzaje larw i doskonale się orientują, która larwa czego potrzebuje, a którą trzeba wyrzucić.
Tworzą regularne geometryczne wzory z wosku.
Umieją wyczuwać temperatury graniczne na zewnątrz, żeby poniżej nich żadna z pszczół nie opuszczała ula.
A do tego wyczuwają bezbłędnie burzę lub deszcz, dzięki czemu wraz z pierwszymi kroplami deszczu ostatnie pszczoły wchodzą do ula.
Dzielą się na kilka rodzajów, każdy ma inne obowiązki: robotnice, trutnie, matki.
O tym i innych zwyczajach pszczół niezwykle ciekawie pisze strona "Zwyczaje pszczół".
Dlatego z taką przyjemnością zawsze witam sezon zapylania.
Tym razem udało mi się też złapać na zdjęciach kilka pszczół przy pracy. Za chwilę pokażę Wam moje wczorajsze i dzisiejsze pszczoły które wpadły w gości.
Ale na koniec chciałam jeszcze zaproponować, żebyście przeczytali o tym, co możecie zrobić dla pszczół.
Opisane metody znajdziecie tutaj. A tak ogólnie, jeśli macie balkon, warto stworzyć na nim mini-ogródek z kwiatami do zapylania. Dajmy pszczołom miejsce do życia, pomóżmy im, pomóżmy sobie, zanim będzie za późno.
A to moja kwiatowo-pszczela łączka, czyli galeria zdjęć pszczół i jednego z krzaków z ostatnich dni w ogrodzie. 
[Każde zdjęcie można powiększyć klikając na nie.]


środa, 9 maja 2018

Aniele Stróżu gdzie jesteś?

W ostatnich miesiącach, a właściwie od półtora roku, czyli od mojej przeprowadzki do Niemiec, ciągle piętrzą się w moim życiu kolejne trudne sytuacje, problemy i przeszkody. Raz za razem.
Jakby nie chciały stracić ciągłości czy coś.
Albo nie chciały, żebym się przyzwyczaiła, że już jest dobrze, spokojnie, nawet nudnawo i nic specjalnego się nie dzieje. Nie. Tak być nie może. Jak tylko zakończę ratowanie jednej sprawy, zaraz rozpoczyna się kolejny pożar.
Nie mam pojęcia, czy ktoś od tego czasu stosuje na mnie jakieś voo-doo i czym sobie zasłużyłam, ale ewidentnie jest się już czym przejmować.
W tym wszystkim jednak zauważam, że chyba i tak mam szczęście, więc może powinnam podziękować mojemu Aniołowi Stróżowi, zamiast poszukiwać nowego. Bo do tej pory jakoś wszystko kończyło się bez ofiar w ludziach ani bez poważnych konsekwencji. Z drugiej strony - do czasu. Poza tym naprawdę wolałabym, żeby te wszystkie zdarzenia w ogóle mi się nie przytrafiły.
Czuję się pionkiem w grze, który co chwila jest przestawiany obcą ręką na nowe pole i teraz tam musi sobie poradzić.
Przypomnę tylko: w ostatnim roku odszedł Piesio. Potem było kilka wizyt w szpitalu i dwie operacje mojego M. Potem mnie z kolei od noszenia psa z niedowładem siadł kręgosłup, który odmówił w marcu ub. roku posłuszeństwa. Na szczęście obyło się bez operacji, ale tylko dzięki temu, że jestem zdrowa jak koń i jak się okazało, posiadam niezwykłą zdolność regeneracji. Ale przecież i ja nie jestem cyborgiem i też już tym zaczynam być zmęczona, nie tylko fizycznie, ale także emocjonalnie. Kolejne choroby doszły w tym roku, nie o wszystkich jednak chcę pisać, dość że są bardzo wyczerpujące dla obu stron.
Jednym słowem wszystkie elementy IW są już mocno nadwerężone i wołają o spokój i wyciszenie.
Ale cóż. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.
O zniszczeniach czy awariach w domu już nawet nie wspomnę, ale co i rusz coś się psuje, a dom przecież po generalnym remoncie. Ostatnio belka z drzwi przesuwnych w sypialni, spadła ot tak nagle, niemal na koteczkę, która uciekła ledwo spod niej i w te pędy pobiegła się schować gdzieś w domu.
A wracając do innych nieszczęść...
Nie dość było od początku roku czterech (w sumie całkiem niegroźnych, ale mimo wszystko zawsze kłopotliwych) obtarć całkiem nowego samochodu, już naprawionych, części wymienionych, ale już mi się ubezpieczenie niemal zastrajkowało i wolę nie wiedzieć, ile będę płacić następnym razem... 
Nie dość tego, że Mozart po raz kolejny tydzień temu zaliczyła pęknięcie ogonka i musiałam jej znów, tym razem po 2,5 miesiąca, podać u dermatologa jej mocny lek sterydowy (triamcynolon).
Los był jeszcze bardziej złośliwy.
W sobotę, czyli w dniu wyjazdu z Polski do Niemiec podczas znoszenia ostatnich toreb ze schodów, nie zauważyłam ostatniego schodka.
No cóż, nie za dobrze jeszcze znam moje nowe mieszkanie w Warszawie i nie chodzę po korytarzach jak w swoim starym domu nawet po ciemku. Stopy straciły oparcie i wylądowały w próżni i nagle obie stopy mi się złożyły, przy czym o ile lewa jakoś się dość szybko naprostowała, to prawa odniosła już poważniejszą kontuzję.
I tak w minioną sobotę po dość udanej majówce trafiłam zamiast do domu w Niemczech na ostry dyżur do szpitala w Otwocku, gdzie mieści się specjalistyczny oddział ortopedyczny.
Szczęście w nieszczęściu, że tego dnia znalazła dla mnie czas moja Przyjaciółka z Warszawy. Lila mieszka niedaleko mnie, pomagała mi ostatnio w przeprowadzce, a tym razem spędziła ze mną na tej izbie przyjęć wiele godzin. 

piątek, 4 maja 2018

Jak nie robić nic?

Parę dni temu udało mi się po długim czasie porozmawiać chwilę z dawnym znajomym. Jacek jest couchem i dobrze sobie radzi nie tylko z couchowaniem innych, ale i z własnym życiem, co wcale nie jest takie jednoznaczne. Rozmowa zeszła na drogi osiągnięcia spokoju w życiu.
- Spróbuj czasem nie robić nic. - Rzucił mi Jacek lekko niczym piórko koliberka. To często bardzo porządkuje rzeczywistość. - dodał ze znawstwem.
- Ale niektórym trudno jest nie robić nic, bo pojawiają się wyrzuty sumienia, lęki, że czas ucieka albo jakieś okazje zwiewają tak szybko niczym ścigane przez lamparta na sawannie.
A że zapoznało się swego czasu ze stosowną literaturą, czyli poczytało się o zen, uważności, medytacji, poczyniło się też kilkakrotnie próby sesji medytacji, to się już wie, że nie jest tak łatwo z tym nicnierobieniem.
Ale czego się nie robi dla osiągnięcia spokoju. Świętego.
I najważniejszego w życiu przecież.
No więc obudziłam się rano i już wiedziałam, że to będzie ten dzień. W końcu majówka jak żaden inny czas nadaje się do odprężenia, leżenia do góry kokardą i kontemplowania ciszy, spokoju, relaksu, i nicnierobienia właśnie.
Czyli wstałam i pomyślałam, że dobrze byłoby nie robić nic. Ale przecież taka brudna nie mogę nic nie robić. No więc najpierw prysznic. Potem zaczęło mi bulgotać nieprzyjemnie w brzuchu. Trzeba było zrobić śniadanie. A że dbam o swoje wnętrze oraz o to, co do niego wkładam, trzeba było posiekać warzywka na patelnię, podsmażyć je, poczekać aż zmiękną, a potem zjeść. Naczynia brudne. A ja zmywarki jeszcze nie mam. No dobrze. To tylko szybko uruchomię ręczną zmywarkę a potem to już nic nie będę robić!
No ale jeszcze kawa. Kawę parzę teraz w imbryku. Imbryk wstawiłam, za pięć minut będzie kawa. Otworzyłam drzwi balkonowe, żeby sobie wygodnie usiąść na tarasie, nacieszyć uszy śpiewem ptaków, a oczy zielenią. Oj, jak przyjemnie będzie tutaj usiąść...


wtorek, 1 maja 2018

Czy istnieje norma?

Czy istnieje coś takiego jak norma? Czy możemy powiedzieć, że do jakiegoś momentu jesteśmy normalni, a ponad to już nie? Albo inni są normalni?
Normy od zawsze były definiowane w każdej epoce na nowo. I to zarówno normy piękna, jak i normy postępowania, granice równouprawnienia, czy w ogóle ludzkich praw, zasady wychowywania dzieci, i nasze własne prywatne ludzkie granice.
I nawet jeśli można nas uznać za normalnych według jednej normy, to na świecie zawsze się znajdzie inna norma, według której nasze postępowanie będzie zgoła nienormalne, a może i niemoralne czy też niezgodne z prawem. 
Po tym teoretycznym wstępie opowiem Wam historię z życia.
Od czasu do czasu chodzę się strzyc tu w Polsce. Od lat do tej samej fryzjerki, która strzygła mnie też przez ostatnie lata. Dobrze farbuje odrosty i strzyże. Jak to u fryzjera, wymieniamy się trochę poglądami, każda opowiada, co porabiała ostatnio. Moja fryzjerka na przykład lubi sobie pochodzić na tańce, mimo wieku emerytalnego 65+ jest osobą bardzo energiczną, pełną życia i wolną. Lubi czasem wyjechać na fajne wakacje, wydawać kasę na ciuszki, ubierać się kobieco i to właśnie uważa za kwintesencję kobiecości. Dla niej to jest normalne u kobiety, co przy każdej okazji podkreśla.
Za to moje opowieści od lat kręcą się głównie wokół remontów, marketów budowlanych, wyboru odpowiednich materiałów do remontu, majstrów itp.
Trudno o większy kontrast.
Moja fryzjerka często apeluje do mnie o to, żebym wreszcie zajęła się sobą, zaczęła kupować ciuchy, ubierać się bardziej kobieco (do malowania włosów nie chodzę w najlepszych ciuchach, więc wyglądam zawsze na sportowo i średnio), wyjeżdżać itp.
Bo życie mija, a ja nic ciągle tylko remonty, urządzanie się i praca.
Ostatnio miałam trochę czasu na przemyślenie moich ostatnich lat i mojej własnej normy. Faktycznie  całe lata upłynęły mi na remontowaniu najpierw domu, a teraz mieszkania, w którym póki co zakotwiczyłam się w Warszawie. I podejrzewam, że to jeszcze nie koniec.
Jedno i drugie uznawałam i dalej uznaję za logiczną konsekwencję kupienia starej bądź niewykończonej nieruchomości i konieczności dostosowania jej do swoich wymagań.
Dla mnie to tak samo normalne, jak kupowanie ciuszków dla niej.
Czy istnieje coś takiego jak norma kobiecości?
A może jestem mniej kobieca dlatego, że od lat zajmuję się remontami i czerpię z tego zadowolenie, a następnie cieszę się, doskonale odnajdując się w odnowionych i przystosowanych specjalnie dla mnie wnętrzach?
Czy kobieta to tylko ta, która zawsze chodzi w kobiecych sukienkach, ma zrobione włosy (no dobra, włosy to i ja lubię mieć ładne), tańczy, śpiewa itepe?
Bo według tej definicji to ja nie jestem kobietą.
Spróbujmy więc inaczej. Czy czuję się dobrze z tym moim życiem, czy też czuję się nieszczęśliwa w moich remontach.
No dobrze. Powiem prawdę. Jestem teraz bardzo zmęczona, ale bardziej tym, że jeszcze mi została do skończenia kuchnia i garderoba oraz że część rzeczy poremontowych jeszcze mi zalega w salonie, niż tym, że właśnie skończyłam wielki remont i znów nie kupiłam sobie ciuchów.
Czy jest mi źle z tego powodu, że wolę zainwestować kasę w mieszkanie, dom, lepszy samochód, który pozwoli mi wygodnie pokonywać moje kilometry, albo w lepszy sprzęt, dzięki któremu wygodniej mi się pracuje? Jakoś nie czuję się źle z tego powodu. Mało tego, te rzeczy mnie uszczęśliwiają. To dla nich haruję. W marzeniach nie pojawiają mi się raczej kiecki i torebki. A na zagraniczne wyjazdy już trochę pojeździłam. Mogę wprawdzie pojechać jeszcze kilka razy, ale za każdym razem wybieram raczej miejsca wygodne, wypoczynkowe, niż ciekawe. Bo mnie z tym akurat jest dobrze.
I tu pojawia się pytanie. Czy powinnam mieć wyrzuty sumienia (wobec kogo?), że nie interesuje mnie za bardzo bieżąca moda, a do sklepów z ciuchami chodzę może raz na pół roku / w porywach na dwa miesiące, kiedy już muszę?
I właściwie z kim ja mam się rozliczać z mojego życia, moich wyborów, mojego sposobu wydawania pieniędzy i mojego pojmowania własnego życia?
Bo chyba nie z moją fryzjerką. Ani nawet z moimi znajomymi. Ani z rodziną. Ani z moimi Przyjaciółmi, bo tego ode mnie wcale nie wymagają.
Robię remonty, a potem mieszkam i jestem całkiem zadowolona. I tym właśnie zapełniam swoje życie, bo tak lubię i dlatego, że mi się tak podoba.
Inni lubią ciuchy, nie bronię im ani ich za to nie krytykuję. Ani nie pouczam, że szkoda życia na coś tak błahego, jak ciuchy.
W przerwach ostatnio czytam książki, oj jakie fajne znów sobie kupiłam. Ktoś inny woli słuchać muzyki czy chodzić do teatru, albo oglądać filmy. Jego wybór, jego sposób na szczęście czy zadowolenie. Jeśli mamy akurat wspólne pasje, to możemy się wymienić opiniami na ten temat, jeśli nie - nie będziemy mieli tematów do rozmowy. Ale nie upoważnia to żadnej ze stron do pouczania tej drugiej, że jej pasja czy zainteresowania są gorsze, bardziej płytkie czy głupie.
Dla mnie jednym z największych marzeń, gdybym wreszcie wygrała w totka te miliony, byłoby kupno i odnowienie takiego na przykład domu.
Jest ciekawy architektonicznie i pociągałaby mnie jego transformacja i przywrócenie mu dawnej świetności.

A że inni uciekliby z krzykiem. A przepraszam, co mnie to?
Wielu ludzi uwielbia cię pouczać. Zna się lepiej na twoim życiu od ciebie samej.
Większość wie, co dla ciebie lepsze, z którym facetem powinnaś się natychmiast rozstać, a który będzie dla ciebie wcieleniem dobroci i realizacją marzeń. Ale to nie ci ludzie będą potem siedzieć w twojej skórze i ponosić konsekwencje twoich wyborów, tylko ty sama.
To nie twoja koleżanka będzie się nudzić z "tamtym świetnym facetem", tylko ty. I to nie ona będzie nocami wzdychać za tym, z którym ci się kazała rozstać, bo według niej był "nie dość". Albo kazała ci się rozstać za wcześnie, zanim to twoje serce było na to w pełni gotowe.
Tak więc wracając do tematu: żyj według własnej normy. Definiuj ją. Ciesz się tym, co cieszy Ciebie. I bądź szczęśliwa/szczęśliwy.

środa, 25 kwietnia 2018

Koniec wiosennej przeprowadzki

Gdyby mi ktoś powiedział ponad rok temu, że przeprowadzę się jeszcze raz w ciągu najbliższych miesięcy, pewnie bym mu nie uwierzyła. A tymczasem właśnie przeniosłam się do prawie ukończonego nowego mieszkania. Od przedwczoraj sprzątam, ścieram kurz, przenoszę, układam, organizuję, planuję i myję. I tak będzie pewnie jeszcze długo, bo wszędzie unoszą się pył i kurz poremontowy.
Ta ostateczna przeprowadzka na Nowe upłynęła mi w zasadzie dość gładko. Z mieszkania, w którym mieszkałam na czas remontu u Przyjaciółki pomogli mi znieść rzeczy moi młodzi sąsiedzi, sami zaproponowali. Wystarczyły więc trzy kursy, w tym dwa z ich pomocą.
Jadąc do mieszkania poprosiłam o pomoc koleżankę, która mieszka w mojej okolicy i po raz kolejny mogłam na Nią liczyć. Chętnie się ze mną zabrała, żeby obejrzeć mieszkanie, a przy okazji wniosła ze mną resztę rzeczy z samochodu.
Po obejrzeniu mieszkania wypiłyśmy z Lilą po herbatce z imbirem i goździkami i poszłyśmy na długi spacer po lesie.
A potem moja Kumpela pomogła mi ubrać kołdry i poduszki w poszewki, a materac w prześcieradło. I jeszcze zrobiła mi zdjęcie na tle nowego łóżka.


sobota, 21 kwietnia 2018

Wiosenna przeprowadzka

Za dużo się ostatnio u mnie dzieje, żeby to tak wszystko z kronikarską dokładnością opisać. Frau Be mi świadkiem, bo to do niej ostatnio trafiłam mailowo z moimi troskami i przelewającymi się problemami.
Po czym po latach wzajemnego komentowania znalazłam u Niej życzliwe ucho, wrażliwą duszę i niezmierzone pokłady poczucia humoru podlane też oczywiście łyżką dziegciu, bo nie żyjemy na rajskiej wyspie. Summa summarum jak najbardziej zamierzam pogłębiać naszą znajomość pozablogową.
Nasza korespondencja i rozmowy były na tyle zajmujące, że przyznam szczerze nie czułam nawet potrzeby dzielenia się na bieżąco niedokończonymi sprawami na blogu.
Ale przecież mam i wobec moich Czytelników zobowiązania (no dobra, nie mówcie, że z radością sprawdzaliście bloga, widząc, że nie ma nowego wpisu, czyli nie będziecie się znów musieli przedzierać przez długiego jak tasiemiec posta), toteż pierwszego nieco wolniejszego dnia postanowiłam napisać, aby podzielić się tą lepszą częścią moich ostatnich wydarzeń. Ta gorsza niech pozostanie zamknięta, bo właściwie już pozamykałam najgorsze sprawy i pogasiłam bieżące pożary.
Wczorajszy dzień był klamrą domykającą długie oczekiwanie na szczęśliwy finał w dwóch ważnych dla mnie sprawach.
Dziś napiszę o jednej z nich.
Żeby Was dłużej nie trzymać w napięciu zdradzę, że wreszcie wczoraj przeprowadziłam 90% rzeczy do mojego nowego mieszkania. 

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Speckenbütteler Park na rowerze

Jak rok temu, tak i tym razem na pierwszą dłuższą wycieczkę wybrałam się w minioną niedzielę do Speckenbütteler Park. Tym razem pojechałam sama i dzięki temu mogłam jeździć i zatrzymywać się oraz cykać fotki gdzie tylko chciałam i nikt mi nie marudził, że za wolno jadę czy za często się zatrzymuję. Ma to wiele zalet. :)
Zabrałam też ze sobą aparat fotograficzny, bo wiedziałam, że takiej okazji nie można przepuścić. I faktycznie, narobiłam dziś ponad 300 zdjęć. Ale nie obawiajcie się, nie wrzucę ich tu teraz wszystkich na raz. Pokażę Wam tylko parę miejsc i kilka dzisiejszych wypatrzonych co ciekawszych motywów.
Pierwszym na co dziś trafiłam po pokonaniu imponującej dla mnie trasy ok. 11 km do parku był wprawdzie mecz piłki nożnej, ale nie miałam tam wstępu ani dostępu, więc zdjęć z tego wydarzenia nie będzie. Dotarłam od strony ogrodu różanego, w którym obecnie panuje jeszcze sen zimowy. Minęłam go więc dość szybko i przejechałam do restauracji połączonej z wynajmem łodzi tzw. Bootshaus.
W sezonie, czyli już teraz, można tam wynajmować łodzie, żeby przepłynąć się po pięknym dużym stawie, będącym największą chyba atrakcją w tym parku. A oto kilka zdjęć tego obiektu.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Otwarcie sezonu, czyli nareszcie wiosna

Już w piątek niebo rozświetliło słońce, błękity rozszalały się po nieboskłonie, a ludzie zrzucili większość ubrań. Przyznam, że ja jeszcze nie byłam tak odważna, bo jestem zmarzluch i nadal obawiam się o te moje plecy. Wrzuciłam więc czapeczkę na głowę, podjechałam do portu, a tam na miejscu spotkaliśmy się z M. (kiedy ja pracowałam, on jeździł na swoim małym rowerze wcześniej przez większość dnia) i wybraliśmy się na dłuuuugi spacer po nadmorskim deptaku. W tle najpopularniejsza widokówka z Bremerhaven. Widzimy Hotel Atlantic, ten konkretny zwany Hotel Sail City Bremerhaven i Mediterraneo, to ta kopuła, pod nią kryje się zespół restauracji i sklepików z modnymi ciuchami.