piątek, 19 sierpnia 2016

Tyralierą

Chodzą po sklepach czy chodnikach zawsze obok siebie. Ręka w rękę. Ramię w ramię. W sklepie pchają oprócz tego przed sobą wypchany wózek, często opierając się o niego całą siłą. I jedno umieją najlepiej: zapchać sobą absolutnie każdą alejkę, każde przejście!
Wczoraj w osiedlowym markecie idzie matka z wózkiem i całkiem sporą dziewczynką (ok. 7 lat) obok. Dziewczynka trzyma się wózka i idzie razem z matką kroczącą dumnie dokładnie centralnie środkiem alejki. No właśnie. Kroczącą, mającą mnóstwo czasu na wszystko, a szczególnie na rozglądanie się. I kompletnie mającą w tyle, którędy ominą ją idący za nią inni bywalcy sklepu.
Próbuję raz przejść z prawej - nie da rady, zostawiła może ze 20 cm. Aż taka chuda to nawet ja nie jestem...
Po lewej podczepiona do wózka ta mała, przyczepiona do wózka ręką, jakby nie mogła iść samodzielnie. Nie ma że powie małej: córcia, ludzie muszą przejść, choć tu do mnie, trzymaj się mnie bliżej. Nie. Bo przecież w sklepie jest tylko ona jedna. I nikt więcej.
No więc jeszcze raz próbuję, mówię przepraszam i wkładam delikatnie ramię pomiędzy dziewczynkę a niecałe 30 cm po lewej stronie alejki. W końcu trochę mi się spieszy. A zresztą nie mam obowiązku robić zakupów w tempie tej pani. Przechodzę jakoś wciągając wszystko z nosem włącznie. Za sobą słyszę gniewne fukanie i uwagę: proszę nie popychać mojego dziecka! No jasne. Stara zołza ze mnie.
*
Starsze małżeństwo. On pcha, ona wkłada do wózka. Wózek pęka w szwach. I na zdrowie. Niech tam sobie używają za swoją emeryturę. Ci chociaż jeszcze ją dostają. Niech się cieszą. Idę po szybkie zakupy, bo zapomniałam kupić masło, oliwki i orzechy czy coś tam jeszcze.
Chcę szybko przelecieć po sklepie, dokładnie wiem, gdzie idę. Próbuję ominąć. Lewa szranka - nie da rady, pan właśnie oparł się o wózek i ustawił go skosem do alejki, bo musi sięgnąć po coś na dolną półkę. Nogą zastawił dodatkowo jedyne możliwe przejście. Z prawej ustawiła się żona. Stoi przed regałem i czegoś wypatruje. Każde patrzy w swoją stronę, co nie przeszkadza im doradzać jedno drugiemu, co i ile kupić. Muszę niestety dodać, że oboje stanowią przeszkody dość solidnych gabarytów, które nie tak łatwo ominąć nawet na autostradzie, a co dopiero na alejce liczącej tylko ze dwa metry, a może mniej.
Chodnik, przystanek, czy przejście dla pieszych. Grupka młodych ludzi. Wesoło im, rzucają petami pod nogi. Dzielą się ze sobą wrażeniami na swój sposób. Zajmują całą alejkę, chodnik czy przejście. Zbliżam się szybkim krokiem. Idą naprzeciwko mnie, niby patrzą na mnie, ale nie zmieniają szyku. Wyglądam jakiejś przerwy w tyralierze. Nie ma. Nie zmieniam toru. Głowa do góry, postawa wyprostowana. Pięści zaciśnięte (tak nam kiedyś mówił człowiek od mowy ciała). Mówię głośno i wyraźnie "przepraszam". Dopiero teraz jakby się obudzili z jakiegoś transu. Ustępują mi drogi w naturalny sposób, choć trochę z ociąganiem. Fala za mną zamyka się niby po przejściu Żydów na Morzu Czerwonym. Ciekawe, czy w ogóle mnie zauważyli...
Droga z urlopu do domu. Stoimy w korku. Posuwamy się tempem pogrzebowym. Wpuszczam z boku po kilka samochodów, bo i tak nie pojadę szybciej. Facet z tyłu mało mi w kufer nie wjedzie, taki niecierpliwy. Jego światła mam już w d.... No w każdym razie wyraźnie dostrzegam. Jakby mógł, to by mnie przeskoczył lub przeleciał, ekhemmmm.....
I tak wszędzie.
Zaczynam się zastanawiać, jak to się stało, że moja mama była w stanie w prosty sposób nauczyć mnie niezbędnych zachowań socjalnych. 
- Nie stój w przejściu. 
- Nie zatrzymuj się tutaj, ludzie muszą przejść.
- Choć zatrzymamy się tu z boku, to pani przejdzie.
I setki tysięcy takich uwag (bo napowtarzała się tego tak, że do tej pory pamiętam) dały efekt.
Nie staję w przejściach, nie uważam, że każdy market jest moją własnością i że wykupiłam go na wyłączność na czas moich zakupów. Nie uważam, że mogę ciąć lewym pasem jadąc całe 40 lub 50 na godzinę i że wszyscy mają się walić, bo ja jadę zgodnie z przepisami. A wolniej to co, nie można?!
Stosując parę takich prostych zasad umilam życie nie tylko sobie, bo lubię czasem widzieć wdzięczność w oczach ludzi, którym ustąpiłam. Ale przede wszystkim dbam o dobrą atmosferę wokół siebie. To tak jak rozdany czasem za darmochę uśmiech. Mnie nie ubędzie a ktoś może dzięki temu też się uśmiechnie i będzie miał lepszy dzień.
Dedykuję: tyralierom w marketach, na przejściach, chodnikach i drogach. Rozluźnijcie trochę poślady. Rozejrzyjcie się wokół siebie. Nie jesteście sami. Czy nie byłoby miło, gdybyśmy byli dla siebie wokół, nawet dla tych obcych, po prostu mili i uprzejmi?


*pierwsze zdjęcie z sieci, ze strony Policji

16 komentarzy:

  1. nie wszędzie są ścieżki rowerowe /nie wszędzie zresztą mogą być/, więc nieraz trzeba chodnikiem, no i wtedy czasem wyprzedzam takie tyraliery... ale nie powiem, wystarczy pstryknąć hamulcami, czy inaczej zaznaczyć swoją obecność /dzwonka nie nie mam, od lat nie znalazłem czasu, by go zamontować :)/ i grzecznie się rozstępują... gorsze bywają zamyślone paniusie, które idą lewym skrajem chodnika, a piesek na długim holu penetruje trawnik po drugiej stronie... ale najgorsza bywa esemesująca panienka, która sama zatarasować chodnika nie ma jak, ale potrafi nagle wdzięcznie zmienić tor kursu i nastawić /czasem nawet zgrabną/ pupcię pod koło tu przed manewrem wyprzedzania...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano czyli tak jak wszędzie. Jestem ja, a po mnie to już potop. Też to często widzę, czyli młodzi ludzie zapatrzeni w komórki, kompletnie nieobecni. Czasem jestem zmuszona jechać kawałek chodnikiem, staram się nie wystraszyć dzwonkiem, więc przepraszam głośno, ale jak mają słuchawki na uszach i są tyłem, to sprawa przegrana. :)
      Czuję się jak w społeczeństwie lemingów przeważnie. :)

      Usuń
    2. A ja się dzisiaj tutaj podepnę, bo idąc rano do pracy widziałam właśnie rowerzystę próbującego przebić się przez taką chodnikową tyralierę. I dołożę obu stronom. Co by o niej nie mówić, tyraliera jednak oczu w czterech literach nie ma, podobnie jak większość rowerzystów dzwonka, bo i po co go zakładać? Więc tyraliera sobie idzie, rowerzysta niby to zwolnił, ale pcha się na chama (przepraszam też nie słyszałam, a szłam za nim), zamiast zejść z roweru, przeprosić, minąć i pojechać spokojnie dalej.

      Mnie osobiście najbardziej denerwują tyraliery wsiadających do autobusu - ledwo drzwi się otworzą, a oni już do środka, nie patrząc w ogóle, że ktoś chce wysiąść, a jeśli nawet nie pchają się od razu, to tak się ustawią przed wejściem, że wysiadający nie ma jak się ruszyć po wyjściu.

      Usuń
    3. Te autobusowe chamy faktycznie nie są miłe w obejściu. :) Ja dzwonek mam i z niego korzystam, ale też szanuję ścieżki rowerowe i jeśli już nimi chodzę, to się oglądam od czasu do czasu, czy taką ktoś nie jedzie.

      Usuń
  2. Twój post trzeba wydrukować i na ściany dać u wejścia do wszystkich sklepów, oraz poprzyklejać na przystankach. I jeszcze co rano żeby w jakimś programie dla dzieci ktoś to ładnie przeczytał miłym głosem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hexe, może odczytywanie mojego posta by pomogło, ale nie wzmogłoby sprzedaży, więc raczej nie liczę na tego rodzaju popularność. A przydałoby się trochę przestrzeni czasem zostawić innym ludziom, prawda? :)

      Usuń
  3. I czym tu sie irytowac? Jakby nie bylo wazniejszych powodow... Ludzie sa, jacy sa i nic tego nie zmieni, pora sie przyzwyczaic i uznac za normalne. Mijam takie tyraliery czesto, jezdzac rowerem. Dzwonie zatem dzwonkiem, bo po to on jest, a mijajac grzecznie dziekuje, ze zrobili mi miejsce, zamiast piorunowac ich wzrokiem. Mysle, ze lepiej to dziala.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też zawsze ładnie się uśmiecham i dziękuję, kiedy ktoś mi ustępuje. A często tak jest, bywa nawet że usłyszę przepraszam. Nie fukam, ani nie gromię, to bez sensu.
      Ale ogólnie to właśnie mnie wkurza, szczególnie kiedy się spieszę. Poza tym uważam, że to smutne, że żyjemy w społeczeństwie bezmyślnych lemingów. I zamierzam o tym pisać, bo może co poniektórzy jednak potraktują to jako informację zwrotną dla siebie, może nie pomyśleli wcześniej, a teraz to zrobią. Nadal wierzę w człowieka i jego zdolność do nauki :).
      pozdrowienia Aniu

      Usuń
  4. Super post! Powtórzę za Tobą, że "żyjemy w społeczeństwie bezmyślnych lemingów". Obawiam się jednak, że nikt i nic lemingów nie zmieni. Są wśród nich dwa podgatunki: jedni to ci bezmyślni, a drudzy właśnie bardzo myślący i mielący w głowach hasło: "mam prawo". Tyraliery, głośne zachowanie i wzajemne nawoływanie, rozmowy przez telefon żenujące tych, co niechcący są współuczestnikami takich rozmów, publiczne karmienie piersią, przepychanie bez zwykłego przepraszam itd. To wszystko postępuje, jest coraz powszechniejsze. Lemingi są zapatrzonymi w siebie egoistami, a reszta, co to mówi przepraszam, proszę, dziękuję z uśmiechem dla obcego to dla lemingów w najlepszym razie frajerzy, a w najgorszym wróg publiczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry podział lemingów wymyśliłaś i absolutnie zgodny z tym, co i ja widzę. Faktycznie robi się społeczeństwo roszczeniowe, za nic ma się skromność, jakiś umiar i zwykłe poszanowanie drugiego człowieka.
      Niestety bieżąca obowiązująca linia partyjna jest jak najbardziej po tej samej stronie, co owe lemingi, więc czują się one tym mocniejsze.

      Usuń
  5. Ehhh, tam jakoś sie tak szczególnie nad tym nie zastanawiałem jeszcze... W sumie jak mi cos przeszkadza to zwyczajnie omijam... A tak jak piszesz.... to w sklepowisku z dowcipnym albo prowokacyjnym komentarzem sobie poradzę .... ostatnio nie koniecznie bezpośrednio, do emerytowanej pary : "Mein Got die heutige Jugend macht sich wieder aber breit". 100% reakcja :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre :)
      Ten komentarz mogłabym sobie zapamiętać, tylko nie wiem, czy w Polsce ludzie w tym wieku będą mieli takie samo poczucie humoru, jak Niemcy. :)
      pozdrowienia

      Usuń
  6. Mnie denerwuje to samo, ale życzliwi ludzie mówią mi bym wyluzował bo za szybko żyję
    Może coś w tym jest?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzliwi mają chyba po prostu w sobie mniej refleksji. Myślę, że na pewnym etapie dorosłam do tego, że tak naprawdę żadna rada nie jest mi do niczego potrzebna, sama wiem, co robić. A kiedy już nie wiem i o nią proszę, to i tak najczęściej robię po swojemu.
      Życzliwi idą inną drogą, na ich drodze są inne przeszkody, Ty pewnie też im coś radzisz. A i tak każdy koniec końców robi po swojemu.
      Pozdrowienia

      Usuń
  7. No właśnie ci to powinni raczej poślady ścisnąć, żeby zajmowały mniej miejsca ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba tak na logikę masz rację, że powinni ścisnąć. :) Ale mnie chodziło raczej o to mentalne rozluźnienie, żeby myślenie się mogło włączyć. :)) O ile jeszcze gdzieś tam pod kopułą świeci jakieś światełko!

      Usuń