środa, 7 grudnia 2016

Pożegnania z przeszłością

Wydawałoby się, że pożegnanie z przeszłością nastąpiło, kiedy wyprowadzałam się z mojego byłego już domu. Wiele rzeczy oddałam w dobre ręce, sporo po prostu zostawiłam nowym właścicielom, jako że uznałam, że nie będą mi już potrzebne albo nie mamy na nie miejsca. Dosłownie kilka udało mi się sprzedać, bo było na to zdecydowanie zbyt mało czasu. Powoli zaczynam się żegnać z przeszłością, z tamtymi rzeczami, z tamtym miejscem. Choć nie ukrywam, że wiele rzeczy, przeżyć i wrażeń stamtąd na zawsze pozostanie we mnie jako ważna część mnie, bo to były moje doświadczenia.
Skoro już mówimy o pożegnaniu, to udało mi się przed wyjazdem w ostatniej chwili urządzić jeszcze małe pożegnanie dla najbliższych osób i przyjaciół. Moja Przyjaciółka przywiozła taki pyszny tort, moja znajoma sąsiadka upiekła pyszne ciasto.
Mój ostatni wpis o tym, jak urządzić domowe biuro dopisywałam ponownie w Warszawie. Znalazłam się tam w niecały miesiąc po przeprowadzce dzięki temu, że otrzymałam zlecenie tłumaczenia ustnego.

Chciałam też załatwić na miejscu kilka spraw, więc zostałam dodatkowo na trzy dni. Przez większość czasu mieszkałam u mamy, a ostatnią noc spędziłam u córki. W trakcie dwudniowego zlecenia klient zafundował hotel, z niego było bliżej do pracy. Szkoda, że mogłam tam zostać tylko na jedną noc, bo warunki były naprawdę przyzwoite i mogłam się odprężyć i odpocząć.
Poza jednym wieczorem wypoczynkowym za dużo czasu wolnego nie miałam. Jednym z zadań było też zabranie ostatnich rzeczy z mojego poprzedniego domu i ich rozmieszczenie - część jeszcze na jakiś czas zostanie u przyjaciółki w piwnicy, część rzeczy, które przechowuję u mamy, trzeba było uporządkować. Ostatni pobyt był zatem bardzo pracowity. Nie tylko ze względu na intensywną pracę u klienta. Także u mamy miałam co robić: na początek uporządkowałam czyli na nowo ustawiłam kartony, które przewiozłam do jej mieszkania. Część z nich to dokumenty firmowe, które muszą być jeszcze w Polsce, dopóki prowadzę tam działalność.
Część papierów będzie można po przejrzeniu zutylizować jako historyczne, a pozostałe jeszcze lepiej poukładać.
Poza tym dawno już chciałam pomóc mamie w posprzątaniu nadmiaru rzeczy, w które sama przez ostatnie lata obrosła. Widziałam, że bez mojej pomocy sobie nie poradzi, a przez moje zamieszanie ze sprzedażą domu od dawna nie miałam czasu, żeby ją odwiedzić i coś sensownego z tym zrobić.
To powojenne pokolenie jest bardzo przywiązane do rzeczy. Każda z nich jest z czymś związana, pamiętają, gdzie i kiedy była kupiona albo skąd przywieziona, z każdą mają związane jakieś wspomnienia. Jednym słowem każda wydaje się im cenna. Czyli o każdą trzeba najpierw stoczyć walkę, przekonując, że skoro od lat zalega nieodkurzona na samym dnie szuflady, to nie jest ani potrzebna, ani ładna, ani cenna.
Często osoby z tego pokolenia mają jeszcze jedną słabość: zawsze starają się znaleźć dla każdej rzeczy nowego właściciela. Często potem długo muszą czekać, aż ta osoba odbierze (przez grzeczność) sprezentowaną (tj. często "wciskaną") rzecz albo co gorsza sami zajmują się rozwożeniem tego po ludziach autobusami, zamiast po prostu wyrzucić na śmietnik. Ta ostatnia metoda byłaby wg mnie czasowo i ekonomicznie najwłaściwsza, ale starsze pokolenie wie lepiej, albo nie przechodzi mu to przez ręce i głowę, że tak powiem. W związku z tym traci na starocie mnóstwo czasu.
Niby można byłoby sprzedać niektóre pamiątki rodem z PRL-u komuś, kto by je chętnie kupił, ale w tym celu trzeba by mieć konto na FB albo dostęp do forum z ogłoszeniami i mieć czas się tym zająć. To najczęściej przerasta ludzi w pewnym wieku. Stąd rzeczy latami się gromadzą, aż wreszcie zajmują wszystkie kąty i potem brakuje miejsca w mieszkaniu na rzeczy naprawdę potrzebne.
Posprzątanie lub nawet odkurzenie tych zalegających rzeczy wydaje się takiej osobie przy jej osłabieniu wiekiem pracą ponad siły, jeśli miałoby się taką pracę wykonać na raz, czy nawet na pięć razy.
Pożegnania w tym wieku z czymkolwiek okazują się więc szczególnie trudne. A może to kwestia indywidualna. W każdym razie cieszę się, że udało mi się coś ruszyć w tym temacie także u mojej mamy.
Na szczęście moja mama ostatnio, szczególnie po przywiezieniu moich rzeczy, zrozumiała, że ma wszystkiego za dużo i zaczęła segregować kolejne rzeczy do przekazania w dobre ręce. Znaleźli się też dobrzy ludzie, którzy od niej te rzeczy zabierają i oddają uboższym (a jeśli nawet wyrzucają co gorsze rzeczy, to ja osobiście jestem im za to bardzo wdzięczna).
Mnie również udało się podzielić moimi rzeczami z byłego domu z tymi, którzy bardziej potrzebują i bardzo się z tego cieszę, bo znam osobę i wiem, że naprawdę były to wartościowe przedmioty, które znalazły zadowolonych użytkowników. Rozumiem więc częściowo tę potrzebę, ale kiedy dominuje ona nad wszelką własną wygodą i zaspokajaniem codziennym potrzeb, to już niekoniecznie rozumiem. 
Nie był to więc łatwy pobyt dla nas obu, bo rzeczy było naprawdę dużo, ja chciałam wszystko posprzątać szybko, wiedząc, że mam na to w sumie dwa popołudnia, a moja kochana rodzicielka najchętniej napisałaby dysertację o każdym przedmiocie, który brałyśmy do ręki i dodatkowo dopisała listę, komu może się przydać.
Ogólnie była to więc moja bezlitosna walka o jej wygodę, przy jej wyraźnym sprzeciwie przy każdej z oglądanych rzeczy. Z czasem, kiedy było widać postępy, już szybciej nam szło, a mama zaczęła odczuwać satysfakcję i ulgę, bo mieszkanie wyglądało coraz lepiej i wreszcie trochę przejrzało. Szczególnie biurko i szafka przy biurku zostały niemal w 100% ogarnięte, a niepotrzebne papiery zniszczone i wyrzucone. Pod zielonym kocykiem zamieszkały tymczasowo zebrane w jednym miejscu moje kartony.
Na koniec obie odczułyśmy satysfakcję z dokonanych porządków, ale też wielkie zmęczenie. Mieszkanie udało się nieźle odgruzować, choć nie obyło się bez zgrzytów, sama przyznaję, że nie potrafiłabym już funkcjonować na takiej małej przestrzeni, chyba że wyczyściłabym ją ze wszystkich niepotrzebnych rzeczy i uzupełniła o nowe, lepsze i ładniejsze. Z poprzedniego domu zabrałam jeszcze lampy i wymieniłam wszystkie u mamy w domu za wyjątkiem tych z przedpokoju, bo jak to mama powiedziała: "te żarówki trzymają się i nie przepalają od początku zamieszkania w tym mieszkaniu i jeszcze długo poświecą".
Znacznie bardziej wolałabym pójść z moją mamą na kawę czy na spacer, ale nie mogłam tego tak zostawić. Może następnym razem...
Niestety z powodu tych porządków nie załatwiłam swoich urzędowych spraw, na które w sumie miałabym i tak tylko dwa dni wolne. Musiałam je przełożyć na kolejny przyjazd. Nie dałam też rady spotkać się z żadnym z moich przyjaciół, pojechałam tylko na ostatnią noc do córki: nagadać się i wreszcie poznać jej nowego członka rodziny: kota Ferenca. Kotkowi się akurat paluszek złamał, więc chodzi opatulony w specjalny kubraczek na opatrunek, żeby go było trudniej ściągnąć. Spotkanie z córcią było bardzo udane, nagadałyśmy się i nacieszyły swoją obecnością. Niestety nad ranem dostałam mandat, bo zapomniałam, że w tej dzielnicy jednak płaci się za postój. Trudno się mówi, mimo wszystko pobyt był tego warty.
Mogę więc powiedzieć, że z córcią też udało mi się na dłużej pożegnać i chociaż zawieźć jej prezenty.
Podsumowując: po pierwsze udało się odebrać z mojego poprzedniego domu wszystko, co jeszcze z niego chciałam zabrać. Pożegnanie z domem uważam za zamknięte.
Po drugie: udało się w miarę uporządkować mieszkanie mamy, da się tam teraz mieszkać nie chodząc zakosami między moimi kartonami. Podczas kolejnego pobytu zamierzam pomóc jej w dalszych porządkach.
Po trzecie: dojrzewam do tego, żeby powoli urządzić sobie miejsce do życia i pracy w nowym domu. Tego jednak, jak wiadomo, nie da się zrobić z dnia na dzień. Działam stopniowo i jak dla mnie nie dość szybko. Ciągle jeszcze brakuje mi mebli czy stałego miejsca na niektóre rzeczy, nie do końca umiem poukładać w jednym pokoju wszystkie swoje rzeczy, które do tej pory miałam porozkładane w poprzednim domu po kilku pokojach.
Niektórych przedmiotów z poprzedniego domu świadomie a raczej z premedytacją nie zabrałam, chociaż może nie wszystko powinnam była zostawiać, ale teraz to już sprawa zamknięta.
Jedyne, czego pożałowałam to pozostawiony dla następnych właścicieli grzejnik olejowy, który zostawiłam licząc, że już nigdy nie będzie nam potrzebny. A właśnie od piątku, czyli od dnia mojego powrotu dopadła nas awaria ogrzewania, która po pięciu dniach walki i trzech wizytach serwisantów została chyba dziś wreszcie opanowana. Przez to wszystko niestety mocno przemarzłam i czuję się trochę podziębiona.
Stwierdzam jednak, że i tak nie dałoby się wszystkiego przewidzieć, ani zabrać każdej potrzebnej rzeczy, pewnie nawet gdybym miała na to trzy miesiące, o czymś bym nie pomyślała. Niektóre rzeczy trzeba kupić od nowa i to też jest normalne, chociaż na początku człowiek się zżyma i żałuje.
Niektórzy pytają mnie, czy czasem nie brakuje mi mojego poprzedniego domu. Domu może nie, ale brakuje mi mojej już całkiem nieźle tam wprowadzonej organizacji. Tam ostatni raz wiedziałam, gdzie są wszystkie moje rzeczy. Tu dopiero znajduję dla niektórych nowe miejsca, dla niektórych to miejsce dopiero muszę stworzyć, bo póki co siedzą w kartonach i szukamy ich dopiero, kiedy są potrzebne. Tym razem przydała się dmuchawa, dzięki której w tym zimnie trochę się podgrzewaliśmy.
I tak oto, mimo trudności technicznych, doczekaliśmy szczęśliwie z już naprawionym piecem Mikołajek. Dziś dostaliśmy od rodziców Mikaela trochę słodkich prezentów, część już została zjedzona, ale reszta nadal cieszy oczy i zapewne niedługo podniebienia.
Oczywiście nie zabrakło i polskich akcentów, przywiezionych z Polski przeze mnie:

A ja dostałam do przykrywania się ten szary kocyk, będzie pasował do sofy i poduszek, oraz dywanu, które przywiozłam z ojczyzny.
Dywan z sypialni próbuje oczywiście zaanektować Piesio, ale staramy się go mimo wszystko trochę chronić przed inwazją.
I tym pozytywnym akcentem chciałabym się pożegnać już na dziś z Wami i z tym, co zostawiłam w tamtym domu.
To już za mną.
Nie ma powrotów, przynajmniej dla mnie nie istnieją, tamten dom pozostawiłam za sobą ostatecznie, choć wiele wspomnień stamtąd na zawsze pozostanie częścią mnie.

12 komentarzy:

  1. Cale szczescie, ze kiedy my wyjechalismy do Niemiec, mama byla jeszcze w pelni sil i mogla spokojnie likwidowac nasze mieszkanie. Nikt jej nie poganial, wiec spokojnie sprzedawala lub rozdawala meble i domowe klamoty. Dalismy jej wszelkie pelnomocnictwa na zalatwianie formalnosci i mielismy luksus niemartwienia sie o nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To faktycznie mieliście luksus, dla mnie a i dla mojej mamy ta cała przeprawa z rzeczami nie jest łatwa, a będzie jeszcze wymagała sporo pracy w kolejnych miesiącach. A co straciłam, tego nie odzyskam. Poza tym mama też już nie ma tyle siły, co w ubiegłych latach.
      Uściski Aniu!

      Usuń
    2. Ja stracilam chyba znacznie wiecej, wszystkie nasze antyczne meble poszly za bezcen, bo nie bylo mozliwosci ich przetransportowac. Nasz status byl jeszcze nie do konca jasny, a trzeba bylo likwidowac chalupe. Zreszta wtedy w tzw. komunie nie bylo firm transportowych.

      Usuń
    3. Jak zwykle są plusy i minusy każdej sytuacji. Nie wierzę, że ktokolwiek nie stracił czegoś przy przeprowadzce, u Ciebie były to antyki, u mnie sporo różnych mebli i cennych przedmiotów, które po sprzedaży też dałyby mi sporo kasy. Ale na to potrzeba czasu, a ja go nie miałam. Toteż muszę zaakceptować ten stan i patrzeć w przyszłość.
      Firmy transportowe i przeprowadzkowe to jednak świetny wynalazek!

      Usuń
  2. Dla mnie pożegnania z każdym "starym" były trudne. Po czasie okazywało się, że w każdym z poprzednich miejsc zostawiłam coś, co akurat jest mi teraz absolutnie, bezwzględnie niezbędne. Jednak to było tylko wrażenie, mijało z czasem ale tak jest, że wszędzie gdzie spędziliśmy dłuższy czas zostawiamy cząstkę siebie, a i z sobą zabieramy cząstkę opuszczanego miejsca.
    Długo mnie nie było Iwuś tym bardziej się cieszę, że udało mi się znaleźć Twoje nowe miejsce.
    Pozdrawiam cieplutko.
    Akular

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Akularku, chyba Cię ściągnęłam myślami, bo ostatnio myślałam, żeby do Ciebie zadzwonić i na pewno to zrobię na dniach, jak się trochę ogarnę z pilnymi obowiązkami. :)
      Co do starych rzeczy, to oboje chcieliśmy tu zacząć nowe życie, w miarę możliwości bez wielkich obciążeń z przeszłości, toteż mój M. pożegnał się z wielką liczbą swoich rzeczy, a ja też pożegnałam się z wieloma rzeczami, które z tą przeszłością zbyt mocno były związane. I mam nadzieję, że wyjdzie nam to na zdrowie. Są oczywiście momenty, że czegoś tam żałuję i żałować będę, człowiek się jednak przyzwyczaja. Tak jak Ty, wydaje mi się czasem, że nie przeżyję bez czegośtam. Ale to chyba raczej emocje związane z tym, co się przeżyło, a nie prawdziwa tęsknota za rzeczami.
      Mnie też bardzo miło, że mnie odnalazłaś i zapraszam Cię częściej. :)
      Buziaczki

      Usuń
  3. Końcowy akcent naprawdę pozytywny i apetyczny, a tym szarym kocem sama chętnie bym się otuliła.

    Latem moja mama wraz ze swoją mamą, czyli moją babcią, miały przeprowadzać się z całym dobytkiem na drugi koniec Polski (znad morza na Górny Śląsk). Ostatecznie przeprowadzka okazała się jednym wielkim rodzinnym nieporozumieniem i każdy został na swoim miejscu, ale zanim tak się stało, pakowanie szło pełną parą i było dokładnie tak, jak piszesz - babcia po tysiąc razy oglądała każdą rzecz, którą moja mama bez mrugnięcia okiem by wyrzuciła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ten puszysty kocyk zawijam się od wczoraj regularnie, jak tylko się kładę na kanapie przed telewizorem. :)
      My też miałyśmy wiele pomysłów z moją mamą na wspólne zamieszkanie, ale nawet czasowo się to nie udało. Trudno jest połączyć dwa tak różne pokolenia, za dużo emocji, w tym tych zastarzałych. A to oglądanie każdej rzeczy ze 100 stron, zanim się z nią pożegna właściwie uniemożliwia przeprowadzkę takich starszych osób.
      Bardzo dobrze rozumiem Twoją mamę. :)

      Usuń
    2. Ze względu na stan zdrowia babci, mama mieszka z nią już od prawie 11 lat (tyle minie wiosną). Ponowne wspólne zamieszkanie z rodzicami wcale nie jest łatwe - sama wiem coś o tym. Oprócz emocji, o których piszesz, dochodzą też własne przyzwyczajenia, które są często bardzo różne od przyzwyczajeń rodziców. Nie mówiąc już o tym, że dla rodziców, a zwłaszcza dla matek, zawsze będziemy ich małymi córeczkami.

      Usuń
    3. Dokładnie tak. My nadal dla nich jesteśmy małymi córeczkami, ale tak się przecież nie da żyć, będąc dorosłą osobą. I te przyzwyczajenia są już całkowicie inne. U nas też podobnie. Podziwiam Twoje mamę i babcię, że udało im się mieszkać razem 11 lat i przeżyć! :)

      Usuń
  4. Nim zamieszkaliśmy we własnym mieszkaniu żyłam na walizkach i przeprowadzałam się wiele razy, w końcu nauczyłam się nie przywiązywać do przedmiotów.To nie one są ważne ale ich współużytkownik.
    To tak na zasadzie gdzie ty Kajus, tam ja, Kaja. A co dookoła to mało ważne. Potem odkryłam, że tę samą cechę posiadał mój pies- dla niego dom był tam, gdzie byli jego "osobiści ludzie". Otoczenie nie miało znaczenia.Tak samo fajnie było na wszystkich wczasach i za granicą, byle "państwo" byli w zasięgu wzroku i słuchu.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim dotychczasowym życiu przeprowadzałam się świadomie ze swoim udziałem tylko dwa razy (przeprowadzka rodziców, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i nawet nie brałam w niej udziału w tym momencie się nie liczy): raz od rodziców na swoje mieszkanie, a potem z mieszkania do domu. Teraz był trzeci raz.
      I przyznam, że nie chciałabym zbyt szybko powtarzać tego doświadczenia, bo to jednak strasznie męczące jest. Mikael z kolei przeprowadzał się dziesiątki razy i dla niego to nie jest aż tak straszne przeżycie, jakie było dla mnie. Z trzeciej strony - były to przeprowadzki w ramach jednego miasta, a nie międzynarodowa, jak moja. Dlatego mimo wszystko uważam, że dzielnie się spisałam i daję radę, ale jeszcze jestem tym wszystkim trochę zmęczona. Tym bardziej, że codziennie na głowę zwalają mi się nowe sprawy pilne bieżące do załatwienia, nie mam więc też za dużo mocy przerobowych na przystosowanie sobie wszystkiego od razu do wygodnego życia. Na wszystko potrzebuję czasu i to akceptuję, a raczej chyba powoli zaczynam akceptować.
      Co do psa i kota - moje mają dokładnie tak samo :)

      Usuń