poniedziałek, 27 marca 2017

Trzeba żyć dalej

Chociaż nadal każde miejsce, w którym lubił leżeć czy chodzić Piesio, nosi jego ślad, coś jakby ciepły uśmiechnięty cień, próbujemy wracać do życia.
Dziś wreszcie po dłuższym czasie wyszłam razem z Mikaelem do ogródka. Kwiaty rosną jak szalone. W temperaturze 18 stopni i po tygodniu deszczów wcale im się nie dziwię.
Ostatnio leżał tam sobie, kiedy Mikael sadził kwiaty. Siedząc oboje przed domem wspominaliśmy, jakby teraz było cudnie, gdyby obok siedział Piesio. I jakby się cieszył.
Wiele się można nauczyć od psa: cieszyć się z prostych rzeczy, uśmiechać do bliskich, szybko zapominać urazy, radować się z każdego smakołyka i paru innych małych, a jakże istotnych rzeczy.

Kicia tęskni, chociaż może nie tak wprost. Chodzi za człowiekiem jak piesek. Nie smakuje jej prawie wszystko, co dostaje do jedzenia, już zaczynam wątpić, bo zjada po 2-3 łyżki z nowej puszki, a potem można resztę wywalić do śmietnika. Albo starać się posiedzieć przy niej, dorzucić do tego ze trzy chrupki, pogłaskać, pogadać do niej i czasem da się przekonać i faktycznie zjada. Innym razem ucieka wściekła i skacze znów na ogon. To chyba już zawsze będzie jej forma wyrażania sprzeciwu i stresu.
Znów skojarzenia. Poprzednio można było resztę niedojedzonej kociej karmy oddać Piesiowi, on by się ucieszył i chapnął na raz w ćwierć milisekundy.
Od paru tygodni od pamiętnego opisanego przeze mnie TUTAJ ataku Mozart nie była na dworze i nie chcemy jej już wypuszczać. Ale kot już też ma dość siedzenia w domu, w końcu zawsze wychodziła na dwór. Nie rozumie całej sytuacji i się denerwuje. Na szczęście ogon już się zagoił, a reszta strupka powoli odpada i można było jej zdjąć kołnierz.
Dla niej to jednak zwykle był sygnał, że może zacząć wychodzić na dwór. Więc stoi bidna przed tym wielkim ogromniastym oknem i zawodzi w niebogłosy: wypuśćcie mnie, będę już grzeeeeeczna! Wypuuuuuuuśśśśććććcieeeee mnieeee móóóóówię!!!!

A tu pani i pan się stawiają. Nie ma żadnego wychodzenia, a drzwi sypialni prowadzące na dwór, są przed nią ciągle zamknięte.
Zamykamy drzwi za sobą, bo siedzimy od dziś na ogródku, w końcu jest 18 stopni, a kot przygląda się tęsknie ze środka przez okno.
Dziś postanowiliśmy, a raczej Mikael postanowił zrobić kotu choć trochę dobrze, czyli zapakować ją w szelki i wyprowadzić trochę na słoneczko, do ogródka i do kwiatków. Szczególnie, że robił właśnie sporo porządków, wystawił stół ogrodowy i krzesła, czyścił swój rower itp. Też nie może patrzeć, jak się kicia męczy. Po długim czasie najpierw trudno było sobie przypomnieć, jak właściwie się kotu te szelki zapina, a obroży z dzwonkiem nie mogłam znaleźć w ogóle. No dobra, po długim ostrzegawczym miauczeniu  i poluzowaniu uprzęży wreszcie udało się jakoś te paski na niej upiąć. Wszystko wyglądało z początku idyllicznie. Mozart trochę niepewna przekroczyła próg i dalej niepewna monitorowała teren. A ja latałam za dwojgiem z aparatem i uwieczniałam te urocze chwile.
Kto żyje z kotem, ten wie, że wychodzenie na smyczy z kotem ma się nijak do wychodzenia na smyczy z psem. 
Kot nie kieruje się żadnymi regułami, idzie prawie zawsze w sobie tylko znanym kierunku i nie uznaje żadnej konsekwencji w tym względzie. Oprócz jednej: kot na smyczy prawie cały czas chce uciekać. 
Na drzewo, na płot, na dach albo chociaż na stół, Trudno więc będzie odszukać wśród wszystkich więcej zdjęć oddających radość i harmonię. Ale spróbujmy.
Pierwsze chwile w ogrodzie. Gdzieja jestem? Naprawdę już za oknem? A może by jednak wejść do środka?
Mimo wielkiego wyrywania się i ciągnięcia każde w swoją stronę trochę udało się tego spaceru zażyć.
Trochę posiedzieliśmy na kolankach.
Połaziliśmy po stole...
A to na krześle.
Powąchaliśmy kwiatki.
Chcieliśmy powąchać te kwiatki głębiej, ale nam nie dali.
Pozwiedzaliśmy teren, bo nas tu dawno nie było.
Obwąchaliśmy, co się dało.
Potuptaliśmy po trawce.
Połaziliśmy wśród kwiatków.
Poleżeliśmy na trawce.
Aż wreszcie Mikael wymyślił, żeby umocować smycz na stojaku od parasola i pozwolić posiedzieć trochę na spokojnie kotu wśród kwiatków.
Było najpierw zaskoczenie.
A potem się rozluźniliśmy i poleżeliśmy sobie wśród kwiatków i żab.
Fajnie nam było między żabami. Ale przecież powinno się móc obejść drzewo.
I jakoś w tym momencie... NAGLE!!!!
... Kicia zrobiła przewrót i cała uprząrz ześlizgnęła się jej z ciałka!
To, co w tym momencie przeżyliśmy, było paniką połączoną z natychmiastowym działaniem. Mikael rzucił się ją ratować, nie bacząc na stojące między nimi drzewo, zaliczył z liścia od gałęzi, złamał gałąź, a kota i tak nie złapał.
Wystraszona kicia poszła kilka kroków dalej, ja za nią. Jeszcze dwa trzy kroki i nie miałabym szans, tym bardziej, że nadal przemieszczam się trzykrotnie wolniej, niż normalnie. Ale może dzięki mojemu ostrożnemu podejściu aż tak się nie wystraszyła i jakoś udało mi się ją przytrzymać, a potem wziąć na ręce. Mocno wystraszoną zaniosłam do domu.
I to by było na tyle z tego spaceru.
Mikael leczy rany po zderzeniu z drzewem, zrobiła mu się rana przez nos i pod nosem - coś jak taki mały wąsik pewnego niemieckiego przywódcy sprzed okoo 80 lat.
Na dziś wszyscy mamy dość. Ale chyba trzeba będzie jakoś ją na ten dwór chociaż trochę powyprowadzać.
Po wszystkim Mozart poszła się umyć na górę, bo cała była utytłana w tej ziemi. Potem przyszła, pomarudziła przy misce, po czym wreszcie ubłagana chrupkami jednak zjadła. Teraz leży na moim biurku i jak zwykle pomaga mi w pracy.

My poszliśmy się upić, to znaczy chcieliśmy iść się upić. Ja chciałam, ale nie mogę, bo jeszcze nadal biorę leki, a Mikael też chciał, ale musiał jeszcze na trzeźwo założyć nowe opony na rower, więc znów nam nie wyszło. Jak zwykle zresztą.
Pozostało nam popatrzeć na cudne kwiaty i odsapnąć chwilę.

13 komentarzy:

  1. Sorry uśmiałam się z tej całej sytuacji ganiania kota...
    Tak to jest w życiu tragedia miesza się z komedią.
    Kicia na pewno tęskni za Piesiem.
    Za bardzo były zżyte.
    Głaski dla Kici , dużo głasków.
    Dla Was też :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to tak już jest, że człowiek płacze, a za parę minut się śmieje, my uśmiechamy się już z ulgą. Bardzo często też pobekujemy sobie trochę. Ale jednak staramy się jakoś uśmiechać.
      Piesio był psem stróżującym, więc trzymał też kicię trochę w ryzach, kiedy go zabrakło, ona przejęła ster. Rano przychodzi i głośno miauczy, domaga się towarzystwa i wszystkiego innego na raz. Poprzednio siadała koło piesia i wyglądała na ogród przez rozsunięte rolety i to jej wystarczało.
      Mimo wszystko kotem też trzeba się zająć, a jak jest coś do śmiechu, to uważam, że trzeba i wolno.. Piesio zawsze był wesoły, nie chciałby, żebyśmy się tylko smucili.

      Usuń
  2. Twoja Kicia nie jest przyzwyczajona to takiego urządzenia. Pamiętam z dzieciństwa swego psa, że nim wyszedł ze mną na dwór to przez wiele, wiele dni był przyuczany w domu do obróżki, do zapinania i odpinania smyczy i pierwszy spacer był zupełnie bezproblemowy. Na osiedlu jedna z mieszkanek wiele lat chodziła na spacery z kotem w szelkach. A gdzieś tam za granicą widziałam kota na smyczy uwiązanego przy sklepie- był to kot właścicielki sklepu. Oczywiście kicior siedział w samym progu sklepu i należało go przekroczyć, by tam wejść.
    Po prostu musicie wpierw potrenować w domu noszenie przez kicię tego ustrojstwa na sobie. Gdy już przestanie reagować niechęcią na zakładanie i noszenie tego, wtedy możesz ją wyprowadzać.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może to jest sposób, dziś chodziła z tymi szelkami jeszcze do wieczora.
      Pozdrowienia

      Usuń
  3. nie jestem entuzjastą prowadzania kota na linewce /zwłaszcza, gdy kot nie nauczony od malucha/, kłóci mi się to zasadniczo z ideą "kot", ale wiem, że czasem nie ma lepszej opcji...
    wiesz, może zbyt wcześnie o tym myśleć, ale gdy pisałaś o "problemie Mozarta", ktoś na forum podsunął pomysł psiaka w roli ochroniarza... to naprawdę działa, ale dopóki był Piesio taka opcja nie wchodziła w rachubę... jednak teraz jest inna sytuacja...
    rozumiem, że rozumiesz o czym piszę?... "umarł Piesio, niech żyje Piesio"... doświadczenie uczy, że jest to także dobry pomysł na żałobę...
    nie mówię, że teraz, już... ale zaniedługo?...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby Kicia trzymała się naszego podwórka, to nie byłoby problemu, ale to małe głupiutkie zwierzątko jest i zwiewa, jak tylko się jej drzwi otworzy i lata po okolicy wszędzie, gdzie kocie łapki ją zaniosą. Wczoraj już po spacerze od razu jej wróg się pokazał i już czyhał. To niestety jest patowa sytuacja...
      Sami nie wiemy jeszcze, jak to rozwiązać, szukamy rozwiązań.
      A ja póki co sama jeszcze ledwo łażę. Pakowanie się w takim momencie w nowego psiaka, któremu nie będę w stanie poświęcić siły, ani energii to nieodpowiedzialna zagrywka. Nie wiem, czy kiedykolwiek w ogóle to będzie dla mnie możliwe, a już na pewno nie w chwili pełnej żałoby. Ja takie rzeczy długo, bardzo długo trawię.
      Ale pozdrawiam oczywiście serdecznie dziękując jak zwykle za Twoją obecność

      Usuń
    2. zastrzegłem, że o tym nowym psiaku wspominam może zbyt przedwcześnie... zresztą ten pomysł nie rozwiązuje problemu z dnia na dzień, projekt "Piesio The New" jest obliczony na dalszy dystans czasowy...
      ale sama napisałaś w tytule: "Trzeba żyć dalej", więc w tym duchu próbuję wyrazić empatię w stosunku do tego, co odczuwasz...
      okay, sorry, już Cię nie męczę, odchoruj w spokoju tyle, ile trzeba...
      ...
      zaś co do Mozart'a, to zapewne pamiętasz tekst z filmiku na moim blogu, cytuję: "Upilnujesz pan kota?""... rzuć okiem pls na poniższe:
      http://joemonster.org/art/36330
      pozdrawiać jzns :)...

      Usuń
    3. Na razie nawet nie bardzo mogę patrzeć spokojnie na inne psy, nie wiem, czy to potrwa lata, ale na pewno obecnie kompletnie nie wiem, czy jeszcze raz się zdecyduję na kolejnego członka rodziny. To powinna być odpowiedzialna i przemyślana decyzja, a nie rozwiązanie tymczasowe, dla wątpliwej wg mnie ochrony kota...
      Nie wiem, dlaczego ludzie często myślą, że tak łatwo jest po prostu wziąć kolejnego psa. Ja tak nie potrafię. Nie jesteś zresztą jedyną osobą, która tak mówi. Ale to nie dla mnie. Może nigdy, a może kiedyś.

      Usuń
  4. No właśnie to chciałam zaproponować - dłuuuuuuuga smycz przywiązana do czegoś stabilnego i kicia może spacerować po ogrodzie, gdy w nim siedzicie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziś może znów potrenujemy... Ale póki co mam mnóstwo pracy, a samej bym jej raczej nie chciała tam zostawać z uwagi na wiadomo co. Zawsze może się zdarzyć, że przyjdzie obcy kot, a ona będze przywiązana, to by była dla niej egzekucja!

      Usuń
  5. Smutne i tak boli jak brakuje Piesia, i koteczka tez przezywa ta utrate przyjaciela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś staramy się ją wspierać i siebie nawzajem, bo to wszystko nas jednak dość przytłoczyło, szczególnie, że z Kicią to niełatwa sprawa, chciałaby wychodzić, a tu tylko najwyżej taki spacer na smyczy pozostaje, ale dobre chociaż to.

      Usuń
  6. Bardzo mi przykro z powodu Piesia, odszedł w końcu członek rodziny. Kicia też cierpi, również z powodu "niewoli", no ale wiadomo, bezpieczeństwo jest ważniejsze niż (dys)komfort.

    Powiem tak szczerze, że bardzo mi podoba Wasz parkiet. Nie mogę się napatrzeć.

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń