wtorek, 4 kwietnia 2017

Fizjoterapia i spacery z kotem

Dziękuję za wyrazy troski pod poprzednimi wpisami. Były mi bardzo potrzebne. Nie dałam rady na nie odpisywać, bo to jeszcze nie był ten czas. Dalej w środku czuję pustkę po Piesiu, ale powoli zaczyna być łatwiej. Kicia zresztą przejęła obowiązki i najczęściej budzi się razem ze mną, a potem większość dnia chodzi czy biega przy nodze, a to chce jedzenie, a to wyjść na dwór, a to znów pobawić się. W każdym razie mocno wypełnia tę pustkę po Nim.
Dla tych, co pytają tutaj, na fejsbuku i wszędzie indziej odpowiadam, że z moim zdrowiem codziennie coraz lepiej. Do pełnej sprawności jeszcze trochę brakuje, ale od dziś rana poczułam pewną ulgę podczas chodzenia. Tabletki przeciwbólowe odstawiłam już w ubiegłym tygodniu po konsultacji z fizjoterapeutą. Skoro nie muszę, nie będę się truć. Korzystam też chętnie z ogródka, tym bardziej, kiedy obowiązki wzywają, ale o tym napiszę dalej.
Na rowerze też już jeżdżę, to akurat sprawia mi radość, chociaż moja forma jest śmiesznie niska, ale lepiej choć trochę, niż nic.


Póki co nadal podczas chodzenia mięśnie łydki w lewej nodze ciągną mnie na tyle, że przestawiam te nogi: klap, klap, klap, klap, zamiast płynnego klipklipklipklip jak to było zwykle.
Jak mi powiedział mój fizjoterapeuta (a raczej dwaj fizjoterapeuci, bo chodzę do dwóch i obaj tak twierdzą), ciągle jestem niespokojna. No przecież ja to sama wiem. Ale trudno być spokojnym, kiedy się tyle spraw ostatnio na mnie zwaliło, mimo że ostatnie jeszcze się do końca nie poukładały. Mam na myśli sprawy zawodowe, nadal pracuję głównie dla klientów z kraju. 
Tu zacznę się ogłaszać już niedługo, podpowiedział mi nawet jak mój pierwszy tutaj polski Klient (pozdrowienia dla Pana, jeśli Pan to czyta oraz dla żony i nowonarodzonego brzdąca!). 
W sumie jednak mogę uznać, że mi się poprawiło. Głównie dzięki temu, że ostatnio miałam tyle pracy, że nie miałabym nawet kiedy przyjąć czegoś nowego, więc odpuściłam. Poza tym z tym kręgosłupem i nogą ciągle jeszcze pracuje mi się wolniej i nie mogę działać tak intensywnie, jak zwykle.
Oby moja cierpliwość popłaciła i obym dotarła do chwili, kiedy znów w pełni odzyskam czucie i władzę nad moim ciałem, zacznę chodzić jak zwykle i zapomnę, co to ból. W sumie to musi tak być prędzej czy później, w końcu chodzę na fizjoterapię, a i ciało samo się regeneruje, chociaż jak dla mnie o wiele za wolno.
Powoli do zdrowia dochodzi też mój Miły, głos mu się coraz bardziej poprawia. Chyba u niego to już koniec z chorowaniem, zaczął chodzić ostrożnie na siłownię. Organizm jeszcze osłabiony, ale też powoli wraca do zdrowia, zwolnienie lekarskie się przydaje. W każdym razie dzięki temu, że jest w domu, a ja jeszcze słaba jestem mobilnie, przejął na te ostatnie tygodnie całość obowiązków domowych, jak zakupy, gotowanie i sprzątanie. Nie ukrywam, że to akurat mi odpowiada. 👏
***
Najtrudniejsza sytuacja nadal dotyczy Mozarta. Niestety tutejsi weterynarze, nawet mając dokładne wytyczne od mojej doktor dermatolog nie dają kotu takich leków i w takiej dawce, w jakiej jest zalecone, tylko po swojemu. W efekcie kot już od lutego łazi z popękanym ogonem i narzeka, co oczywiste. Od czasu do czasu nakładamy jej kołnierz i aplikujemy krem, który na chwilę pomaga. Ale mała tak się wycwaniła, że już w każdym kołnierzu umie sobie końcówkę ogona wylizać.
Dlatego moja decyzja była ostatnio taka, żeby ją tym razem wziąć do Polski i zabrać znów do pani dermatolog dr Karaś-Tęczy, która wreszcie postawi mi kota na nogi. I już dziś miałam być w drodze. Ale wczoraj po południu wszystko się zmieniło. Ookazało się, że wyjazd w sprawach zawodowych znów mi się opóźnił pewnie o ok. dwa tygodnie. Tak to bywa, kiedy się prowadzi biznes. Dla mnie to jednak w tym momencie sporo problemów. 
Po pierwsze klops, bo wszystkie wizyty u fizjoterapeuty  na receptę ustawiłam sobie za dwa tygodnie. A na najbliższe trzy tygodnie w ogóle nie mają dla mnie czasu. Poprzesuwałam też terminy fizjoterapeuty w Warszawie. 
Dobrze, że udało mi się jeszcze wydębić dwie płatne wizyty u Polaka i magika, który ma gabinet nieco dalej, ale też świetnie zna się na rzeczy. W każdym razie wizyty u niego mi pomagają.
Żeby jakoś pomóc kici, chodzimy z nią na spacerze po ogrodzie na smyczy, a dla dłuższego wybiegu na sznurku. Nawet to chyba polubiła, co widać po jej zachowaniu. Ale niezbyt długo, czasem coś ją spłoszy i wtedy od razu robi w tył zwrot i wpada do domu, ledwo co można jej smyczkę odpiąć.














Co nie znaczy, że czasem nie jojczy przed oknem żałośnie i nie błaga o wypuszczenie. Ot taki słodki kociokwik.

Czasem bawi się tym sznurkiem, czasem przeleci przez pół ogródka, zanim ją sznurek nie zatrzyma.
A tuż po wyjściu turla się po chodniku przed domem, zupełnie jak Piesio...
Brakuje go nam nadal.
Na ogrodzie zachwyca mnie kwitnąca magnolia.


Oraz kwitnące już wszędzie bratki i stokrotki.





Jak widać kici też dobrze wśród kwiatów.

Często mam wrażenie, że najchętniej by tak została. Gsdyby tylko złożyła mi oświadczenie na piśmie, że nie ruszy się z ogródka, a gdyby cokolwiek, to wskoczy do garażu przez przygotowane dla niej kocie drzwiczki i przeczeka niebezpieczeństwo w kartonie wyłożonym kocykiem... To pewnie zaczęłabym ją znów wypuszczać. Każdy jednak, kto ma kota wychodzącego ten wie, że to niemożliwe.

Oczywiście mała zołza podgryza też trawkę, co nikomu nie szkodzi, ale i młode listki.

Potem oczywiście udaje, że nieeee, to nie ona.

No oczywiście!
Na dziś to tyle, nadal walczę, żeby stanąc na nogi i póki co cieszę się, że nie musiałam dziś wsiadać w auto i jechać takiej trasy, bo naprawdę to jeszcze byłoby dla mnie zbyt ciężkie.

20 komentarzy:

  1. Oj jakoś za dużo u Ciebie tych problemów, niech wreszcie wszystko się poukłada i zdrowia Wam wszystkim życzę, bo to najważniejsze.
    Wiosna ma wpływ na nasz nastrój a nastrój na ciało i zdrowie też,
    wszystkiego najlepszego dla Was...
    Pozdrawiam wiosennie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powoli sprawy się prostują, pozostaje mi ufać, że dalej będzie już tylko lepiej,bo gorzej już było! Dziękuję, chętnie skorzystam z dobrych życzeń :)

      Usuń
  2. A co Ci wlasciwie bylo, Iwona? Dysk czy inny organ?
    Tak sobie mysle, czy nie lepiej byloby, zebys sama pojechala do Polski i wziela od tej kociej dermatolozki leki, ktore Mozartowi pomogly. Przeciez lekarka ma to w papierach, a meczenie kota podroza przez pol Europy na pewno bardzo go zestresuje, zwlaszcza ze te problemy ogonkowe maja czesciowo przyczyne psychologiczna, czyli stres. Moglabys sie z doktórka umowic, ze ktos bedzie masci odbieral i wysylal Ci do Niemiec. Mama albo corka na przyklad. Ja bym kota nie ciagnela ze soba, kiedy juz troche sie w nowym miejscu zadomowila.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, to był dysk (Bandscheibenvorfall pewnie Ci więcej powie). Dlatego zdrowieję powoli, nerwy się muszą odtworzyć, a one rosną wolno.
      Też rozważam tę opcję bez męczenia kota, ale tu miało być szybko a moja dermatolog prosiła o zrobienie tutaj badań, które tu trwają dość długo i przywiezienie wyników dla niej. Teraz pewnie skorzystam z opcji wykonania badań i zawiezienia ich do wglądu mojej dr. I wykupienie tam u niej stosownych leków, które już tutaj albo podam sama albo jej tutejsza wetka (w sumie miła kobieta, ale uparta i za bardzo lubi eksperymentować na kocie, zamiast dawać to, co naprawdę by mogło pomóc). Teraz mam trochę czasu w zapasie i mogę się do tego przygotować, więc kotu oszczędzę takiej długiej i stresującej podróży, to na pewno dla Mozarta będzie lepiej i zdrowiej. Ale jak wiadomo do takich pomysłów się dojrzewa i ja też potrzebuję na to czasu.

      Usuń
  3. Zastanawiam się, jak to jest. Są ludzie, którzy są przeczuleni na punkcie zdrowego ryby życia, zdrowego odżywiania, tak jak Ty czy moje koleżanki w pracy i są tacy, jak ja, którzy lubią robić, co im się podoba i nie poddają się żadnym modom na takie czy inne zdrowe odżywianie, nie torturują się siłowniami, ćwiczeniami, no, słowem, beznadziejne przypadki. I takie beznadziejne przypadki są ciągle nieprzyzwoicie zdrowe, podczas gdy te młodsze, "fit" i dbające o siebie bez przerwy na coś się skarżą, chorują i nie są to bynajmniej choroby urojone, ale często poważne schorzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Frau Be - w moim otoczeniu natomiast są osoby, które żyją niezdrowo, wrzucają w siebie byle co i w mojej ocenie właśnie od tego chorują, co widać ale najczęściej dopiero na późniejszych etapach życia, kiedy już nie pojadą tylko na żelaznej wytrzymałości organizmu.
      Są to też najczęściej osoby, które bez przerwy na coś się skarżą i coś je boli.
      Ja przez większość mojego życia jestem i czuję się zdrowa, chyba że sama sobie zaszkodzę, jak teraz - niestety dźwiganie przez kilka miesięcy zbyt ciężkiego pieska na spacery nie poszło mi na zdrowie. Przesadziłam i wylądowałam z poważną dolegliwością wiadomo gdzie. Wychodzę jednak z tego dość szybko (a że dla mnie za wolno, no cóż, ja lubię szybko), odstawiłam leki po 3 tygodniach, podczas kiedy osoby ustawicznie chore i żyjące niezdrowo biorą takie leki przez większość życia.
      I mam nadzieję, kiedy ta moja czarna seria się skończy, z powrotem zadbać porządnie o siebie, aby nie być już taka chora, a cieszyć się zdrowiem i życiem.
      Osoby, o których piszesz, te które olewają zasady zdrowego żywienia itp. być może nadrabiają ogólnym zdrowiem, poczuciem humoru, pogodą ducha i innymi cennymi składnikami, które są moim zdaniem ważniejsze od wielu innych rzeczy. Albo te właśnie osoby nigdy się nie skarżą przed innymi, tylko płaczą, kiedy są same. Tego przecież nie wiemy. Nawet tu ujawniamy tylko część swojej twarzy, to jest kreacja, a nie my w całości, przyznasz przecież.

      Usuń
    2. No ale ja akurat siebie znam i wiem, co mi NIE dolega... :) Znałam też moich dziadków i babcie, którzy byli pulchni jak pączusie, wszystko robili na smalcu, nie żałowali sobie słoniny i masła - i poumierali zdrowo w okolicach setki, bo się zwyczajnie zużyli. Nie gimnastykowali się, nie biegali, nie stosowali diet, nie odchudzali się, a dziadek palił od 17 roku życia do końca. Nikt nie kwękał przed 90-tką, a i po rzadko się zdarzało.
      Ale z innej beczki. Wciąż jeszcze nie mogę pozbyć się bolesnego skurczu w sercu, gdy wchodzę na Twój blog. My wszyscy jesteśmy genetycznie tak "zezwierzęceni" od pokoleń, że związujemy się ze stworzeniami bardziej niż z ludźmi. Śmierć psa była dla dziadka powodem ogromnego załamania, a przecież kiedyś stracił syna i chyba nawet to go tak potwornie nie przybiło. A mnie wystarczy nawet Internet, aby przywiązać się do "znajomego" i wciąż mi się chce płakać na myśl o Piesiu. A przecież nikim dla niego nie byłam, nie wiedział o moim istnieniu, nie znał mojego zapachu, a ja widziałam go tylko na zdjęciach. Podobnie było z Kirą. Gdy pomyślę, że kiedyś zaczną odchodzić moje starzejące się koty, chce mi się wyć, a moja córka już to robi, kiedy bierze na ręce Kinię. Ona jest najstarsza i już żyje na kredyt, bo średnia długości życia persów wynosi 15 lat, a ona ma 16. Letnia nie pamięta czasów, kiedy nie było jej z nami. Temat-rzeka i jaki smutny...

      Usuń
    3. Pulchność nie jest jeszcze chorobą, u niektórych nawet pasuje, dopóki ma się taką budowę przez całe życie i zachowuje w miarę stabilną wagę oraz pozytywne myślenie, to chyba niewiele jest w stanie człowiekowi zaszkodzić. Tu stoję twardo na stanowisku, że grunt to zdrowie psychiczne i zadowolenie z siebie. Jeśli Twoi dziadkowie byli zadowoleni z siebie i z życia, akceptowali siebie takich, to potrafiło im to zrównoważyć całą resztę.
      Poza tym to pokolenie dziadków rzadko kwękało, moi też nie narzekali nigdy!
      Mimo, że dziadek pod koniec chorował na cukrzycę i inne choroby z tym związane.
      Poza tym jednak żyli o wiele bardziej w kontakcie z naturą, przeżyli II wojnę św., niektórzy zahaczając jeszcze o pierwszą. To co ich mogło przerażać zwykłe spokojne życie, w którym niewiele rzeczy im brakowało, bo nauczeni byli żyć skromnie.
      Teraz ludzie mają niebotyczne wymagania, bo i znają większe możliwości, choćby z telewizji.
      Wracając do zwierzaków, nadal popłakujemy za Piesiem. Ostatnio jakoś lepiej sobie radzimy, ale nie powiem, żeby dało się ot tak, łatwo się z tą stratą pogodzić. Też byłam przywiązana wirtualnie do Kiry, tyle wspólnych spacerów z nią się naoglądałam. Mimo tego wirtualnego związku jesteśmy jednak ważni dla siebie. Zobacz, nigdy Cię nie widziałam, a się czasem zastanawiam, co u Ciebie, dlaczego czasem masz takie smutne przemyślenia, co się musiało stać, że piszesz to czy tamto, albo jak sobie radzi Twoja córka.
      Człowiek to jednak istota społeczna i naturalnym jest przywiązywanie się do ludzi, a do zwierzaków, które nikomu niczym nie zawiniły, a do tego potrafią tak ubarwić życie, przywiązać się tym łatwiej.
      Staram się jeszcze nie myśleć o nieuchronnym w stosunku do Kici, ale też w związku z tym, że tutaj nie jest bezpieczna, myślę o innym lepszym domu dla niej. Musi mieć tam, jakby to było w rodzinie, wtedy jakoś to przeboleję. Szukam i znajdę. Ale też serce mi się będzie krajało. Ale tu nie jest bezpiecznie, zresztą ona sama wraca czasem pod wpływem jakiegokolwiek hałasu, od razu do domu (jak na tej smyczy chodzimy).
      Buziaki przesyłam

      Usuń
    4. p.s. co do ruchu, czytam właśnie coś takiego: mimo, że z bieganiem mi jednak nie po drodze, wolę rower, to idea mnie przekonuje.
      Zerknij, jeśli chcesz:
      http://www.pepsieliot.com/im-bardziej-jestes-niezdrowa-tym-bardziej-musisz-sie-ruszac-2/

      Usuń
  4. Cieszę się, że już odstawiłaś przeciwbólowce, możesz za to śmiało łykać wit.B1, bo ona regeneruje nerwy.W Polsce bez recepty. Kici nie bierz ze sobą, niech lepiej nie stresuje się podróżą, pobytem tu a potem znów podróżą.
    Iw- pamiętaj, proszę, że dzwiganie Ci nie służy- to tak z okazji podróży przypomnienie;)))
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy dostanę tutaj wit B bez recepty, ale jutro pewnie sprawdzę.
      Od dość dawna wzbraniam się przed dźwiganiem, a ta historia z psem wiele mnie nauczyła. Teraz już nigdy więcej, choćby nie wiem co.
      Walizkę mam na kółkach, a inne rzeczy powkładam do mniejszych siatek jakby co.

      Usuń
  5. Wcale nie bez powodu toś pokrzyżował Twoje plany zawodowe, mącąc Ci w Terminach. Sama na koniec stwierdziłaś, że nie nadajesz się jeszcze na długą podróż. Będzie dobrze.

    Coś mi mignęło w komentarzu powyżej, to w Niemczech można nie dostać witamin bez recepty?
    W supermarketach nie ma, tak jak u nas w Polsce na półkach sklepowych? W Szwajcarii większość rzeczy można dostać w zwykłym markecie.

    Właśnie miałam Cię zapytać o FB, bo na tej stronie link nie działa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie pomyślałam, że może właśnie tak ktoś na górze o mnie zadbał. I dobrze, bo się bałam tej podróży, a teraz jeśli ma ona się odbyć z opóźnieniem, mam szansę być w o wiele lepszej formie.
      Nie wiem, po prostu nie pytałam o te witaminy, ale kiedyś pytałam o konkretne, to mieli tylko Witamin B komplex, a nie jak u nas pojedyncze.
      Nie wiem dlaczego na FB link nie działa, sprawdzę.

      Usuń
    2. p.s. u mnie wszystko działa, link z FB też!

      Usuń
    3. Nie, nie działa mi :PP jest tylko napis "IW na facebooku" i nic do tego nie ma, ani linki ani obrazka (bo być może czegoś ja po prostu nie widzę).

      Usuń
  6. Dobrze ze wracasz do zdrowia i wiadomo ze to zajmuje czas a nie ze natychmiast. Fajnie ze kicia pogodzila sie na te spacery na smyczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Walczę o zdrowie, bo nie akceptuję sytuacji, że jestem ruchowo ograniczona. I dzięki temu jest coraz lepiej.
      Powoli zaczyna akceptować sytuację, to przynajmniej możemy jej póki co zapewnić.
      Żeby jeszcze udało się do końca opanować chorobę, byłoby znacznie lepiej.
      Ale tutejsi lekarze nie słuchają zaleceń mojej dermatolog, pozostaje mi pojechać do Polski po leki dla niej.

      Usuń
  7. Rzeczywiście Ci się nazbierało w ostatnim czasie niefajnych spraw, ale myślę, że powolutku wyjdziesz na prostą, tylko nie forsuj się zbytnio fizycznie i psychicznie.

    Zgadzam się z Pepsi, choć na wpis tylko rzuciłam okiem - to prawda, im bardziej jestem niezdrowa, tym bardziej muszę się ruszać i nawet nie dlatego, żeby było ze mną lepiej, a dlatego, żeby nie było gorzej niż jest w tej chwili.

    Trzymaj się :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biorę na klatę tylko to, co aktualnie muszę, reszta jak choćby ćwiczenia, waga i forma muszą po prostu poczekać na lepszy czas. Oby tylko skończyło się to, co najgorsze, to jakoś reszta pójdzie.
      Pepsi ma bardzo dużo ciekawych artykułów, warto ją poczytać, wiele dobrego tam już dla siebie znalazłam.
      Pozdrowienia i dziękuję, trzymam się.:)

      Usuń
  8. Cześć przyjaciele,

    Nazywam się Aubrey Crane, pisząc do ciebie, aby uzyskać informacje na temat otrzymania pożyczki w wysokości 30 000 euro od pani nazwanej Panią Arlene Williams, jest szczodry i poważna pani. Jeśli chcesz szybko poważne i ufne pożyczki, skontaktuj się z nią teraz za pośrednictwem swojego e-maila (Arlenewilliamsloanfinance@hotmail.com) i jej numeru upraszczania: +2349035555247

    Jeszcze raz dziękuję pani Arlene.

    OdpowiedzUsuń