środa, 21 czerwca 2017

W poszukiwaniu spokoju

Zbieram się do pisania już od jakiegoś czasu, ale po kolei rezygnuję z poszczególnych tematów. Powodem jest to, że są to tematy mnie drażniące, sprawy niezałatwione (nie z mojej winy) lub takie, które z czasem będą załatwione, ale na razie są to dla mnie tzw. męczydupy. Czyli męczą, siedzą mi na karku, ale załatwić ich od ręki nie mogę. 
W mediach ciągłe szaleństwo śmierci, zamachów i coraz więcej dyktatury zamiast mądrego rządzenia. Wymiera ściskana żelazną obręczą totalitarnych rządów tu i tam demokracja inteligencja.
Nie da się rozwiązać wszystkich problemów za jednym razem. Jednak trudno jest obserwować nadprodukcję ciągle nowych problemów z zapałem godnym lepszej sprawy. Pokoleń będzie potrzeba, żeby posprzątać ten bałagan, który teraz szaleje w moim kraju i na świecie.
I w ogóle nie wiem, w którą ten świat stronę zmierza.
Żeby całkiem nie zwariować staram się skupiać na własnym życiu i własnych sprawach. Bo paru mądrych ludzi powiedziało, żeby najlepiej zawsze zaczynać od siebie.
Staram się więc załatwiać choć jedną z tych męczących spraw dziennie, żeby w sumie wychodzić powoli na prostą.
A potem cieszę się z tych mniejszych i większych prywatnych osiągnięć i małych rzeczy, które mnie otaczają. Jak chociażby z tego, że do ogrodu codziennie kilkakrotnie wyciąga mnie Mozart. Wprawdzie akurat nie zawsze wtedy, kiedy mam czas, ale trzeba jej przyznać wysoką skuteczność.
Dalej szukam dla niej domu, bo ciągłe chodzenie z kotem na smyczy i ciągłe pilnowanie, żeby broń boże jakichkolwiek drzwi nie otworzyć często paraliżuje i determinuje w całości codzienne życie.
Dla tych, którzy nadal uważają, że mają prawo mi radzić powiem tylko tak. Jeśli masz dla mnie poradę, schowaj ją do kieszeni. Jeśli możesz pomóc i zapewnić mojemu kotu bezpieczny dom, to chętnie zrobię dam z siebie wszystko, żeby to wam ułatwić.
A jak nie, to zapraszam: idź wytłumacz temu kotu, całe życie wychodzącemu, że z tego domu do ogrodu już nie wyjdzie. Proszę bardzo, są chętni?
Bo mnie tłumaczyć ani wymyślać rozwiązań już nie trzeba. Potrzeba mi konkretnej pomocy, resztę darów, porad i ocen mojej osoby i mojego postępowania proszę zachować dla siebie.

Wracając do małych radości: to one dodają mi siły do walki o spokój.
Do innej walki jako rekonwalescentka nadal jeszcze nie bardzo się nadaję.
Kręgosłup niby przycichł i znacznie rzadziej daje znać o sobie, ale po każdym trochę większym wysiłku wieczorem czuję nadal zanikające czucie na spodzie lewej stopy. 
A kiedy nieostrożnie się poruszę, czy go obciążę, odzywa się nagłym bólem nie wiadomo skąd. Wtedy skupiam się na znalezieniu pozycji, w której znów nie boli. W której mogę działać, żyć, pracować dalej.
Ale ogólnie nie jest źle.
I dobrze, że tylko to się dzieje.
Dobrze, że już w zasadzie normalnie się poruszam i chodzę.
Dobrze, że mimo moich obciążeń zawodowych i koniecznych związanych z tym podróży służbowych na trasach po 1000 km w jedną stronę mój organizm mimo wszystko się zbiera do kupy.
Dobrze, że mam te podróże służbowe, czyli jeżdżę do pracy i zarabiam.
Dobrze, że na razie chociaż tam, a i tu powoli coś drga w sprawach zawodowych.
Dobrze, że wczoraj ruszył się nareszcie mój ostatni zalegający od 4 miesięcy płatnik, oczywiście instytucja państwowa, i podobno już w tym tygodniu oczekiwana należność ma się znaleźć na moim koncie. Pożywiom - uwidim.
Ale to wszystko idzie dość powoli i ciągle jeszcze są sprawy zawodowe i finansowe, które mnie ciągną w dół. Staram się o nich nie myśleć, kiedy nie mogę ich załatwić. Ale jednocześnie nie umiem cieszyć się tak naprawdę, tak pełną piersią, jeśli coś takiego mi gdzieś siedzi ciągle z tyłu głowy.
Wracam więc do prostych radości.
Pamiętacie, jak chwaliłam się Wam naszymi przepięknymi różami i martwiłam mszycami? Padła nawet odważna propozycja przynoszenia do nich biedronek, będących naturalnym wrogiem mszyc. I co? I przyleciały same!





Wyczuły te bestie i zaczęły nie tylko je pożerać pasjami (taką zdziesiątkowaną kolonię mszyc widać dobrze na zdjęciu powyżej), ale produkują też swoich małych następców:
Ten biedronek wprawdzie szukał, szukał i nie mógł się doszukać wejścia, ale może to tylko taki taniec miłosny i seria pieszczot dla pani biedronki:


W każdym razie ja im życzę wielu małych biedroneczek, które przylecą i zjedzą kolejne mszyce.
Ponadto przybywa nam kwiatów w ogrodzie.
Wczoraj rozwinęła się kolejna róża, tym razem koloru różowego. 

A żółto-biały krzew róży rodzi coraz to nowe kwiaty.
Ale róże bardzo szybko odchodzą, trzeba je więc kochać szybko.
Na szczęście na ich straży też czuwają biedronki.

Inne kwiaty wywołują mój podziw feerią i intensywnością barw.

Kwiaty wypinają dumnie pręciki gotowe do zapylenia.
I zachwycają intensywnością barw.
Na co oczywiście znajdują się chętni.

Do pełni szczęścia brakuje mi chyba tylko urlopu, ale na ten będę sobie mogła pozwolić z czystym sumieniem chyba dopiero po dokończeniu tych obciążających mnie jeszcze spraw. Taki mam więc plan na najbliższe tygodnie.
A póki co ruszam do roboty!

31 komentarzy:

  1. Ty pacz, a ja w ferworze tego wszystkiego zupełnie zapomniałam o biedronkach! Dzięki za przypomnienie, bo mszyce i u mnie obżerają wszystko. W starym domu wystarczyło raz wprowadzić złapane na łące biedronki (bo musze powiedzieć że z tymi to u nas jakoś kiepsko) i się ładnie mszycami zajęły. A, i jeszcze wygonić mrówki, bo one sobie te mszyce specjalnie hodują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hexe mi podpowiedziała te biedronki! Ale o wygonieniu mrówek jeszcze nie pomyślałam, a też ich u nas sporo... No nie daję jednak rady ogarnąć wszystkiego, a Mój i tak sporo (czyli wszystko) robi w tym ogrodzie. Ale pogadamy o tym, może znajdziemy jakiś środek.

      Usuń
    2. Iwonka, na mrówki...cynamon. Wystarczy posypać.

      Usuń
  2. Moje zycie kreci sie praktycznie wokol mnie, coraz mniej obchodza mnie sprawy ogolnoswiatowe.
    Dobrze ze znasz swoje cialo i wiesz jak reagowac jak pojawi sie bol, to wazne.
    Moglabym zachwycac sie pieknymi kwiatami czy biedronkami, ale mnie zachwycilo Twoje zdjecia, slonce na twarzy, zamkniete oczy, cudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo zajęcie się swoim życiem i swoimi sprawami to chyba jedyny lek na to światowe szaleństwo. Gdzieś na końcu tego łańcucha pokarmowego i tak zostaniemy zawsze zdani sami na siebie. I to my i tylko my możemy o siebie zadbać.
      Bardzo dziękuję, to zdjęcie oddaje chwile, które są tylko dla mnie :).
      pozdrowienia

      Usuń
  3. Iw, jeżeli będziesz w lipcu w Warszawie to daj mi znać, może uda się nam na chwilę spotkać.No tak kot, który całe życie był kotem przydomowym to nie może się przekwalifikować na stricte domowego kota. Tyle tylko, że w nowym miejscu, gdy kicia wyruszy w teren też będą obce koty, które mogą jej spuścić manto i poharatać skórę. Nic Ci nie poradzę, ale ja to pewnie zrobiłabym dla niej w którymś kącie ogrodu wybieg, wykorzystując do tego siatkę wolierową. Jeśli zrobi się to w kącie, to wystarczy dorobić tylko dwie "ściany" i dach też z siatki wolierowej. Moi znajomi zrobili taki wybieg dla swego psa, z tym,że ma on tam też coś na kształt budy i dostęp do wody. Praktycznie całe lato tam psisko siedzi, gdy oni idą do pracy.
    Piękna ta nowo rozkwitła róża, niezwykły kolor.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czołem Anabell, tak będę w lipcu i na pewno się odezwę, już to zaplanowałam i tym razem musi się udać. A prosiłam: nie radź mi...
      Jeśli misja znalezienia dla kota domu nie powiedzie się, będzie nam bardzo trudno prowadzić dalej w tym domu w miarę spokojne życie. Nie jesteśmy robotami, żeby trzymać się zawsze i na co dzień surowych zasad. Poza tym to trudne i dla kota, który chodzi za nami wiele razy dziennie i błaga o wypuszczenie. Ostatnio śpię z nią na górze, tam nie ma takiego widoku na dwór i tam Mozart rozumie, że nie ma wyjścia i już. Myślę, że odnalazłaby się w mieszkaniu bez opcji wychodzenia, jest już o wiele spokojniejsza, niż kiedyś. Ale braku tej opcji w tym domu nie zrozumie.
      Oczywiście, że kot wszędzie się bije, w Warszawie też się biła, ale najwidoczniej przeciwnicy byli na jej poziomie, bo jednak wracała podrapana, ale cala. Tutaj jest inaczej, nie ona jedna zbiera manto. Kotka sąsiadów też bywało, że wracała cała poturbowana, albo nie było jej przez tydzień. Nasza najwyżej na noc ginęła w Warszawie. Coś tu w okolicy ewidentnie jest nie tak. Nie wiem, co może jakieś gryzonie, które jej się w ten bok wgryzają.
      Ja bym zaryzykowała mimo to dalsze wypuszczanie, albo faktycznie zbudujemy dla niej taką klatkę z budą. Ale nie wiem, czy uda się to zrobić jeszcze w tym roku. Duże mnie czekają wydatki.
      Róże nieustannie mnie zachwycają :)

      Usuń
    2. Bo mnie jest żal i Was i kici!To można oszaleć, gdy zwierzę cały czas się wydziera, a wypuszczenie go grozi kolejnymi problemami.
      Miałam kiedyś sunię, która tak nam dała w kość (zniszczyła 3/4 mieszkania, pogryzła dziecku wszystkie zabawki, pogryzła też nasze dziecko, urywała się notorycznie ze smyczy i w końcu ją oddałam do kogoś, kto mieszkał w domu z ogrodem. Nawet nie masz pojęcia jak to przeżyłam i dlatego Ci "poradziłam", bo wiem, że jesteś do niej przywiązana. Siatka wolierowa nie jest droga, u nas kupiliśmy ją (do zabezpieczenia loggii przed gołębiami) w Leroy Merlin. Jeśli ją tu kupisz to będzie taniej niż w BH.Ostatnio cały czas chodzę po domu i patrzę co powinnam kupić tu, a nie TAM;))Jak się spotkamy to mi pewnie też coś doradzisz.
      Miłego;)

      Usuń
    3. Pewnie doradzę, na pierwszy ogień wszystkie rzeczy elektryczne typu: żarówki, przedłużacze itp. :) Tam mały wybór i o wiele za drogo. :)) Postaram się pomyśleć, co jeszcze...

      Usuń
  4. "Nie pytaj świata dokąd zmierza, bo nie daj Boże prawdę powie". Lepiej zachwycać się różami i cieszyć z kolejnego danego nam dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... tym bardziej, że w każdej sytuacji na świecie nikt inny nas nie zbawi, nie wybawi i nie uratuje. To jest możliwe tylko dla nas samych.

      Usuń
  5. Niezalatwione sprawy uwieraja, ale nie na wszystko mamy wplyw. Niestety polityka swiatowa, od ktorej najchetniej bysmy sie izolowali, ma spory wplyw na nasze obecne i przyszle zycie, strusie chowanie glowy w piasek nie uchroni tylka, ktory sterczy do gory i stanowi latwy cel. Jest zle, a bedzie znacznie gorzej, czego nie chca zauwazyc ludzie otoczeni swoim pozornym dobrobytem, ktorzy pozwalaja karmic sie ocenzurowana sieczka medialna.
    Rozumiem Wasza desperacje w znalezieniu kotu domu, choc ja raczej kombinowalabym z utworzeniem dla niej bezpiecznego wyjscia na ogrod (ogrodzenie, za ktore nie moglaby wyjsc czy zadaszony siatka kojec z prowadzacym do niego tunelem od kocich drzwiczek, cos w ten desen). Szkoda byloby mi tylu wspolnych lat ze zwierzakiem, ona tez na pewno Was kocha i bedzie przezywala rozstanie i zmiany, na ktore jest juz chyba za stara. Przemysl to jeszcze, moze uda sie ubic dwie muchy jedna packa, zostawic kota i zapewnic mu bezpieczenstwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, jakoś nie wyobrażam sobie, żeby mogła namieszać w polityce w dodatku światowej. Nawet w krajowej z daleka nie mogę. Kiedy byłam, chodziłam chociaż na demonstracje, ale pewne rzeczy na odległość są niemożliwe do zrobienia.
      Każdy jakoś sobie z tym po swojemu radzi, co się dzieje na świecie. A że zagrożenie jest i rośnie, to chyba widzimy wszyscy.
      Co do rad - powtórzę to, co napisałam w poście. Znajdziesz dla niej bezpieczny dom? Bo rady ja już przerobiłam. Sądzisz, że w ogóle brałabym pod uwagę taki pomysł, gdybym nie przemyślała tego gruntownie? W moim wieku?
      Dojrzewam do tego nie od pół roku, tylko od dwóch lat, bo od dawna czułam, że ten wyjazd źle się dla kota może skończyć. Dyskutować z kolejnymi pomysłami nie chcę, bo nie przedstawię na forum publikum również wszystkich argumentów.
      A że decyzja jest ciężka jak ołów i to już wystarczy, to chyba nie muszę mówić.

      Usuń
  6. z kotem faktycznie masz zagwozdkę. Nie ma dobrego wyjścia. Wiem co mówię. Próbowałam swojego futrzaka trzymać w domu - to było awykonalne. Uchyl okno a kot już na powietrzu świezym - i martw się całą noc bo kot to kot własnymi chadza drogami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej ty rozumiesz, że utrzymanie kota, który pragnie uciec na wolność w domu jest niewykonalne. Albo stwarza tyle problemów, że wykańcza psychicznie po pewnym czasie i ludzi i zwierzaka. Martwiłam się o nią wiele razy, ale ostatnio kiedy większość spędza w kołnierzu ot tylu tygodni i ciągle musimy uważać podwójnie i potrójnie, postanowiłam dać jej przynajmniej szansę na bezpieczniejszy dom. Szkoda, że wielu osobom tak trudno to zrozumieć. Moje smutki i tak poniosę ze sobą dalej sama.
      Pozdrowienia serdeczne! Dzięki za zrozumienie

      Usuń
    2. nie ma dobrego wyjścia. My poddaliśmy się Zołza wychodzi ale zobacz jak wyglądała kilka razy... Raz tłukła się z lisem...Jej rekord to ponad 20 szwów na raz. Jak nie wraca to chodzę wołam "kiciam" stukam w puszkę z żarciem. A weź!! Popatrz jak wyglądała
      https://jagatoja.blogspot.com/2016/04/moj-przydomowy-zwierzyniec-ii.html
      https://jagatoja.blogspot.com/2016/04/nasz-przydomowy-zwierzyniec-iii.html

      Usuń
    3. Coś czuję, że i u nas będzie podobnie. Niestety tu szarżuje taki olbrzymi żółty kocur, typu bengal, dziś ponownie przyszedł pod okno. Nasza kicia tak się wydarła, jakby ją ze skóry odzierali. Na żadne zwierzę do tej pory tak nie reagowała. A że było to już drugi raz i za każdym taka reakcja, a ten bengal bezczelny jak diabli, to podejrzewamy, że on mógł maczać pazury w jej stanie...
      Oj masz to stadko urocze i faktycznie też mieliście z Zołzą i trudne chwile.
      Teraz, kiedy nie wychodzi, najwyżej na smyczy przynajmniej śpimy spokojnie... Ale jak się jej zdejmie kołnierz, to się kota już nie utrzyma.

      Usuń
  7. Gubię się o jakich krajach tam i tu mówisz...
    Ja się wyłączyłam, nie oglądam TV i mam spokój, chociaż problemu to nie rozwiązuje na skalę ogólnoświatową,
    to ja i tak nie mam wpływu na to co się dzieje, więc staram się nie brać niczego do głowy...
    Współczuję sytuacji z Mozartem, ani tak ani tak, co zrobisz jest źle...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja już nie mam siły i ochoty zajmować się problemami politycznymi i światowymi. Przynajmniej na razie muszę się zająć własnymi, bo tego za mnie nikt nie zrobi.
      Niestety każde rozwiązanie odnośnie kici jest złe. To znaczy istnieją inne rozwiązania, które złamałyby mi serce, takie jak oddanie do schroniska, co mi ostatnio proponowano. Ale to dla mnie jest nie do przyjęcia. Jeśli już powinnam to zrobić jak tylko kot się pojawił w domu bez mojej zgody i był malutki, wtedy łatwiej by pewnie było komuś go pokochać. Wtedy nie miałam serca, a teraz jest bardzo trudno znaleźć kogoś, kto zadba o dorosłego kota.
      A ona tu w końcu za którymś razem może zginąć i ten obraz nie daje mi spać.

      Usuń
  8. nie pisz proszę o polityce, to byłaby masakra, w końcu od niej u Ciebie odpoczywam...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie piszę, bo inni robią to lepiej. A mnie jakoś się pazur stępił, kiedy patrzę na kolejne ekipy i powtarzalne schematy, mam ochotę po prostu usiąść sobie cichutko w kąciku i przeczekać.

      Usuń
    2. lepiej lub gorzej... ostatnio mnóstwo blogów jest przepolitykowanych, mnie też ta przypadłość dotyka od czasu do czasu, więc muszę gdzieś szukać równowagi...

      Usuń
    3. Przepolitykowanych jest wiele, mnie też ruszają sprawy polityczne, ale nie chcę brać udziału w tym całym cyrku, szczególnie jeśli nie mogę na poważnie. A skoro nie mogę, to nie ma co tracić energii i udawać, że się bierze udział przez napisanie jakiegoś tekstu i dużą ilość lajków.
      Równowaga to to, co mi jest od dawna najbardziej potrzebne. :)

      Usuń
  9. Po pierwsze będzie dobrze.
    po drugie rad nie daję, jeśli ktoś nie chce bo po co. Wolność Tomku w swoim domku :) Życzę tylko powodzenia w znalezieniu kogoś kto zajmie się Mozart.
    a ogród pięknie rozkwita.
    pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że musi być dobrze, ale czasem czas oczekiwania jest dość trudny. :)
      Rady są dobre dla ludzi, którzy ich potrzebują. Ja do nich nie należę. Bardzo dziękuję, chcę jej zapewnić dobry dom i będę o to walczyć.
      Ogród jest wymarzonym miejscem do siedzenia :)
      pozdrowienia

      Usuń
  10. Czytuję Cię z wielkim zainteresowaniem od dość dawna, choć nigdy się nie odzywałam... Jednak za sprawą Mozarta przemówiłam;) Od stycznia przybył do mnie od Kasi z Łodzi piękny siedmioletni kot Alex. Tak, jak Mozart koniecznie chciał być kotem wychodzącym, a u Kasi nie było takiej możliwości. Obawiałyśmy się obie, jak wychowany od kociaka kocio zaaklimatyzuje się w nowym domu. Mieszkam na wsi z huskim i kotem 17-letnim niezbyt lubiącym (delikatnie powiedziane)kotów. Zwierzaki bardzo szybko ustaliły hierarchię w stadzie. Koty nie kochają się, ale jakoś tolerują siebie wzajemnie. Wszystkie wychodzą do ogrodu ile tylko chcą. Drzwi zamykane są tylko na noc. Alex jest wielkim pieszczochem. Nastała sielanka i... Zachorowałam. Operacja, chemioterapia... Na czas moich pobytów w szpitalu musiałam znaleźć im opiekę. Teraz wygląda to tak, że podczas moich cotygodniowych wtorkowych wyjazdów do szpitala zwierzaki zabiera do siebie ktoś, kto sam ma 2 huskie i 1 kota. Tak się do tego przyzwyczaiły, że w poniedziałek od rana czekają na swojego drugiego opiekuna. Mam nadzieję, że i Tobie uda się znaleźć kici nowy dom, w którym odnajdzie się, a Ty będziesz spokojna, że jest jej dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haniu, nawet nie wiesz, ile pozytywnej energii i nadziei przyniósł mi Twój komentarz. Bo z tą sytuacją jest niemal jak z ciążą: wszyscy lepiej ode mnie wiedzą, jak mam ją donosić, co robić, oraz jakie będą komplikacje. Bardzo się cieszę z tego wreszcie pozytywnego przykładu, po którym widać, że koty też potrafią się przyzwyczaić i oswoić z nowymi warunkami, jeśli tylko są do tego z miłością i odpowiedzialnością przygotowywane. Dziękuję Ci bardzo i mam nadzieję, że z Twoim zdrowiem wszystko już dobrze.
      Tu w Niemczech była pewna pani, która chciała już wziąć Mozarta przed ok. 2 miesiącami i pewnie by się to udało, gdyby nie to nieszczęsne nieudane w DE leczenie kota. Kiedy musiałam ją wywieźć do Polski, żeby dostała właściwy lek i sama się leczyłam pani w międzyczasie miała sama chemię i naświetlania, a czekała na przeprowadzkę do nowego domu. Okazało się na koniec, że nie jest pewna, czy sobie da radę z kicią. Zapewniałam, że we wszystkim pomogę, ale rozumiem ją, że w takiej sytuacji jej zdrowie okazało się najważniejsze.
      Oby znalazł się ktoś, kto zapewni Mozartowi dom lepszy i bezpieczniejszy niż ten tutaj. Trzymaj za nas kciuki!

      Usuń
    2. Trzymam kciuki. Uda się na pewno :)

      Usuń
  11. Dlatego ja w ogóle nie oglądam wiadomości. O rzeczach naprawdę istotnych i tak się dowiem od ludzi mnie otaczających. Nie ma sensu psuć sobie nerwów codzienną dawką negatywnych informacji. Żyję już od lat bez mediów, bez portali informacyjnych i bez brukowców. I dobrze mi z tym. A i tak doskonale orientuję się o sytuacji na świecie, bo przecież ludzie i tak gadają.
    Współczuję kłopotów z plecami, oraz tego, że musisz oddać kota. Pocieszające jest, że to przecież dla jego dobra i bezpieczeństwa!
    Ogród masz piękny! Aż zazdroszczę Ci chyba :)

    OdpowiedzUsuń
  12. W domu mam dwie stare, chore suki. Utrudniają życie mnie, bo nie mogę ich wyprowadzać, tylko czekam aż syn przyjdzie i to za mnie zrobi. Wiem jednak, że żaden człowiek nie wziąłby którejś(nie mówiąc o obu) do siebie. Oddanie ich do schroniska, to skazanie na uśpienie, bo nikt tam nie chciałby się chorymi psami zajmować.Syn nie może ich zabrać na wynajmowane mieszkanie, bo brak zgody właściciela. Dlatego wiem, że nie ma innego rozwiązania jak trwać w obecnej sytuacji. Rad nie daję, bo nimi piekło jest wybrukowane. Życzę jednak by przysłowie "ile cierpliwości, tyle mądrości" było Ci pomocne w rozwiązaniu problemu. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie no, przyjadę tam i podpierdzielę Wam te deski (parkiet)! ;D A te kwiatki, te zaraz po różach i biedronce, to co to jest? Ładne, takie "domowe", że aż się chce wyjść do ogródka z kubkiem kawy w ręce. Co do kici, wiadomo, męczy się bidula, ale zdrowie (bezpieczeństwo) ważniejsze. Szkoda, że nie można jej wytłumaczyć jak człowiekowi.

    OdpowiedzUsuń