sobota, 31 grudnia 2016

Jak przekonać mężczyznę do kota?

Zanim nastąpił zwrot wydarzeń, o którym piszę i w którym towarzyszycie mi od pewnego czasu, czyli przeprowadzka z jednego kraju do drugiego, ze stolicy Polski do portowego miasteczka nad Morzem Północnym, wiele się wydarzyło. Bo nie wystarczy się zakochać i podjąć decyzję o wspólnym życiu. I nawet sam dom nie wystarczy, bo trzeba w nim jeszcze stworzyć rodzinę. Tym bardziej, że w określonym wieku ma się już w życiu pewne dokonania i zobowiązania, również w przypadku zmiany domu. W moim przypadku są to zobowiązania wobec Piesia i Kici. Dom można sprzedać, ale przecież nie zostawia się przyjaciół, ani podopiecznych.
Przygotowania do obenego etapu trwały trzy lata. I nie zawsze było łatwo. Przygotować trzeba było bowiem także zabranie ze sobą zwierzaków.
O ile Piesio, czyli Schwarz swoją wierną, radosną mordą i rozmerdanym ogonem tudzież zabawami w domu i na spacerach zaskarbił sobie sympatię mojego mężczyzny już na wstępie, o tyle kicia z jej kocimi humorkami, niezależnością, a czasem ostrym pazurem zamiast miłosnych pieszczot to już zupełnie inna bajka. Chodziło mi nawet chwilami po głowie, że Kiciulka zostanie z moją Córką. Taki był zresztą pierwotny plan. Tym bardziej, że to właśnie Latorośl ją kiedyś zniosła ją z pola i przywiozła do domu.
Okazało się jednak, że małe mieszkanko młodych nie bardzo nadawało się do swobodnej natury Mozarta. Kot wychodzący, w dodatku z nerwicą na tle ogona... I tu się zaczął mój wielki smutek, bo Mikael zupełnie nie był przygotowany na kota, ba, nawet miał wcześniejsze złe doświadczenia z kotami i uważał, że najlepsze rozwiązanie byłoby jednak, gdyby kot został z moją córcią. Długo ten temat dyskutowaliśmy, rozważaliśmy różne scenariusze, w tym znalezienie dobrego domu dla kici, w którym mogłaby wychodzić na ogród itepe. Myślałam, że mogę, że zdołam, że to przecież (hmmmm, czy na pewno można powiedzieć?) "tylko zwierzak". Mam znajomych, którzy tak uważają i dziwili się, że tak nalegam na zabranie ze sobą kota.
A ja pewnego dnia poszłam z psem, ale przede wszystkim sama ze sobą na długi spacer do lasu i w trakcie spaceru przemyślałam sobie, jak bym się czuła, gdybym ją oddała. Ta moja rozmowa ze sobą sprawiła, że już wiedziałam, czego chcę.
Decyzja była żelazna i nieodwołalna, a moja zdecydowana postawa wobec osobnika płci męskiej sprawiła, że zrozumiał i od tego momentu bez słowa zaakceptował, że albo przyjmie pakiet dwa plus jeden albo żadnego.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Za co lubię święta?

Wiele lat przed naszą erą nie lubiłam świąt. A przynajmniej tak sobie wmawiałam i w to głęboko wierzyłam. Zawsze też właśnie w okolicy świąt działy się u mnie różne dziwne rzeczy. Tradycji zresztą stało się zadość i podczas tegorocznej Wigilii i najazdu przez Mikołaja.
A tak naprawdę same święta nie miały wiele wspólnego z tym nielubieniem, to raczej ich cała otoczka była zniechęcająca.
Wigilia 2014 - Bremerhaven

niedziela, 25 grudnia 2016

Jak najechał nas święty Mikołaj

Korzystając tego roku z prawa Bardzo świeża Rodzina na Swoim tego roku postanowiliśmy nie szaleć z rodzinnymi spotkaniami, tym bardziej, że mama Mikaela też niespecjalnie się czuła i nie miała energii przyjmować gości. Jutro jego rodzice przyjdą do nas na kawę i ciasto, które też zamierzam upiec dopiero jutro.
Od rana jednak byłam z różnych powodów niespokojna. Głównie z tego, że wydaje mi się ostatnio, że z niczym nie nadążam. I niestety to prawda.
Drugim z powodów był pan w podobnym stroju, jak na zdjęciu poniżej. 
Kiedy wracałam ze spaceru z psem, pan dokładnie w takim stroju niemalże najechał na mnie, jadącą spokojnie przepisową prędkością główną ulicą. Pewnie rozdawał prezenty na zlecenie i był spóźniony. Ale z tego pośpiechu nawet się nie rozglądał tylko pruł przed siebie, lekceważąc nie tylko przepisy, ale i zasady zdrowego rozsądku. 

piątek, 16 grudnia 2016

Oldtimer Galerie Bremen, czyli stare auta i inne przyjemności

Pod koniec listopada wybraliśmy się na kilka godzin do Bremy. Mieliśmy kupić komodę, ale okazała się nie taka, jak oczekiwaliśmy, pozostało nam więc spędzić tam trochę czasu, najchętniej miło.
I tak oto wylądowaliśmy w Oldtimer Galerie Bremen, czyli Galerii Oldtimerów tuż nad rzeką Wezerą (niem. Weser).
Kto bywał na moim poprzednim blogu blog-iw-nowa, ten raczej pamięta naszą wizytę w podobnym centrum oldtimerów w Berlinie, czyli Dlaczego warto poznać Classic Remise Berlin. Podzielę się z Wami tamtym postem ze starego bloga.
Wylądowaliśmy w tym miejscu nie przypadkiem, bo Mikael dobrze wiedział, po co mnie tam zaciągnął. W jednym z ulokowanych w centrum sklepów rozciągał się bowiem raj dla koneserów muzyki, a więc i dla niego.
I to nie tylko ze względu na prezentowany sprzęt i możliwość posłuchania czyli wypróbowania na miejscu różnego sprzętu, ale też biorąc pod uwagę olbrzymią wiedzę prowadzącego ten przybytek pana.

środa, 14 grudnia 2016

Moje nożyczki

Przeprowadzka to wielkie przedsięwzięcie, które jednocześnie uczy nas bardzo wiele o samym sobie. Mnie na przykład nauczyła, że jest jeden taki przedmiot, bez którego nie umiem się obyć: NOŻYCZKI. 
Nożyczki, co logiczne, były mi bardzo potrzebne w czasie pakowania. Wiadomo, trzeba było ciąć taśmy do zaklejania kartonów i przycinać folię do pakowania. Dlatego za każdym razem reagowałam nerwowo, kiedy nożyczki ginęły mi z oczu. Myślałam, że mi to przejdzie po przeprowadzce. Nawet wymyśliłam dla nich jedno stałe miejsce do przechowywania, czyli czerwony koszyczek, gdzie oprócz taśmy klejącej i markera musiały być odkładane na miejsce po każdym użyciu. Pisałam o tym w poście Życie w kartonach. Oczywiście równie potrzebne okazały się podczas rozpakowywania kartonów (rozcinanie taśmy klejącej, folii itp.). Tutaj też zachowałam zasadę czerwonego koszyczka.
Bo przecież wiadomo: nożyczki niezbędne są.
Na biurku w biurze oczywiście muszą być. Do rozcinania kopert mam wprawdzie specjalny nożyk do kopert, ale czasem są większe koperty, albo inne rzeczy do rozcinania, których bez nożyczek ugryźć się nie da.
Wniosek jest prosty: nożyczki na biurku są, stoją karnie w stojaku na pisadła.
Nożyczki biurowe - podstawowe, zawsze na wierzchu
Nożyczki jak się okazało, muszą być jednak nie tylko tutaj.

wtorek, 13 grudnia 2016

Z Piesiem pierwszy raz w Bremerhaven u weterynarza

Postanowiliśmy wybrać się z Piesiem do doktora. Czas już był najwyższy, bo chłopak już nieco starszy i coraz gorzej działa mu tylne zawieszenie. A przyjmowane przez niego leki akurat na to mu nie pomagają. Schwarz przyjmuje leki na serce i na tarczycę, ale mięśnie i aparat ruchu to już inna bajka.
Schwarz nie wygląda na stan, w którym się znajduje, ponieważ na spacerach porusza się jeszcze dość żwawo, jego sierść nadal lśni i nie opuszcza go radość życia, chociaż my znając go już od lat widzimy, że to powoli już nie ten sam pies.
W domu wieczorem po całym dniu często ciągnie już za sobą tylną część ciała, bo już nie ma siły wyprostować tylnych łap, żeby się dowlec na swoje posłanie do spania. Strasznie smutno na niego patrzeć. Pomagamy mu się ułożyć, ale na to reaguje wyraźnym niezadowoleniem i warkiem. Jakby chciał podkreślić, że:
- Zostaw mnie. Jeszcze jestem w formie i na własne łóżko się potrafię dowlec.

piątek, 9 grudnia 2016

Najpiękniejszy dzień na spacer

To była niedziela, kilka dni temu, a dokładnie 4 grudnia 2016 roku. I był to sobie zupełnie zwyczajny a jednocześnie nadzwyczajny dzień.
Jego niezwykłość polegała na wspaniałym i widowiskowym zjawisku przyrody, który go ozdobił: szadź. 
Szadź to pojawiający się nagle osad lodu, powstający na skutek zamarzania małych, przechłodzonych kropelek wody (mgły lub chmury) w momencie zetknięcia z powierzchnią przedmiotu albo już powstałej szadzi - podaję za Wikipedią. 
Tego dnia pewnie nawet bym nie zauważyła, gdyby nie konieczność codziennego wyjścia z Piesiem na codzienny poranny spacer.
Nie noszę albo nie wyciągam ostatnio aparatu, bo spacery z piesiem stały się dostatecznie obciążające, jest stary i trzeba mu często pomagać, wnoszę go do bagażnika, wystawiam i często podtrzymuję podczas spaceru, bo jego tylne łapy są coraz słabsze. Ale mam zawsze ze sobą komórkę z całkiem niezłym aparatem. Dzięki temu tego dnia uwieczniłam to przecudne zjawisko i chcę się nim z Wami koniecznie podzielić. Ostrzegam, a raczej polecam: będzie mnóstwo zdjęć, jak na zdjęcia zrobione komórką jakość i tak niezła.

środa, 7 grudnia 2016

Pożegnania z przeszłością

Wydawałoby się, że pożegnanie z przeszłością nastąpiło, kiedy wyprowadzałam się z mojego byłego już domu. Wiele rzeczy oddałam w dobre ręce, sporo po prostu zostawiłam nowym właścicielom, jako że uznałam, że nie będą mi już potrzebne albo nie mamy na nie miejsca. Dosłownie kilka udało mi się sprzedać, bo było na to zdecydowanie zbyt mało czasu. Powoli zaczynam się żegnać z przeszłością, z tamtymi rzeczami, z tamtym miejscem. Choć nie ukrywam, że wiele rzeczy, przeżyć i wrażeń stamtąd na zawsze pozostanie we mnie jako ważna część mnie, bo to były moje doświadczenia.
Skoro już mówimy o pożegnaniu, to udało mi się przed wyjazdem w ostatniej chwili urządzić jeszcze małe pożegnanie dla najbliższych osób i przyjaciół. Moja Przyjaciółka przywiozła taki pyszny tort, moja znajoma sąsiadka upiekła pyszne ciasto.
Mój ostatni wpis o tym, jak urządzić domowe biuro dopisywałam ponownie w Warszawie. Znalazłam się tam w niecały miesiąc po przeprowadzce dzięki temu, że otrzymałam zlecenie tłumaczenia ustnego.