poniedziałek, 21 listopada 2016

Wychodzimy z kartonów

W odchodzący weekend udało nam się sporo zrobić, chociaż przez niewyspanie i kilka stresów związanych z pracą, które przeniosły się na sobotę, nie byliśmy w najlepszych nastrojach. Dodając do tego, że cały dzień dziś padało na przemian z mżyło i do tego wiało, aż nas przewiewało na wylot, nastroje były raczej minorowe. Mimo to postanowiliśmy zrealizować zamierzone plany. Czyli ja swoją pracę, Mikael zaplanowane prace domowe, a razem założone plany porządkowe.
Mnie udało się rozpakować sporą część kolejnych kartonów. Zniknął wreszcie szpaler kartonów, zza którego już się można było spokojnie ostrzeliwać.

Na razie zamieszkały też w garażu. Może uda się je sprzedać, to będzie na coś fajnego do domu.
Kartony wyszły, a na ich miejsce na razie wstawiliśmy różne moje szafki czy komody, od razu lepiej i jest gdzie np. torbę i rzeczy w przedpokoju gdzie odstawić.
Poza wyniesieniem większości kartonów Mikael zamontował nareszcie drzwi do pokojów i łazienek. Dziwnie się trochę korzystało z WC, kiedy co chwila ktoś mógł wejść, niby sami swoi, ale jednak to było mało komfortowe, chociaż dla zwierzaków to była doskonała okazja rozejrzenia się po domu i dobrego poznania go. :)
Pierwotny kolor drzwi był przestarzały, były w ciemnej okleinie drewnianej. Słabo to wyglądało na tle odnowionych nowocześnie wnętrz i nowych okien. Dlatego Mikael zamówił specjalnie odpowiedni odcień ciemnej szarości, w kolorze stolarki okiennej (antracyt). Przed naszym przyjazdem pomalował tą farbą wszystkie futryny. Pomalowane drzwi schły do wczoraj w garażu. Po długich poszukiwaniach nareszcie udało mu się znaleźć do tych drzwi odpowiednie uszczelki i jeszcze dodatkowo uszczelki do uszczelnienia nowych szyb, bo te też wymienił. I w ten oto sposób w sobotę w domu zawisły nareszcie niemal wszędzie nasze odnowione, czyli nowe drzwi.
Według mnie takie drzwi do mojego biura są bardzo odpowiednie i eleganckie. Takie same poszły też do przedpokoju, a gładkie bez szyb do łazienki i do pomieszczenia gospodarczego.
Poza tym same sukcesy:
1) rozpakowałam 95% moich rzeczy z szaf i już mam się w co ubrać.
Miałam podczas tej akcji atak paniki, po otwarciu wszystkich kartonów i obejrzeniu na szybko szafy stwierdziłam, że ja się tam na pewno nie zmieszczę. Na szczęście nie położyłam się na ziemi i nie zaczęłam walić kończynami w podłoże z rozpaczy, ale niewiele brakowało. Potem zaczęłam układać rzeczy, dokonywać selekcji. Część mniej lubianych rzeczy wyniosłam na górę do pokoju gościnnego, niech poczekają na decyzję, czy i kiedy zrobię z nimi porządek ostateczny.
2) udało się jako tako uporządkować pokój gościnny.
Ze składziku meblowego zamienił się już w przytulny pokój na razie z przeznaczeniem dla mnie, jeśli nie będę mogła pracować na dole (wstawiliśmy tam moje biurko i inne rzeczy). Jakby co jedno składane łóżko z grubym materacem oraz materac nadmuchiwany dwuosobowy już mamy. Goście mogą przyjeżdżać!
3) Po wstawieniu moich komód z poprzedniej sypialni do obecnej sypialni stwierdziliśmy, że szuflady świetnie się sprawdzają na mniejsze rzeczy. Po zapełnieniu komód ciuchami wyszło, że zajęłam w całości dwie komody, druga w całości została przeznaczona na ręczniki, a góra na bieliznę M. Stwierdziliśmy więc, że przydałoby się jednak jeszcze jakieś miejsce na pościel. Dlatego Mikael czujnie poszukiwał w okolicy mało używanych podobnych komód. Kto szuka, ten znajduje. I właśnie dziś po jedną z tych komód w kolorze brzozowym, jak moje, pojechaliśmy 50 km w jedną stronę. I już ją mamy! Stan niemal idealny.
4) udało mi się w miarę odgruzować mój gabinet, ale nadal dużo pracy przede mną. Na regałach i w szafkach muszę teraz rozmieścić wszystkie przywiezione ze sobą rzeczy. Póki co to zadanie mnie trochę przerastało. Ale teraz go chyba nie uniknę.
Za tę aktywność nagradzaliśmy się dość intensywnie, czyli w piątek na weekend zrobiłam ciasto, a potem lody z orzechami i polewą owocową, do tego własnej roboty bita śmietana.
Ciasto wyszło naprawdę pyszne, nawet polewa smaczna.
Z tej rozpusty jedzeniowej trudno było wyjść, aż się wreszcie udało. Królewskim daniem tego weekendu było spaghetti a'la bolognese, kiedy już niewiele go zostało, dodaliśmy podpieczone papryki.
I tak oto dotrwaliśmy do końca weekendu. Niewyspani, bo piesio sypia niespokojnie, stare kości przekłada z posłania na podłogę, albo z powrotem.
A że ciężko już mu wstawać, to cała ceremonia jest dość męcząca i słyszalna aż za dobrze tak dla niego, jak i dla innych osób śpiących w sypialni.
Kiedy już Piesio się ułoży, wtedy nad ranem przychodzi Kicia, bo właśnie zgłodniała. Ech, to nasze zwierzakowe przedszkole.

Ale dobrze, że są z nami. Nasza czwórka coraz bardziej zżyta, zwierzaki całkowicie zaakceptowały otoczenie, Mozart wychodzi i wraca, czuje się jak na swoim. Piesio też już wie, kiedy, gdzie, co i jak. Czyli ogólnie zaczyna panować już jakiś porządek.
Więcej o tym dość nowym porządku napiszę w kolejnym wpisie, bo dziś już naprawdę za długi wpis wyszedł.

8 komentarzy:

  1. Szybka jestes! 95% to duzo, nam zajelo to znacznie wiecej czasu, ale tez dluzej czekalismy na nowe meble. Martwi mnie stan Schwarza, biedaczek staruszek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Aniu, 95% tylko ubraniowych. W kartonach mam jeszcze wszystkie buty, wyjęłam na razie używane 3 pary. Poza tym dużo rzeczy jeszcze w biurze stoi w kartonach, bo nadal nie wiem, gdzie je wypakować. I wszystkie książki. To jeszcze potrwa, oj potrwa! Też nam szkoda Schwarza, wczoraj przy nim wieczorem leżałam i głaskałam popłakując, chciałabym na zapas, chociaż wiadomo, że się nie da....

      Usuń
  2. Szczerze mówiąc to nie wiem co gorsze- pakowanie czy rozpakowywanie. Obu czynności nie lubię, zawsze przyprawiają mnie o stres.
    Ale mają tę zaletę, że przy okazji stosunkowo łatwo jest rozstać się z niektórymi rzeczami.Co niestety nie oznacza wcale, że za jakiś czas ich nie szukamy;)))
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie obie czynności rozwalają, myślałam, że z rozpakowywaniem będzie łatwiej, a tu też robota że aż strach. Chwilami rozstaję się z rzeczami, ale wstępnie pewne rzeczy zostawiłam już w poprzednim domu (do wyrzucenia). A te rzeczy, których nie wzięłam, faktycznie nagle okazują się przydatne, jakieś dywaniki teraz by się przydały ze względu na psa chociażby. Jak jeszcze nie są wyrzucone, to wezmę z poprzedniego domu, odwiedzam go w przyszłym tygodniu po raz ostatni. :)
      Nawzajem, miłego!

      Usuń
  3. Taaaa zwierzęta kochają brak drzwi XD

    Zawsze podobały mi się skosy na poddaszach, takie pokoje można fantastycznie rządzić, nigdy nie miałam takiego pola manewru lecz zawsze było sto tysięcy pomysłów, jak coś takiego zaaranżować u znajomych. I ta ciemna deseczka na podłodze... miód! Nie cierpię jasnych paneli, a niestety takie mamy.

    A propos, w ciastach tego typu, to zawsze polewa jest najsmaczniejsza. Zawsze każdy chce zlizać polewę, albo chce napocząć ciasto, bo na piętce jest jej najwięcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja od dość dawna lubię pokoje proste, bez skosów, tu na razie i tak jeszcze jest trochę za dużo nie do końca przeznaczonych do tego pokoju rzeczy, ale jest o niebo lepiej niż na początku. Pozostałe nierozpakowane kartony leżą sobie w miejscach, gdzie mogą poczekać, a miejsce na biurko i stół już się znalazło. Komody jakby co mogą posłużyć za szafę dla gości. Wysłałam tam też część ręczników, też jako gościnne. Aż tak często się tych gości nie spodziewam, więc pewnie jak napisałam to ja od czasu do czasu tam sobie pójdę, jak się będę chciała wyzerować mentalnie czy emocjonalnie. :)
      Polewa na tym cieście była najlepsza z tych, które jadłam. Zwykle są zbyt słodkie :)

      Usuń
  4. Widzę, że wszystko sprawnie idzie, oby tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak szybko, jakbym chciała to nie jest. Ale dokładamy wszelkich starań oczywiście :)

      Usuń