niedziela, 11 czerwca 2017

Ogród rekultywacja i bunt przeciw kociej jednowładzy

Jakie to miłe, kiedy mężczyzna dba o ogród, a ja mogę sobie tylko chodzić sobie tam i siam, robić zdjęcia i podziwiać. Albo usiąść na ławeczce czy przy stole z kawusią i napawać się zielenią, ćwierkoleniem ptaszków lub obserwowaniem kici.
Wczoraj rano Mikael nakupował kwiatów, żeby wymienić te, które już zaczęły wyrastać za mocno i przekwitać. I rozpoczął prace ogrodowe, które trwały do wieczora. 


W ogrodzie to ja obecnie (i nie tylko) za wiele nie porobię, ciągle jeszcze muszę uważać na plecy, schylanie i dźwiganie jest zabronione.
Ale efektami jego pracy się cieszę, toteż pochwalę się zdjęciami z wczorajszego pola bitwy. 
Poniżej już widać, że ogród został skoszony. Podobnie łan czyli część ogródka od ulicy czyli przed domem, a dokładniej przed moim gabinetem.
Jak widać oprócz skoszenia trawki pierwsze kwiatki w donicach zostały posadzone. Poprzednio były tu bratki, teraz są ... eeee, nie znam się. Może Wy wiecie, jak się to nazywa po polsku?





Mikael walczył też z odrastającym w rogu ogrodu bambusem. Ale odporne dziadostwo, tak odrasta, że tylko szpadlem i wodą z solą powoli to wypleniamy.

Całą akcję ze strachem obserwowały z ukrycia nasze ogrodowe żabki.

Ostatnio znalazły w nich swój dom mrówki. Podniosłam żabkę, a tu wysypały się z niej tysiące mrówczych jaj, a mrówki-żołnierze zaczęły obłazić żabkę. Toteż szybko postawiłam ją z powrotem na ziemi, a mrówki skrzętnie poodnosiły jaja z powrotem do żaby. Na szczęście tym razem przenoszeniem żab zajmował się Mikael. Ja czuję respekt przed owadami.
Kiedy już w ogrodzie zaczął panować jako taki ład, wybrałyśmy się z Mozartem na spacer po ogrodzie na smyczy. I wtedy to zauważyłam...

NIEMIECKA SŁUŻBA WETERYNARYJNA
Jako wstęp dodam, że w piątek byliśmy w przychodni u weta na zdjęciu klamr z rany Mozarta.
A to już obrazek z soboty przed południem:
Jak widać rana rozeszła się do pierwotnych rozmiarów. Dodam, że oczywiście kot przez cały czas przebywał w kołnierzu.

Nie muszę chyba po raz kolejny mówić, co sądzę o niemieckich weterynarzach?! No przecież nie polecę znów z kotem na kolejną narkozę po 10 dniach do jasnej Anielki!!! To znaczy, nie wyobrażałam sobie tego i byłam załamana.
Doktor wet, u której zdejmowane były klamry, też się zdziwiła, że ktoś kotu klamry zakłada, ale co miała robić - zdjęła.
Potem zapytała, jak tam z ogonem. 
Na co zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że przecież mówiłam, jaki lek podać i skoro tu nie dostałam tego leku, to musiałam zabrać kota do Polski i tam iść do jej dermatologa.
Doktor wet zrobiła wielkie oczy i zaczęła szukać tego leku w internecie. Ja go wcześniej znalazłam, więc wiedziałam, że jest też wersja niemiecka. Toteż skrzętnie się ucieszyłam, kiedy w tak prosty sposób okazało się, że mam rację. Szkoda tylko, że temu odkryciu towarzyszył w duchu sardoniczny śmiech!
W związku z tym ma uwagę Mikaela, że przecież nie wiadomo, czy lek ten jest dostępny w Niemczech nie mogłam się powstrzymać i stwierdziłam, że nie wierzę żeby Niemcy były aż tak bardzo zacofane, żeby nie było tutaj tego, co jest od dawna dostępne w Polsce. (strike, strike, strike!!!)
Wszyscy troje (Mój, wetka, młodsza wetka) zaniemówili nieco z wrażenia...

Wczoraj po południu to miejsce wyglądało coraz gorzej, aż wreszcie rozeszło się w całości.

A tymczasem kocica bezwstydnie z takim rozklekotanym bokiem domagała się wypuszczenia na ogród i zachowywała się jakby nigdy nic, miaucząc w olabogi, żeby przecież ją wypuścić, przeciż jest takim grzecznym kotkiem i nie chce robić do kuwety, że ona tylko na chwilkę, na siusiu, na taką maleńką kupeczkę i jeszcze tylko pomiauczeć chwilę z sąsiadeczką i nagrrrrruchać na gołębia ...
Nie podejrzewalibyście tyle siły w tak małym ciałku, żeby zmusić człowieka do zrobienia tego, na co ona ma ochotę! Jej wymuszanie wychodzenia na dwór to istny psychoterror.

BUNT!
W pewnym momencie kociego łolabogizmu i kocilamentu uznałam, że mam dość tego obchodzenia się z nią jak z jajkiem, ochraniania, łapania do kołnierza itp. A tymczasem ona potrafiła tak się wygiąć nawet w kołnierzu, że dosięgała tego miejsca i łapami i do tego chyba uszkadzała je jeszcze dodatkowo kołnierzem.
Powiedziałam dość i nagle zdjęłam koleżance księżniczce kołnierz i odbyłam z nią poważną rozmowę. 
Powiedziałam jej, że od teraz ma się zachowywać jak dorosła kocica. Że mam dość jej ustawicznego terroru. Że my też mamy swoje życie, a skoro ona umiała sobie rozwalić ten bok, to niech teraz zniesie rany dzielnie i zacznie na to uważać.
Nie będzie się goiło, to będzie bardziej bolało. Albo się nauczy szanować swoje zdrowie, albo nie będzie znów wychodziła na dwór. I że niech teraz ona się postara. Daję zdrowe jedzenie, leczę, wyprowadzam na dwór, dbam. A ona zamęcza i ciągle się w coś władowuje. Jest już dużym kotem i powinna zacząć uważać. I że nie będę jej co 10 dni od nowa szyła. Jak sobie rozlizała czy rozdrapała, to teraz niech poczeka aż się zagoi. Proszę bardzo!
Moja tyrada w złości była długa. 
A kot odpowiadał mi odpowiednio długimi seriami miauuuuu.
Wreszcie obie zmęczone udałyśmy się do swoim obowiązków.
Kocica do miski, ja akurat wtedy do kuchni robić obiad.
Zdjęcie znienawidzonego kołnierza mimo wszystko przyjęła z ulgą. Najpierw próbowała dobierać się do boku, a potem nagle przestała, jakby pojęła, że lizane - boli.
I się zrobił spokój. Dziś kot wyspany i zadowolony pojawił się ze świeżymi siłami już o 5:30 rano. 

Rozsunęłam żaluzje, żeby mogła sobie pooglądać ptaki i powyglądać do ogrodu i na ogródek. My w sypialni pozostaliśmy jeszcze z roletą zasuniętą na 75% do po 7 rano. Zlitowałam się nad darmordą tuż po 7, wstałam i wzięłam na smycz trochę pospacerować po ogrodzie. Podziwiałam przy okazji wszystkie kwiatki, które już zaczynają ładnie wyglądać i świeżość porannego słońca.



Stan na dziś: dobry, rana powoli zaczyna zarastać.

Mozart jęczy o wypuszczenie jak dzika, zupełnie nie rozumie, dlaczego trzymamy ją tu w tym więźniu. Od góry częściowo tkanka schnie i zaczyna zarastać, żadnego zakażenia nie widać.

W końcu w przyrodzie na wolności nie takie rany zwierzakom zarastają. A jej stan jest o wiele lepszy niż nasz, bo sama się tym mniej przejmuje od nas. Normalnie je, chodzi na kuwetę i się złości, że ma areszt domowy.

Ma wyzdrowieć, nie ma wyboru. A ja będę twarda. Nie wypuszczę gadziny, zanim stan się na tyle nie poprawi a cała rana dobrze nie zaschnie.
Życie się ze mną nie patyczkowało, nie pieściło i nie pomagało mi za bardzo. Teraz i Mozart musi zacząć być twarda! Zresztą znając jej sposoby na zabawy na dworze, to nie jest nie ostatni raz, kiedy się uszkodziła. Jak będzie sytuacja poważna, to oczywiście pójdziemy znów do weta (tylko do którego!?)... Póki co powierzam sprawę naturalnemu biegowi i jej naturalnym siłom samoleczenia.

21 komentarzy:

  1. Kwiatki to petunie.
    A wszystkich niemieckich wetow nie mozna w czambul potepiac. Jak nie pasuje jeden, to zmienic i tyle. Nie ma tam w poblizu jakiejs weterynaryjnej kliniki uniwersyteckiej? Ja z nasza klinika mam dobre doswiadczenia, nie jest tanio, ale ze wszystkim sa na biezaco i maja na miejscu wypasiona diagnostyke.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu nie potępiam w czambuł wszystkich niemieckich wetów, ale piszę o tym, co mnie spotyka tu w tym mieście. Ten wet, który zakładał klamry, był nam polecony jako bardzo dobry, doświadczony i solidny.... Ta druga wetka przynajmniej przyjęła uwagi krytyczne, podane zresztą dość dyplomatycznie (że dermatolog ma takie przypadki znacznie częściej, a ona musi się zajmować wszystkimi chorobami). Więc u tej pani zostaniemy. Pierwszemu doktorowi zapewne pokażemy, jak wygląda rana. Niestety nie mogliśmy pojechać od niego na zdjęcie klamr, bo miał w piątek nieczynne... Sądzimy, że w tym przypadku powinien w ogóle nie wziąć za to pieniędzy. Ale obawiam się, że będzie chciał ją jeszcze raz usypiać i szyć. Więc na razie myślimy, a rana się na szczęście zabliźnia.
      W BH jest uniwerek, ale kliniki uniwersyteckiej nie ma. A z każdym kocim problemem nie będę raczej chciała jeździć aż do Bremy. Klinika, w której kicia była operowana wtedy na tej nocnej pomocy wzięła taką kasę, że nas na nią po prostu nie stać. Szkoda tylko, że te wszystkie doświadczenia są robione kosztem zwierzaka, który cierpi i nie umie się obronić.

      Usuń
  2. Aa te kwiatki to rodzina petuni i surfini milion bells , kupiłam w tym roku , pozdrawiam Maria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za podpowiedź, zawsze z kwiatków jestem słaba :)
      I nawzajem Mario!

      Usuń
  3. Ogrod wyglada pieknie, a usunac ten bambus to ciezka praca, podziwiam Mikaela. Kicia biedna ze ma taka rane, ale ten weterynarz ktory zalozyl jej te klamry to niech lepiej trzyma sie z daleka od Mozart, mysle ze rana powoli zagoi sie sama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy, to w całości jego praca, bo ja nie bardzo mam siłę i często i czasu brak. Do tego weterynarza to my już raczej nie pójdziemy, rozważam pójście do wetki, o której pisałam w tym wpisie, ona przynajmniej chce się uczyć i coś z tego, co sprawdza i szuka, wynika.
      Też mam wrażenie, że rana się sama goi nieźle.

      Usuń
  4. Kwiatki ładne, ale Twój facet lepszy, bo nie każdy chciałby tak w ogrodzie tyrać, by jego Pani mogła w miłym otoczeniu kawkę wypić. Całej trójce udanego, słonecznego i spokojnego czerwca życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, że robi ten ogród, bo przyjemnie jest popatrzeć, ale harować bym nie dała rady. Dziękuję i Tobie też tego samego!

      Usuń
  5. jest takie stare przysłowie: "kot sobie poradzi" /co niekoniecznie jest prawdą/... Jackson Galaxy pewnie by dodał: "to ludzie sobie nie radzą, sami ze sobą zresztą"...
    okay, ale dość przynudzania... czas chyba na stary, dobry /śmierdzący do tego/ jodoform... p[*]ć normy unijne... szkoda Twoich dutków na wetów... to rzecz jasna oznacza kołnierz i "zakaz opuszczania koszar" na parę dni...
    "są sprawy, które dajemy kotu do rozstrzygnięcia, są sprawy, o których z kotem się nie dyskutuje" /też stare przysłowie/...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety z powrotem wylądowała w kołnierzu i jojczy strasznie, bo jej się wydaje, że wszystko jest dobrze. Generalnie jesteśmy wykończeni, bo kot niewybiegany przyłazi o 4, potem o 5, a jak jeszcze nie wstaliśmy to o 6. Albo przynajmniej o jednej z tych godzin i robi nam pobudkę, głośno miaucząc. A wieczorem ostatni raz o 1 w nocy...

      Usuń
  6. Masz się z tą kicią... Mam nadzieję, że w Holandii weterynarze są lepsi, bo właśnie tam przeprowadza się moja Siostra ze swoim psem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chcę Cię straszyć, ale jeśli jest to gdzieś na uboczu a nie w dużym mieście, niech siostra uważa i bardzo dokładnie sprawdza przedtem metody leczenia, zanim pójdzie do takiego weta.

      Usuń
    2. Miejmy nadzieję, że taka pomoc nie będzie potrzebna i do weterynarza będą chodzić​ tylko na szczepienia. Właśnie dowiedziałam się, że pies rozwalił sobie poduszeczkę, na szczęście są jeszcze w Polsce.

      Usuń
  7. Rzeczywiscie nieciekawie to wyglada, ale dobrze sie goi, to najwazniejsze.
    Och, kiedy ja tak bede mogla wyjsc do ogrodka i posiedziec... Priorytety niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety Iwonko, paskudnie się codziennie rozwala i dziś chyba ponownie trafimy do lekarza. Też za dużo w tym naszym ogródku nie wysiaduję. Był weekend, była wolność, od wczoraj z powrotem sporo pracy. Też priorytety.

      Usuń
  8. Skoro wydziera się na wolność, to znaczy,że dobrze się czuje i rana goi się.
    Gdyby było ,źle byłaby za spokojna...
    Zdrowia życzę wam wszystkim :-)
    I spokoju..:-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sama nie rozumiem, jak można wybierać się na wolność z taką raną, jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe. A rana niestety wczoraj się rozpaskudziła.
      dziękujemy, spokoju najbardziej nam brak

      Usuń
  9. Mam dosłownie taki sam problem z moją Belą.Do weta jednak się nie wybrałam bo po prostu mnie nie stać, jeżeli już, to w ostateczności.Z raną walczę sama:zrobiłam kołnierz z grubej tektury i odkażałam wodą utlenioną,tak długo aż po zalaniu rany woda przestała się pienić, następnie patyczkiem kosmetycznym umoczonym w propolisie pomiziałam ranę co jakiś czas i muszę powiedzieć,że ładnie goi się.Jeszcze dzień-dwa i będzie po kłopocie.Oczywiście z kicia tez kategorycznie rozmawiałam.Pozdrawiam.Wiktoria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję Ci sytuacji z Belą. Szkoda, że nie mam propolisu, bo bym spróbowała... Chyba nie mamy wyjścia, bo rana wczoraj się pogorszyła, zaczęła z jednej strony krwawić, chyba dziś trzeba iść na ponowne szycie. :(

      Usuń
    2. Dziękuję, jakoś dajemy radę.Rana traktowana propolisem ładnie się zabliżnia i już finiszujemy.Mam nadzieję, ze u Was też wszystko na dobrej drodze.Ja, gdy rana krwawiła- wcześniej pisałam- polewałam ją wodą utleniona a potem ten propolis.Propolis można kupić w zasadzie w każdej aptece ale ja kupuję w aptece Bonifratrów w Wa-wie, na Sapieżyńskiej.Ma lepszą moc działania, a tak w ogóle jest pomocny w wielu przypadkach(Przy Twojej kolejnej wizycie w stolicy warto się zaopatrzyć).Rozumiem Cię doskonale co przeżywasz i jak absorbująca jest kicia w takim stanie.Taki los wielbicieli kociaczków.Życzę, aby jak najszybciej cały proces leczenia dobiegł końca.Wiktoria

      Usuń
  10. Śliczny ogród a żabki (co prawda od tyłu) też fajne.
    Siły dużo dla Mozarta życzę. Niech się kotka nie poddaje i walczy, a rana mam nadzieję szybko zabliźni.
    Pozdrawiam i Ciebie.

    OdpowiedzUsuń