piątek, 11 listopada 2016

Już tydzień na Nowym

Tydzień temu w Warszawie czekałam wieczorem na to, aż wyląduje samolot Mikaela. Kiedy wreszcie dotarł z półtoragodzinnym opóźnieniem, kiedy dojechaliśmy do domu, siedziałam jeszcze do czwartej nad ranem przygotowując dokumenty.
W drogę wyruszyliśmy w sobotę 5.11.2016 - miałam napisać rano, ale nie udało się. Udało się wyjechać o 13-tej. Na pokładzie było pełno wszystkiego: rzeczy, do tego pies i kot. Podróż W-wa - BH przebyliśmy w 12 godzin, z przystankami na siusiu i drzemki.
Udało się dojechać o 3 nad ranem w niedzielę 6-tego listopada. Jutro będzie więc tydzień od czasu, kiedy jesteśmy na Nowym.
Dziś w Polsce świętowano Dzień Niepodległości. Tutaj to nie jest święto, tylko zwykły dzień pracy.
Dziś rano podczas kolejnego porannego spaceru z piesiem pogoda dopisała. Temperatura koło zera, w nocy pewnie nieco poniżej. Pojawiła się szadź na trawach, ale odczuwalna temperatura była całkiem przyjemna.





Piesio w swoim żywiole rozwąchany na wszystkie strony. Na załatwienie potrzeby fizjologicznej nie wystarczyło już energii. Za to 45 minut spaceru zrobiliśmy.
U mnie jak na razie ciągle wszystko jeszcze w rozsypce, chociaż rozpakowuję kartony, jak mogę. Kuchnia rozpakowana już prawie w całości, chociaż nie mogę jeszcze zmieścić rzeczy z części kartonów - trzeba będzie stworzyć pudełko z herbatami w pomieszczeniu gospodarczym, bo oboje ich za dużo nazbieraliśmy. W każdym razie mogę sobie już robić takie zdrowe posiłki, jak lubię. Takie jak to pyszne danie z kaszą jaglaną, gruszką i prażonymi na suchej patelni orzechami oraz pestkami.
Albo takie, jak ten wczorajszy obiad z indyka, sosu pomidorowego i ryżu długoziarnistego jaśminowego.
Albo takie proste śniadanie z pyszną sałatką.
Chciałabym napisać, że oprócz tego robię jeszcze pyszne soki i koktajle, ale nie daję rady. Cieszę się, że w ogóle robię coś zdrowego do jedzenia, bo chyba dzięki temu jakoś udało mi się bez większych szkód w ludziach i na zdrowiu pokonać dotychczasowy stres i zrobić już tyle tu na miejscu.
Pewnie niektórzy z Was są ciekawi, jak tam zwierzaki.
Mam wrażenie, że oba już całkiem przywykły do nowego miejsca. Schwarz i Mozart już wiedzą, kiedy chodzimy na spacerki, gdzie stoi jedzenie, woda i gdzie mogą spać.
Chociaż posłanie Piesiowi często przesuwamy, żeby wygodnie leżał sobie i w salonie i w sypialni.
W sypialni dziś postanowił położyć się koniecznie przy mnie. No i tak to wyszło...
No cóż, łapki się zmieściły, reszta piesia musiała spocząć na podłodze. :)
W salonie ma swoje drugie, mniejsze posłanie.
Kicia całkiem nieźle znosi zamknięcie w domu, z kuwety korzysta już bez gadania, choć zawsze trochę pomiauczy - głównie przed. Potem postoi i tęsknie zamiauczy przed drzwiami na ogród, ale wraca do kuwety i tam załatwia, co trzeba.
W oczekiwaniu na kolację
Wieczorna drzemka - wielki spokój
Mozart poleguje sobie wieczorami na nowej wersalce w salonie, woła kiedy jest głodna, czasem próbuje jeszcze wyłazić na dwór, ale póki co dajemy radę jej nie wypuścić. Mam dla niej gotową obrożę z zawieszką z adresem i numerami naszych telefonów, ale wstrzymam się jeszcze z jej wypuszczaniem. Na razie niech poczuje się mocno pewnie w domu i pozna go na wylot, uwierzy, że to już jej dom. Poza tym wybieram się na krótki wyjazd do Warszawy pod koniec listopada, więc wolę zacząć trening z wypuszczaniem dopiero po moim powrocie.
Co do mnie - od wczoraj powoli odgruzowuję biuro. Wczoraj rozpakowałam wszystkie regały, powycierałam z kurzu i poukładałam w nich półki. Już trochę zaczyna być widać, że to biuro.
Dziś opróżniłam część kartonów. Ale czeka mnie tak jeszcze wielka praca organizacyjna, bo teraz wszystko jest "na kupie", a nie na miejscach ostatecznego przeznaczenia. Ale to wymaga więcej czasu. Na razie chcę sprawdzić, czy działa nowa drukarka / kopiarka / fax, żeby w razie czego móc ją zareklamować.
Poza tym dziś stwierdziłam, że obecne ustawienie mebli jednak nie do końca mi się nie podoba, jest za ciasno, a mebli naćkane jak na wycinance łowickiej. Trzeba więc będzie jeszcze zabrać stamtąd jedną wąską komodę i wstawić ją do sypialni oraz przestawić miejscami dwie małe komody.
Ale dalej jeszcze przypomina to bardziej plac boju, niż biuro. Dużo pracy przede mną, a jutro przed nami z przestawianiem mebli.
Mamy to w planie jutro, oprócz tego wstawianie pomalowanych drzwi, dokupienie i założenie do nich uszczelki i wymienionych szyb. I będzie świetnie, jeśli uda się zrobić chociaż to.
Dziś kupiliśmy jeszcze dwa średnie dywany do salonu na promocji w ikei, bo piesio ciągle się ślizga na podłodze albo układa na zimnej, czego nie chcemy.
Drugie dwa, które przywiozłam, wylądowały w przedpokoju, bo tam też często poleguje Schwarz.
Piesia poznał już jego nowy Dziadek, Tata Mikaela. Był u nas już dwa razy, w tym dziś. Zawsze wpada z jakimiś podarkami spożywczymi, dziś przyniósł nam fajną sałatkę z warzywami i serą feta, do tego ryby i owoce morza w pikantnym sosie. Będzie jutro na śniadanie.
Piękna aura jesienna wokół zachęca do spacerów
A JA? Co czuję? Jak się czuję? Szczerze mówiąc jeszcze nie wiem.
Mam taką konstrukcję, że takie duże wydarzenia czy zmiany docierają do mnie z pewnym opóźnieniem. Szczególnie, kiedy dzieje się tak wiele na raz, moje emocje nie nadążają za wydarzeniami. Przetwarzam więc sobie to wszystko na razie gdzieś w środku i czekam, co będzie dalej. Ustalamy też różne sprawy między nami, co czasem nie jest łatwe, ale sądzę, że właśnie początek wspólnego życia to właściwy moment na takie ustalenia.
Nie mieszkałam z nikim (oprócz mojej córki, a to też już trzy ostatnio lata temu) pod jednym dachem od lat tak wielu, że aż nie będę się przyznawać.
Dla mnie mimo wielkiej radości, że wreszcie się udało, sporym wyzwaniem jest więc przystosowanie się do tego, żeby być codziennie razem. Wyłażą ze mnie różne strachy i obawy o sprawy zawodowe, o to, jak to dalej będzie z pracą. I nic dziwnego. Na razie wrzuciłam na luz. Muszę się rozpakować, potem mogę zacząć działać. Póki co robię tylko małe zlecenia dla stałych klientów.
Dla Niego wyzwaniem jest to, że oprócz mnie przeniosło się do niego moje całe stadko, czyli także dwa zwierzaki. To też wymaga od niego pewnego przystosowania, szczególnie, że Piesio od zawsze śpi w naszej sypialni, czasem chrapie, czasem śni głośno, a tu trzeba rano niezmiennie wstać do pracy o bardzo wczesnej porze.
Na początek to ja głównie ogarniam zwierzaki, ich karmienie i spacery, nawiozłam większość ich ulubionych puszek, saszetek, suchej karmy, żeby nie zaczynać pobytu tutaj od testowania, co im smakuje.
Już pierwsze dni pokazały, że nieźle sobie wszyscy dajemy radę mimo początkowych trudności. Teraz czas się dotrzeć, poznać o wiele lepiej, nauczyć się razem funkcjonować tak, żeby wszyscy byli zadowoleni i szczęśliwi. I w tym kierunku będziemy dążyli.
Wczoraj był pierwszy dzień, kiedy udało mi się zrobić jako-taki makijaż.
Co będzie dalej? Nikt jeszcze tego nie wie.
Wierzę mocno, że będzie dobrze.

16 komentarzy:

  1. Serce się raduje jak sobie fajnie radzisz, no i te zwierzaki z Tobą! Szacun!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszę tu o tym zwyczajnie i prozą, bez specjalnych ozdobników, żeby jakoś sobie to uporządkować dla samej siebie, oraz żeby potem móc powiedzieć. Taki oto był początek. A dziś jestem tutaj. I już się przygotowuję na ten moment, i mam nadzieję, że będę z siebie dumna. :)

      Usuń
  2. Dobrze sie czyta, bo piszesz szczerze, upiekniac nic nie musisz bo jest pieknie, mam na mysli Was jak pare, dom, zwierzaczki i okolice.
    Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że dobrze się czyta, bo dobrze mi robi kontakt z Wami.
      Cieszę się, że mam zdolność dostrzegania tego, co dobre i piękne. :)
      Pozdrowienia Teresko! :)

      Usuń
  3. Wszystkie początki są trudne a tu próg trudności jest podniesiony nieco wyżej, bo urządzasz sobie życie na nowo i to na wielu płaszczyznach.Najmniej przyjemną czynnością jest to rozpakowywanie wszystkich pudeł i zgranie z tym co sobie planowałaś w głowie a realizacją tego w praktyce. Druga sprawa - będziesz musiała nieco popracować nad przyzwyczajeniem się, że już nie jesteś sama,a to wcale nie jest tak proste jak się wydaje. I tak niezle bo M. wychodzi co dzień do pracy- trudniej byłoby gdyby pracował w domu.
    Znam ten problem , bo wiele lat byłam w domu sama od rana do wieczora no a jak ślubny przeszedł na emeryturę i był od rana do nocy w domu to miałam ochotę wyskoczyć przez okno-zakratowane i na parterze.
    Masz niezłe te tereny spacerowe.
    Iw, jesteś w moich blogach obserwowanych, które mam wpisane na pulpicie nawigacyjnym.
    Trzymaj się Dziewczyno, wszystko się pomału ułoży i będzie dobrze.
    Poprawi Ci nastrój się gdy tylko te pudła zaczną pomału znikać z pola Twego widzenia.
    Przytulam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Trudność zgrania w tym przypadku polega na tym, że żyliśmy ostatnie trzy lata każde na swoim. Oboje jeszcze mocniej popadliśmy w nasze przyzwyczajenia, które oczywiście w tym wieku już są dość wyrobione.
      Na szczęście wiele tych przyzwyczajeń mamy podobnych, dlatego myślę, że jakoś się z tym dogramy. Ale przebywanie przez zbyt wiele godzin w jednym zbyt ciasnym wnętrzu i tak byłoby trudne. Dlatego cieszę się, że mamy jeszcze górę. Wczoraj mój M. musiał zaszyć się w swoim lwim królestwie na piętrze (są tam w sumie dwa pokoje, z czasem ja też sobie w tym celu zorganizuję pokój gościnny), gdzie może odpocząć i się zrelaksować, pooglądać czy posłuchać czego chce. Ja z kolei mogłam pooglądać to, co ja chciałam na parterze.
      Na razie te pudła faktycznie doprowadzają mnie do rozpaczy a nie mam siły rozpakować je i uporządkować rzeczy w jeden dzień.
      Ale powoli idzie do przodu, już nawet wiem, kiedy pierwszy raz wrócę na parę dni do Polski. Zlecenia w kontakcie z klientem zawsze dobrze mi robiły, więc bardzo się z tego cieszę! :)

      Usuń
  4. :D Ty odmlodnialas mimo tego, ze jestes mloda :)))
    Jeden wielki plus w tym wszystkim, ze macie wspolny jezyk i otoczenie tez dzieki temu nie sprawia wiekszych problemow.
    Wystarczy sie przestawic z ja na my i wszystko gra. :D
    Tydzien to malutko, pogadamy za 10-20 lat. :D
    Zwierzaczki pomagaja w ustaleniu pewnej rutyny dnia i one mimo wszystkich zmian sa niezmienne w swoim przywiazaniu.
    A moze kotki nie wypuszczaj wcale na zewnacz samopas ale na smyczy aby sobie okreslila sama teren, za ktory nie bedzie wychodzila kiedys.
    A tak, to mowcie obie czesto: trwaj chwilo. Mimo tych prac i malego rozgardiaszu.
    Pozdrowienia ze snieznego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprawka: nie wiem skad sie wziela "zewnacz". Czasem nie panuje nad zmianami mimo woli. :)))

      Usuń
    2. Miło mi czytać o tej młodości. Podobno wygląda się na tyle, ile się czuje :), więc na tyle się czuję.
      To prawda, wiele się dzieje wokół nas, a dogrywanie trwa. Póki co z każdym dniem lepiej. :)
      Zwierzaki faktycznie narzucają pewne codzienne rytmy i to jest akurat dobre.
      Niech ta chwila trwa i niech będzie coraz lepsza :)))
      pozdrowienia z bezśnieżnego! :)

      Usuń
  5. Życzę szczęścia i serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystkiego co najlepsze na nowym, Tobie, Partnerowi i czworonogom. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdeczne dzięki, staramy się, żeby było jak najlepiej :))
      pozdrowienia

      Usuń
  7. Szacun, dajesz radę! Byle tak dalej. Albo lepiej.
    To słoneczko na szyi, bardzo interesujące...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, powolutku ale daję. :)
      A słoneczko bardzo lubię, to jedyne, co nie było zapakowane. :)) Z bursztynem.

      Usuń
  8. Bo będzie dobrze, innej opcji nie ma.

    OdpowiedzUsuń