piątek, 5 sierpnia 2016

Nie trzeba raka, szczęście jest blisko

Czy zauważyliście, że często wielką popularnością cieszą się ludzie bardzo chorzy, a raczej ich nagła przemiana do tego, żeby w chwili, kiedy dowiadują się, że nie wiadomo, ile im jeszcze zostało, zaczynają nagle czy wreszcie żyć pełną piersią, realizować pragnienia i spełniać marzenia.
Czy naprawdę trzeba dostać diagnozę raka, żeby poczuć, że żyje się tak intensywnie, że bardziej już nie będzie? I że nikt nie da ci w życiu więcej sekund, niż jest ci przeznaczone.
Często zresztą są to osoby, które i poprzednio żyły intensywnie, pełnią życia, ale z uwagi na to, że wydawało im się, że ciągle mają dużo czasu, nie zdobywały się na rzeczy nadzwyczajne. A tymczasem te nadzwyczajne rzeczy leżą w zasięgu ręki. I jak widać można je osiągnąć nawet z wyrokiem zapisanym na recepcie.

A tymczasem te nadzwyczajne rzeczy to mogą być też rzeczy całkiem zwyczajne, codzienne.

Jak spędzanie czasu w lecie na tarasie, czy w ogrodzie.
Polska wbrew różnym zapowiedziom bogaci się, jest coraz więcej ludzi, którym dobrze się wiedzie i mogą sobie pozwolić na wspaniałe cudownie urządzone mieszkania, na wybudowanie własnego domu, który zawstydziłby niejednego scenarzystę Dynastii (taki serial z epoki waszych dziadków).
Wszędzie wokoło wyrastają lub  odnawiane domy z pięknymi tarasami, ogródkami, zielonym trawnikiem, kwiatami. A że często jeżdżę po mojej bliskiej okolicy rowerem, tym więcej widzę. I co takiego widzę?
Przykład: Dom dosłownie na granicy lasu. Przede wszystkim budka strażnicza, żeby nie dopuścić żadnego zbója. No dobrze. Ale do tego przepiękny wielki ogród, działka na pewno ponad dwa tysiące metrów kwadratowych. 
I co z tego? I jak tu mieszkam w okolicy już prawie 14 lat, chyba jeszcze NIGDY nie widziałam, żeby ktokolwiek w tym ogrodzie siedział, położył się na kocu na trawniku, bawił się z dziećmi, mimo że widzę stojące tam zabawki. Widuję za to faceta, który regularnie kosi trawnik. 
Oczywiście nic mi do tego, czy ktoś chce siedzieć w ogrodzie i wąchać kwiatki. To jego ogród i jego kwiatki. Może mieszkać w Paryżu a ten dom trzymać wyłącznie jako lokatę kapitału. 
Ale uderzające jest jednak to, ilu ludzi marzy o takim miejscu, opowiada jak to by nie wychodziło z tego ogrodu, trenowało w siłowni tego domu (bo na pewno na siłownię, a może i basen, spory jest skubaniec).
A kiedy przychodzi co do czego, dom właściwie nie żyje, chociaż właściciel na pewno żyje, bo widać, że dom utrzymywany jest stale w dobrej kondycji. A może marzą jedni, a spełniają marzenia w znacznie skromniejszych warunkach otoczenia i przyrody inni, którzy mają na to więcej czasu i im się jeszcze chce?
A tymczasem u mnie w ogrodzie wyrosły mi takie łany kwiatów. Nie miałam serca ich wykosić.



Są jeszcze dwie istoty, które umieją docenić uroki tej zielonej murawy.



Kotki i pieski doceniają wspólne harmonijne wieczory na tarasie i chwile w ogrodzie.
Nie trzeba też pytać psa, czy jest szczęśliwy. Jemu wystarczy wyjść ze mną na spacer do naszego małego lasu.

Mnie ostatnio nie potrzeba dużo do szczęścia.
Dwa-trzy spacerki z piesiem dziennie, w miarę regularna praca, która daje wystarczający do życia dochód, do tego zdrowe jedzenie, które sobie szykuję codziennie, jak takie sałatki.


Do szczęścia potrzebna mi jest jeszcze satysfakcja zawodowa, bo lubię się trochę popławić w samozachwycie. Poza tym wszystko ze mną w porządku.
Cała reszta jest na dobrej drodze. I tego się będę trzymać.
A Was co uszczęśliwia najczęściej lub najbardziej?

Szczególnie dopóki nie udało mi się wrzucić tu porządnego przycisku zapraszam Was do mnie na Fejsbuka i Instagram.

22 komentarze:

  1. Na tak pojemne pytanie trudno odpowiedziec.
    Jednego uszczęsliwia, że rano nic nie boli , drugiego że mimo, iż boli to sie obudził:)
    Na duże szczęście składa sie chyba suma małych drobnych szcząstek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biorąc pod uwagę, jak często nie korzystają z oczywistych zdolności, sił, czasu i energii młodzi ludzie, zamiast tego rozczulając się nad sobą i swoim złym losem, to dla nich byłoby to małe szczęście (że głowa nie boli, kiedy wstają) już dużym szczęściem. :)

      Usuń
  2. Wiesz, co?
    Tak długo myślałam nad tym wszystkim, co napisałaś, że o mało głowa mi nie poszła w kawałki. Zastanawiałam się, dlaczego poszłam w objęcia tumiwisizmu i niechęci. Jak w "Weselu": "A, ja myśle, ze panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!". No i ja jak ten pan...
    Wczoraj miałam na myślenie 600 kilometrów - to dość, żeby w końcu rozkminić problem.
    A otóż ja jestem organizm, który działa na marchewkę. Nie ma marchewki - nie ma motywacji, a co za tym idzie, nie ma działania.
    Kiedyś tato powiedział o mnie do kogoś, ale ja to słyszałam: "Ona już nie ma motywacji". No właśnie... Nie mam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też wielu ludzi opowiadało przeróżne rzeczy na mój temat.
      Mogłam się ich słuchać.
      Mogłam też stanąć i powiedzieć: no tak, mają rację, mam tyle lat a tyle, więcej w tym wieku osiągnąć nie mogę.
      Mogłam zrezygnować z domu, bo to za ciężkie dla kobiety samej.
      Mogłam zrezygnować z dbania o siebie, bo mam tyle lat co mam i wiele babek wygląda gorzej.
      Ale ja zawsze uznaję tylko to, co ja myślę na swój temat.
      A takie stare wdrukowane i szkodliwe dla mnie wzorce wypalam żywym ogniem z mózgu i z serducha. Bo mi szkodzą, bo czuję, że mnie zabijają szybko albo bardzo powoli wysysając ze mnie całą krew.
      Bo tak naprawdę żadna z tych osób nawet nie zadała sobie trudu, żeby pomyśleć, jaki będzie skutek tego, co o mnie (do mnie) mówi. I że być może zatnę się na tym jednym zdaniu i nie będę kiedyś tam mogła ruszyć z miejsca.
      Dlatego oczywiście słucham mądrych ludzi i tego, co mają o mnie do powiedzenia. Ale potem siadam gdzieś na uboczu i słucham siebie. I słucham, czego to JA CHCĘ i CO JA SAMA po pierwsze mogę sobie dać.
      Zapewniam Cię, że większość marchewek w moim życiu zebrałam i wrzuciłam sobie na stół sama. A że miałam trochę szczęścia i część z nich dostałam? Każdy go trochę ma.
      Pomyśl o tym, CO TY CHCESZ DLA SIEBIE. Spisz CELE. A potem zacznij już od dziś robić dla siebie to, co dobre. I już nie jesteś młodą głupią, żeby na tej liście mogły znajdować się głównie lody i pizza. :) Pomyśl. Po prostu pomyśl. Pomyśl o sobie dobrze. :) I pomyśl o sobie tak, jak myśli o Tobie kochająca Cię osoba, np. Twoja Córka, która Cię kocha nad życie. Z boku.
      Buziaki!

      Usuń
    2. Nie, nie. To nie chodzi o to, że sugeruję się wypowiedzią taty. Odwrotnie: on po prostu jest dobrym obserwatorem i rozumie, co mi dolega.
      Widzisz, problem polega na tym, że istnieją na tym padole dwie marchewki, które są wszystkim, na czym mi w życiu kiedykolwiek zależało. I tak się wszechświat ułożył, że żadna z nich nie jest mi dostępna. I teraz uważaj: kiedy nie mogę osiągnąć tego, na czym najbardziej mi zależy, to nie zależy mi już na niczym. Nie wiem, czy to dobrze zrozumiałaś... Ale jest po prostu tak, że nic innego mnie nie cieszy. Rozumiesz?... Mogę sobie pięknie wyglądać, mogę pachnieć, mogę mieć jakieś tam osiągnięcia... I to wszystko mogłoby nie istnieć, bo mnie po prostu nie cieszy. Nic mnie nie cieszy, bo nie mogę osiągnąć tego, co by mnie uszczęśliwiło. Ze świadomością, że próżne są jakiekolwiek starania czy wysiłki, nie da się mieć motywacji.

      Usuń
    3. Rozumiem, aczkolwiek uważam, że zawsze można dążyć do tego, czego pragniemy. Znam jedną Twoją marchewkę, ostatnio widziałam dom kobiety, która przedtem też mieszkała w domu i nie mogła sobie wyobrazić mieszkania w bloku. Przebudowała sobie coś w rodzaju wozu Drzymały w piękny sposób, ze wszystkimi wygodami! Cała rzecz dzieje się w Ameryce, ale i w Polsce jest facet, który sobie wzniósł domek Hobbita i w nim mieszka. :)
      W razie co pomogę w projektowaniu!!! W remontach jak wiesz nie mam sobie równych.
      Hmmm, jeśli ta druga marchewka ma imię i nazwisko, to pewnie nic się nie da zrobić, będzie trzeba umrzeć ze świadomością, że nie można jej mieć. Ale jeśli nie, to myślę, że w zasięgu zawsze jest wiele więcej, niż nam się wydaje, Czasem trzeba po prostu zacząć iść jakąś drogą, żeby się otworzyły kolejne drzwi, a potem następne.

      Usuń
    4. Iw, można dążyć do tego, czego pragniemy, ale granice rozsądku i granice absurdu powinny być znane - to po pierwsze. Po drugie, trzeba mierzyć siły (i możliwości) na zamiary.
      Masz rację, najważniejsza marchewka ma imię i nazwisko, a ponadto małego synka, który miał być mój, ale nie jest mój... I tak jak piszesz, nic się nie da zrobić, będzie trzeba umrzeć ze świadomością, że nie można jej mieć. Ale na razie się żyje i cholernie nie ma się motywacji do niczego. Próbowałam wszelkich sposobów na przechytrzenie siebie, leczenia depresji, psychoterapii (śmiech na sali!), codziennego wypisywania wszystkich dobrych rzeczy, które mnie spotkały danego dnia, zmuszam się do chodzenia do fryzjera, farbowania włosów, malowania paznokci, robienia makijażu, oddychania... Tak, ZMUSZAM SIĘ. Chyba bardzo trudno jest przeciętnemu człowiekowi wyobrazić sobie, że innego człowieka może nie cieszyć ani nie pociągać nic, zupełnie NIC. Rozumiem to, bo przed większością ludzi są wciąż jakieś drzwi do otwarcia. Za mną pozamykały się wszystkie.

      Usuń
  3. Ja tez mam wszystko w dupie, mnie sie juz nawet zyc nie chce. Najchetniej polozylabym sie i w miare bezbolesnie umarla.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Posuń się, chętnie położę się koło Ciebie.

      Usuń
    2. Jak się trochę przesuniecie to i ja się załapię.Nie idzie mi o to, że czuje potrzebę wybycia z tego wymiaru jak najprędzej, raczej idzie o to, że nie jestem przywiązana do życia, bo już zrobiłam raczej wszystko co miałam do zrobienia.

      Usuń
    3. To ładna galeryjka będzie w tym grobowcu, i pewnie nawet po śmierci się będziecie szturchać, kawały opowiadać i się chichrać! Ja bym Was tam razem nie położyła rozrabiaki jedne :)))

      Usuń
    4. Panterko, muszę Cię opieprzyć z góry na dół, mnie się tu o umieraniu pisze, a bierze się takiego żywotnego stworka! Przecież masz obowiązki, koty i pies! Chyba ich tak samym sobie nie zostawisz!

      Usuń
    5. Frau Be - kolejna galerianka do rodzinnego grobowca, ha! ha! ha!

      Usuń
  4. Zajma sie nimi w razie czego dobrzy ludzie z rodziny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeee tam, idziesz na łatwiznę. A wiesz, jak będą tęsknić!!!

      Usuń
  5. czytałem /słyszałem?/, że gdzieś tam w Stanach, gdy zakwitną komuś kwiatki w ogródku może spodziewać się wizyty policji sprowadzonej przez sąsiadów, którzy poczują się zagrożeni, że na ich trawnikach może się coś wysiać... jakie przepisy tym zawiadują /mniej lub bardziej lokalne/ i czy to w ogóle prawda, tego nie wiem, ale w moim niewielkim eko-rozumku pomieścić się to nie może...
    ot, tak mi się skojarzyło, gdy napisałaś o tym koszeniu trawnika na posesji...
    pozdrawiać :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie wymyślone nadmiernie ostre zasady współżycia bywają w różnych miejscach. Ale u nas chyba jednak nie grożą. Ludzie mają w ogródku, co chcą może z wyjątkiem maku i konopi :)

      Usuń
  6. Też miałam takie rozkminki o domach z dużymi trawnikami, bo ogrodem tego nie można nazwać. A nawet gdy był ogród, to raczej taki do podziwiania, nie do "życia". No bo trawkę się zdepcze, idealnie wystrzyżoną harmonię zaburzy. Heh, co kto lubi, ja bym wolała co dzień przedreptać takie włości, posiedzieć przy grillu, przy herbatce, choćby pod jabłonką.

    Cieszenie się z małych rzeczy świadczy o naszej wielkości - przypomniało mi się a propos dostrzegania cudowności życia, nawet i bez czarnych chmur chorób czy innych nieszczęść nad głową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nie tylko ja się zastanawiam, na co komu taki dom, skoro z niego nie korzysta? Z drugiej strony nie będę nikomu w kalendarz ani w sytuację rodzinną zaglądała... Ale często widać tyle rodzin, wysiadujących byle gdzie na działce z rozwalającym się domkiem, które świetnie się bawią, bez takiego zaplecza... Nie mówię tu o zabawach, roznoszących otoczenie, tylko o takich naprawdę sympatycznych w gronie rodzinnym czy przyjaciół.
      Małe rzeczy to często największe rzeczy!

      Usuń
  7. Ja tez zmotywowałem się tak, że potrafię się cieszyć byle czym.
    A może to nie moja zasługa a samo życie mnie do tego sprowokowało
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórych życie właśnie tak potrafi zmotywować, inni się podłamują wszystkim po kolei i w pewnym wieku zaczynają mieć dość życia...
      Więc to jednak chyba jest dar, zauważać to co małe i dobre.
      Pozdrowienia

      Usuń
  8. To ja chyba mam tak samo jak Pan Antoni. A co do raka i przemian z nim związanych, to poza dostosowaniem się do obecnej kondycji i wymagań mojego organizmu, żadnych szczególnych u siebie nie zauważyłam.

    OdpowiedzUsuń