wtorek, 6 czerwca 2017

Uciekająca panna młoda, wróć kicia - już nie taka młoda

Niestety kilka dni temu, a dokładnie 30 maja Mozart znów sobie rozwaliła bok. Uprzednio wyszła też sobie z domu na całą noc, zostawiając całego w nerwach Mikaela, który prawie przez całą noc nie spał, ciągle sprawdzał, czy jędza się pojawiła, czy nie. Pojawiła się. O 6 rano.
Na nasze usprawiedliwienie powiem, że trudno jest takiego samodzielnego wychodzącego z powrotem kota utrzymać latem w domu szczególnie, kiedy zaczynają się ciepłe wieczory i kot też chce z nami posiedzieć.
Dlatego i tego wieczoru Mikael wziął ją ze sobą na dwór i siedzieli prawie do 21. A potem kot się gdzieś zawieruszył i nie wrócił aż o 6 rano następnego dnia.

Po powrocie póki co nic nie zwiastowało nieszczęścia, zachowywała się nawet w miarę normalnie, tyle że po jedzeniu od razu padła spać. Po kilku godzinach dopiero Mikael obejrzał jej bok, tym razem drugi, bliżej ogona i stwierdził, że zrobiła tam sobie paskudną ranę szarpaną. Paskudną, bo dużą, wyszarpaną i bez skóry i niestety nie dało się tak zostawić kota. Nie krwawiła, więc zauważył to dopiero po kilku godzinach, jak mówię.
Czym prędzej po nerwowej konsultacji ze mną zabrał kota do weta, niestety za dużego wyboru nie miał, czyli do tego samego, który ostatnio nie umiał jej wyleczyć (żeby to jeden!) i położył ją u niego do szycia. Wszystko odbyło się dość szybko, kot zasnął, a lekarz zebrał jej tę ranę na takie metalowe klamerki, twierdząc, że kot ich sobie nie wyszarpie (słyszycie moje sardoniczne hahaha!!!???).
Lekarz pytał też, jak się ma z ogonem i czy jego leczenie pomogło. Oczywiste, że nie pomogło, ale nie było o czym gadać, poza tym faceci (nie wiem czy zauważyłyście siostry) nie lubią wykazywać specjalistom ich niekompetencji. Tak było i tym razem. Wszystko, co zrobiłam, miesiąc w Warszawie, leczenie kota u mojej dermatolog, zostało przemilczane. No trudno. Z drugiej strony znając już procedurę następnym razem pojadę po lek sama, przywiozę i podam kotu, nie muszę o tym tamtym wetom opowiadać, chyba że poproszę o zastrzyk, jeśli sama nie dam rady go podać.
W efekcie wizytybok kota wyglądał tak:
A sama kicia tuż po zabiegu jeszcze bardzo osłabiona tak:
Kolejne dni nie były już tylko miłe i przyjemne. Bo wiadomo na chorego kota trzeba uważać, przez większość dnia łazi w kołnierzu, a do jedzenia i kuwety lubi mieć go zdjęty, więc Mój zajmował się prawie przez cały czas tymi czynnościami. Trzeba mu przyznać, że się starał, tu widać rozłożone dla kotka na pierwszą noc po zabiegu posłanie i kocyk.
Po jedzeniu często brał kicię na spacery na smyczy. Na szczęście zwierzak się na tyle przyzwyczaił, że teraz to dla niej atrakcja prawie równa samodzielnemu wychodzeniu.



Jak widać boczek już wygląda całkiem nieźle, mimo że oczywiście w chwilach nieuwagi Mikaela zabierała się tam i próbowała ranę obrabiać.
Najczęściej po takich spacerach jest tak zmęczona, że pada na górze w pokoju gościnnym i wtula się do starego kumpla orangutana.
Innym razem kładzie się na kanapie. Albo rezyduje na kolanach.
I oczywiście potrzebuje cały czas dużo miłości i drapania, bo sama się nie jest w stanie podrapać.
 
Nie pisałam Wam o tym do dziś, bo sama się musiałam z tym uporać, a poza tym zdalnie podtrzymywać Mojego na duchu, bo wiadomo chłop obciążony samodzielnie takim problemem to koniec świata.
Jakoś mi się udało, kici już pojutrze będą zdejmowane te klamry. Ale dziś Mozart zrobiła nas oboje w bambuko.
Mikael dawał jej jedzenie i siedział w związku z tym zamknięty z nią w pomieszczeniu gospodarczym, gdzie stoi też kuweta. Dla ułatwienia do tych obu czynności zdejmuje jej kołnierzyk.
Zdjął, zajął się sprzątaniem, po czym rozejrzał, a kota nie ma. I w tym momencie zauważył, że nieopatrznie otworzył drzwi pomieszczenia a kot mu się gdzieś wymknął. Oczywiście panika, telefon do mnie: gdzie jest kot? Pyta mnie, jakbym ja mogła wiedzieć jadąc samochodem przez zatłoczone ulice Warszawy. No ale znam ją dobrze, podpowiadam gdzie mogła się schować.
- Zobacz pod wersalką, tam lubi się chować, do tego pudła na pościel pod spodem.
- Już patrzyłam, nie ma jej tam.
Ale przez okno uchylone w pom. gospodarczym chyba nie mogłaby uciec, prawda?
- Nie ma szans tam doskoczyć, kiedy ono jest uchylone nie miałaby jak tak wysoko wejść. 
- No dobrze, to szukam dalej...
- A miała kołnierz na sobie? - pytam jeszcze w panice, już widząc ją uciekającą gdzieś oszołomioną po ogródkach i do tego z raną i w kołnierzu (coś takiego już się raz zdarzyło po jej poprzednim zabiegu, ale to było straszne!).
- Nie miała, zdjąłem jej do jedzenia i kupkania.
- No dobrze, rozluźniłam się. To szukaj i koniecznie mi napisz lub zadzwoń, jak ją znajdziesz, bo się będę martwić. A teraz muszę jechać dalej. I na tym zakończyliśmy rozmowę.
Była godzina 14.30.
Wyczekałam do 17, kiedy to udało mi się wrócić do domu po całym dniu załatwiania spraw na mieście.
Nieśmiało piszę do Mojego:
- Czy ją może znalazłeś?
A ten jakby nigdy nic dzwoni i opowiada:
- No jest, schowała się u Ciebie między biurkiem a kaloryferem, tam jest taka wąska szczelinka. Musiałem ją wyciągnąć nawet za łapę, bo bez tego kołnierza może sobie coś zrobić.
- No i ty mnie tak długo bez tak ważnej informacji trzymasz?! 
- Fakt, masz rację. - zgodził się szybko.
Ale wracaj już szybko, bo już nie daję rady. W dzień ciągle trzeba nad nią siedzieć, i przy jedzeniu nawet drapać, bo nie zje. Siedzieć, kiedy robi na kuwetę. Sprzątać. A potem jeszcze w nocy budzi się koło 4, potem 6, a potem 7 nad ranem, bo jej się przypomina, że pieszczot potrzebuje. Wysiadam! Nie mam już siły.
- Dobrze, wracam w czwartek, to cię zmienię. - Obiecałam.
- Wreszcie zacząłem rozumieć, dlaczego czasem jesteś taka zmęczona i zniecierpliwiona, kiedy z nią cały dzień siedzisz.
- Kochanie, tylko ja nie siedzę, ale jeszcze do tego pracuję.
- No tak, no tak. W każdym razie teraz cię rozumiem.
(Oby zrozumienie potrwało jak najdłużej).
I tym mimo wszystko optymistycznym akcentem żegnam się z Wami na dziś. Mozart czuje się już prawie całkiem dobrze, mam nadzieję, że niedługo wróci całkiem do zdrowia i nasze życie potoczy się dalej może wreszcie nieco spokojniejszym rytmem (hihihi - zaśmiał się w tle los, nie ma tak dobrze, już ja wam coś przygotuję).

24 komentarze:

  1. Chyba nie pozostaje Wam nic innego, jak opracowac system wypuszczania kota do ogrodu jedynie na smyczy. Mozna np. rozciagnac line miedzy drzewami, nawlec na nia kolko i do niego przypinac dluga smycz, na koncu ktorej bedzie kot. Wymaga to troche pracy, ale Mozart bedzie mogla lazic po ogrodzie bez ciaglej opieki, a nie odejdzie za daleko. Ona nie moze byc wypuszczana, jak pokazuje doswiadczenie, musi byc w zasiegu i tyle. Nie mozna jej wciaz i bez przerwy poddawac narkozom, bo to strasznie wali na nerki i watrobe. Trzeba znalezc kompromis, wyjscie optymalne, ale jednak na uwiezi. Trudno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co tak właśnie jest. A my się musimy nad tym wszystko naprawdę bardzo dokładnie zastanowić, bo to już rzeczywiście jest bardzo trudne...

      Usuń
  2. Gdzie ona sobie tę dziurę zrobiła? O co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się zastanawiamy, wygląda jak zrobiona jakimś ostrym przedmiotem, może szpiczastym fragmentem ogrodzenia?

      Usuń
    2. A ile lat ma ta uciekająca panna niezbyt młoda? :)

      Usuń
    3. W tym roku siedem, po ludzku to mało, po kociemu gdzieś tak połówka :)

      Usuń
    4. A, to młoda jednak. Moje mają 16, 12, 12.

      Usuń
    5. Faktycznie Twoje już są starsze, a ja mam problemy z zapamiętywaniem dat i ostatnio przez długi czas ciągle myślałam, że ona ma lat 5, po czym o jej rzeczywistej liczbie lat przypomniała mi wizyta u naszej wetki dermatolog i formularz, który się zawsze otrzymuje, bo tam są dane kota. :)

      Usuń
  3. Niby taka miła i śliczna kicia, a zachodu z nią więcej niż z dzieckiem. Zdrowia, uśmiechu i niekapryśnego losu całej Trójce życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy, to naprawdę fajna kicia i mądra, i kochana. Ale niestety kiedy wychodzi, jest nieobliczalna i niestety nieostrożna. W końcu to tylko zwierzak, który nie ma daru przewidywania. A w każdym razie na pewno nie w tym wymiarze, co człowiek.
      pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  4. - No nieee! Tak miało nie być! Gdzie ty łazisz, Mozarcie? Utrapienie z tym sierściuchem! To się teraz doigrałaś. Znowu linewka. Przynajmniej do czasu, aż się zagoi. A mnie przejdzie irytacja. Kot sobie poradzi. Tak mówi stare przysłowie, ale jak widać, kot nie zawsze sobie radzi.
    i tak dalej, i takie tam...
    a kot, jak to kot... ma wyrąbane, nie słucha tego utyskiwania, tylko ociera się o nogi z ogonem wzniesionym do góry, potem wskakuje na kolana, patrzy w oczy i oświadcza stanowczo, tudzież rzeczowo:
    - Miauuu...
    i jak tu nie kochać kotów?... zwłaszcza poharatanych po nocnych eskapadach podejmowanych w celu ogarnięcia swoich Bardzo Ważnych Kocich Spraw...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, nie da się nie kochać nawet najgorszej kociej cholery, a co dopiero kota, który lezie na kolana, patrzy w oczy, gada i się tal pięknie łasi.
      Nie wiem sama, co robić dalej. Chyba po prostu żyć i mieć nadzieję ...

      Usuń
  5. Ale macie z nią przeboje... A ten bok, to znowu bambus, czy coś innego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bambusa już nie ma, więc gdzieś indziej sobie ten bok musiała rozedrzeć...

      Usuń
  6. Obejrzyjcie dokladnie ogrodzenie, moze cos tam wystaje. Ja ostatnio zauwazylam kilka gwozdzi wystajacych na dwa centymetry, dokladnie w miejscu gdzie Migusia przelazi przez plot. Natychmiast kazalam Chlopu powyciagac, bo oczyma wyobrazni juz widzialam poharatany brzuch.
    Musze stwierdzic, ze rzeczywiscie macie przeboje z tym Mozartem. Oby nigdy wiecej nic takiego sie nie stalo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę obejrzeć, jak tylko wrócę, bo nie uśmiecha mi się cerować kota co tydzień.
      Ale nie mam złudzeń - pewnie nie jest to ostatni raz...

      Usuń
  7. Nie bede plakala nad poraniona kotka, bo piszesz ze dobrze sie goi, tylko pozwole sobie na wielki usmiech od ucha do ucha, jak Mikael zadzwonil do Ciebie z pytaniem 'gdzie jest kot' a Ty w Warszawie, cudne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że ja przecież lepiej wiem, gdzie jest kot, który jest z nim!!! :)))

      Usuń
  8. Rana nie wyglądała miło, ani dobrze. A te klamry brrr.. nie podobały się mi od pierwszego przyglądnięcia się, ale jak trzeba to trzeba.
    Mozart musi mimo wszystko chodzić na smyczy i mało tego oczy na około głowy.
    pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze jest to, że uchronienie kota wychodzącego przed czymkolwiek jest za trudne do wykonania, a zamykanie go na stałe w domu to dla niego kara, jak więzienie. Trudno podjąć mądrą decyzję.
      pozdrowienia

      Usuń
  9. Znam to z autopsji - rekord naszej kotki to ponad 20 szwów. Ale odpukać od ponad roku jest spokój . Wiem, że zamykanie kota to sadyzm i trzeba pozwolić kotu być kotem ale ciągle się obawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, człowiek nie ma serca, żeby takiego sierściucha w domu zamknąć, a potem nic tylko szycie, doktory, szycie, szycie i od nowa.
      Chyba podejdę do tego filozoficznie - chce łazić, musi to znosić.

      Usuń
  10. Po zszyciu to naprawdę wyglądało na mega poważne. Koty mają to do siebie, że po prostu lubią wolność ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, obawialiśmy się, jak się będzie leczyło, wczoraj miała zdjęte klamry i już wszystko wygląda nieźle, chociaż nie jest jeszcze kompletnie zagojone. A wolność u kota przede wszystkim! :))

      Usuń