piątek, 24 marca 2017

Nie ma Piesia

Wczoraj w godzinach porannych odprowadziliśmy na ostatni spacer i pożegnaliśmy Schwarza, częściej zwanego Piesiem.
Chcę go pamiętać takim, jakim był jeszcze podczas ostatniego spaceru ze mną.
Piesio
Trzymałam go w objęciach w tych ostatnich chwilach, kiedy już musiał odejść. I chociaż wiem, że to było konieczne i decyzja była właściwa, to i tak jest piekielnie ciężko. I tak boli. I tak ciągle nie mogę sobie znaleźć miejca.

I tak czuję się, jakbym mogła jeszcze coś zrobić, chociaż jedyne, co bym mogła to przedłużać mu cierpienie. Ostatnie dni naznaczone były głównie jego niedowładem tylnych łap i całego ciała. Dawał radę przejść zaledwie kilka chwiejnych kroków. Przez cały czas już ciężko dyszał, albo popiskiwał. To popiskiwanie zresztą trwało już od długiego czasu, jeszcze kiedy mieszkałam w domu w Warszawie się zaczęło. Chwilami było to strasznie uciążliwe, szczególnie kiedy siedział obok, a ja musiałam się skupić na pracy.
A teraz, kiedy nagle już nie posuwa się nawet na ostatnich nogach i czołgając się krok w krok za mną, nie siedzi zawsze byle jak najbliżej mnie i nie ma już kto patrzeć mi tak pięknie w oczy, czuję tak potworny ścisk w gardle, że nie wiem, co ze sobą zrobić.
Chciałabym wyszukać i wkleić tutaj jego najładniejsze zdjęcia, chciałabym wrócić do dobrych wspomnień, ale jeszcze za bardzo ściska mi się serce i jeszcze nie mogę. Musiałam spakować wszystkie jego rzeczy i wystawić sprzed oczu. Zawieziemy je do schroniska. Bo jemu już nie są i nigdy nie będą potrzebne.
Od wczoraj dom jest pusty i strasznie cichy.
Nie wiem, po co bóg dał nam tak silne odczuwanie, a potem tak urządził świat, żebyśmy musieli podejmować te straszne decyzje i pozbawiać życia przyjaciół.
Od 15 lat, od chwili, kiedy go wzięłam z ulicy, po której się plątał razem z małą siostrzyczką, był moim najwierniejszym obrońcą. Jedynym facetem, który tyle ze mną wytrzymał i nigdy nie miał mi za złe.
Jedynym, który nigdy nie opuścił mnie w sypialni i w życiu. Jedynym, za którym będę tęsknić tak bardzo, jak chyba za żadnym człowiekiem.
Wracają wspomnienia. Staram się myśleć, że miał dobre życie, chociaż mnie daleko było do idealnej opiekunki. Mam sobie wiele do zarzucenia. Nie umiałam go wychować, ustawić, nie rzucałam mu tak często zabawek, za mało głaskałam, za mało z nim byłam. Zawsze miałam dużo pracy, nie poświęcałam mu tyle czasu, ile się powinno takiemu psu. Przez jakieś dwa lata wypuszczałam go do ogródka zamiast wychodzić na spacery, bo się bałam po różnych scysjach z psami, że go kiedyś nie uchronię przed zębami jakiegoś wielkiego psa, które do późna atakował z uporem maniaka. Później na szczęście się przełamałam i ostatnie trzy lata chodził regularnie na spacery w Warszawie, potem przeprowadził się tu ze mną i poznawał niemieckie psie szlaki spacerowe.
Na starość, a szczególnie już tutaj w Bremerhaven, zrobił się bardziej przystępny i życzliwy wobec innych psów. Zsocjalizował się i poznał paru fajnych psich kumpli, do których aż się trząsł, kiedy ich widział, żeby jak najszybciej się z nimi zobaczyć i obwąchać.
To było jakby cudowne nawrócenie.
I tylko z każdym dniem od przyjazdu tutaj był coraz słabszy. Zmiany na gorsze były widoczne z tygodnia na tydzień, a w ostatnich dniach dosłownie każdego dnia było coraz gorzej.
Jak wiecie z poprzedniego wpisu, od jego dźwigania ponad moje siły poleciał mi kręgosłup, dysk będzie wymagał długiego leczenia i rehabilitacji. Ale nie żałuję, tylko chciałabym, żeby to się nie stało i żebym mogła jeszcze dłużej go nosić i mu pomagać.
Ale już nie mogłam. I mój też już powoli wysiadał i jemu też zaczął siadać kręgosłup. A że jest świeżo po operacji, też nie może się narażać na kontuzję, kto wie co jeszcze by się mogło zdarzyć.
To straszne, kiedy poniekąd trzeba wybierać swoje dobro ponad dobrem takiego wiernego druha i przyjaciela. Okropne uczucie. Czuję się zdrajcą mimo, że gdzieś tam rozsądek podpowiada mi, że zrobiłam wszystko co mogłam, że zrobiliśmy.
Mój w tych ostatnich tygodniach w całości przejął opiekę nad psem, w tym wszystkim dobrze, że był na zwolnieniu. Wychodził z nim czasem rano na siusiu na ogródek, gdzie Piesio jako porządny pies wcal nie miał zamiaru sikać ani robić nic innego, tylko wolał wąchać kwiatki i patrzeć, jak tam pięknie. Kilka dni temu też musiałam przez to przejść i wyjść z nim na ogródek. Posiedział przy mnie, ja na ławeczce, on obok, wydawał się szczęśliwy, że tam sobie razem po prostu siedzimy. Potem ledwo co wciągnęłam to moje kochane cielsko 22 kg przez próg do domu, potem poczułam znów kręgosłup. Nadal jestem na środkach przeciwbólowych i całe ciało mam niestabilne. Bałam i nadal boję się piekielnie robić cokolwiek. Lewa stopa nadal nie ma częściowo czucia. Dopiero od dwóch dni zaczynam coś robić w kuchni. Do Piesia nie bardzo nawet mogłam się schylać, żeby go pogłaskać. W przeddzień tego strasznego dnia usiadłam i cały wieczór przesiedziałam przy jego posłaniu, jego mordka wtulona w moje nogi. Głaskałam na ile mogłam się schylić. Było spokojnie. Dawaliśmy mu wszystkie smakołyki, żeby jeszcze raz się nacieszył, żeby poczuł, że go kochamy. 
Wczoraj po powrocie do domu Mozart zaczął szukać Piesia, niestety musiałam jej powiedzieć, że już go z nami nie ma. Pocieszała się po swojemu, najpierw bawiąc się, a potem leżąc pod jego materacykiem.
Potem wtulona w piesiowy materacyk leżała dobrą godzinę.
A potem zaczęła bardzo głośno do nas gadać, zalecać się, robić tłum, zabawiać siebie i nas, jakby chciała nas pocieszyć, że ona tu jest i żeby skupić się na niej.
Tak bardzo chcielibyśmy móc Go dalej oglądać, wyprowadzać, a nawet narzekać na niego.
Ale już nie ma Piesia.
Wczoraj wieczorem Mikael nie mógł sobie ze sobą poradzić, poszedł więc i zrobił taką kartkę pamiątkową dla Piesia. Na razie wisi na tablicy w kuchni i czeka na ładną ramkę.
Nie ma Piesia, ale dla nas zawsze pozostanie w naszych sercach.

19 komentarzy:

  1. tja , tez to znam i doznałem z zwierzakami... Irgendwie bleiben die aber trotzdem in Erinnerung...

    OdpowiedzUsuń
  2. Przykro mi Iwuś. Przytulam. Brytusia

    OdpowiedzUsuń
  3. Normalnie mam łzy w oczach, bo wiem, co czujesz. Pożegnałam dwa psy i nie wiem, którego mi bardziej żal - czy tego, który spędził z nami 16 lat i chorował na starość tak samo jak Twój, czy tego półrocznego szczeniaczka, który spędził z nami tylko trzy miesiące, a przez to, że urodził się z nosówką, o czym nie wiedzieliśmy, nie dało się go uratować - oba odejścia były trudne i też przez jakiś czas po nich nie mogliśmy znaleźć sobie miejsca, a ja do dzisiaj mam rzeczy naszego staruszka.

    Przytulam mocno...

    Przytulam mocno...

    OdpowiedzUsuń
  4. Iw! wiem, ze to nie pomoże, jak powiem, ze rozumiem, bo tez to musiałam...ale ściskam i łącze sie z Wami w Waszym bólu!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem z Wami. Wiem, co czujesz.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie mogę czytać takich rzeczy, wszystko we mnie płacze. Zawsze w takich chwilach chcę zniknąć ze świata, który jest tak beznadziejnie urządzony...

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozumiem Cię w pełni. My też musieliśmy pozwolić Flikowi odejść, to było 16 sierpnia 2010r.A ja do dziś za nim płaczę- nie za jakimś psem, tylko za nim konkretnie. To długo boli, bo zwierzę kocha nas bezwarunkową miłością, dla niego jesteśmy całym światem.Kilka razy w roku jezdzimy na psi cmentarz w Koniku Nowym- na groby rodzinne jeżdżę raz w roku, a tam- kilka razy w roku.
    I już się zastanawiam, że przed wyjazdem stąd będę musiała opłacić kilka lat naprzód dzierżawę miejsca.
    Przytulam;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wiem co czujesz, jak przezywasz utrate ukochanego Piesia, ja mojego Piesia pozegnalam ponad pol roku temu a ciagle boli, nie chce plakac i cierpiec wiec staram sie nie myslec. Najgorsze byly pierwsze dni, bo mimo ze wszystko oddalam dla innych pieskow, ciagle widzialam a jak wychodzilam do ogrodu to sie odwracalam ze przybiegnie i wyjdziemy razem tak jak zawsze. I tak jak Ty mialam i mam poczucie winy ze czesto bylam egoistka i za malo czasu poswiecalam Pieskowi. Ale winie sie tez ze za dlugo czekalam zeby zakonczyc Piesia cierpienia i dac zasnac na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  9. Współczuję Ci bardzo, wiem co to znaczy...

    OdpowiedzUsuń
  10. Buuuu... uryczałam się tylko - jestem świadoma co nas czeka. :(((( Nasza kocica zaczęła łysieć po stracie kumpla - dobrze że zwierzęta szybko zapominają

    „Ludzie rodzą się po to, aby mogli się dopiero nauczyć jak prowadzić dobre życie — aby zawsze kochać innych, być miłym, prawda? Psy wiedzą to wszystko od samego początku, więc nie muszą zostawać na tym świecie tak długo jak my.”

    OdpowiedzUsuń
  11. Czytając Twoje wspomnienie o Piesiu, popłakałam się. Mnie wkrótce czeka podobne pożegnanie, bo suczka ma nowotwór. Każdego dnia gdy się budzę, sprawdzam czy zamerda jeszcze ogonem. Twój pupil wiedział, jak bardzo go kochasz, i że pozostanie w Twym sercu na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  12. Też pożegnałam moją psinkę 10 dni temu. Też musieliśmy podjąć tę ostateczną decyzję, i także nie mogę sobie dać rady. Rozum /i weterynarze + wyniki badań/ mówią "tak należało postąpić", a serce płacze. Rzumiem PANIĄ, co i tak nie przyniesie nkomu ulgi. Trzeba swoje odcierpieć, tylko czasami myślę, za co? Pozdrawiam serdecznie = Alicja.

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo mi przykro. Zwłaszcza że poznałam Schwarza osobiście. No cóż, on zapewne nie żałuje, miał z tobą dobre życie. Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
  14. Iwona... :*
    Wszystko mi wrocilo i poryczalam sie. Sciskam mocno.

    OdpowiedzUsuń
  15. [*]...
    faktycznie, Piesisko było super, niestety miało wspólną wadę większości zwierzaków, czyli konstrukcję obliczoną na krótsze życie, niż ludzkie...
    ...
    u nas w domu pełnię funkcję "charona" i "grabarza" zwierzaków /nawet znajomi mnie czasem zamawiają do takich posług/, bo ponoć słynę z odporności psychicznej, ale tak naprawdę nienawidzę takich dni, bo potem kilka/?/ następnych "chodzę tyłem"...
    pozdrawiam nadzwyczaj serdecznie...

    OdpowiedzUsuń
  16. Tak bardzo Ci współczuję...

    OdpowiedzUsuń