sobota, 31 grudnia 2016

Jak przekonać mężczyznę do kota?

Zanim nastąpił zwrot wydarzeń, o którym piszę i w którym towarzyszycie mi od pewnego czasu, czyli przeprowadzka z jednego kraju do drugiego, ze stolicy Polski do portowego miasteczka nad Morzem Północnym, wiele się wydarzyło. Bo nie wystarczy się zakochać i podjąć decyzję o wspólnym życiu. I nawet sam dom nie wystarczy, bo trzeba w nim jeszcze stworzyć rodzinę. Tym bardziej, że w określonym wieku ma się już w życiu pewne dokonania i zobowiązania, również w przypadku zmiany domu. W moim przypadku są to zobowiązania wobec Piesia i Kici. Dom można sprzedać, ale przecież nie zostawia się przyjaciół, ani podopiecznych.
Przygotowania do obenego etapu trwały trzy lata. I nie zawsze było łatwo. Przygotować trzeba było bowiem także zabranie ze sobą zwierzaków.
O ile Piesio, czyli Schwarz swoją wierną, radosną mordą i rozmerdanym ogonem tudzież zabawami w domu i na spacerach zaskarbił sobie sympatię mojego mężczyzny już na wstępie, o tyle kicia z jej kocimi humorkami, niezależnością, a czasem ostrym pazurem zamiast miłosnych pieszczot to już zupełnie inna bajka. Chodziło mi nawet chwilami po głowie, że Kiciulka zostanie z moją Córką. Taki był zresztą pierwotny plan. Tym bardziej, że to właśnie Latorośl ją kiedyś zniosła ją z pola i przywiozła do domu.
Okazało się jednak, że małe mieszkanko młodych nie bardzo nadawało się do swobodnej natury Mozarta. Kot wychodzący, w dodatku z nerwicą na tle ogona... I tu się zaczął mój wielki smutek, bo Mikael zupełnie nie był przygotowany na kota, ba, nawet miał wcześniejsze złe doświadczenia z kotami i uważał, że najlepsze rozwiązanie byłoby jednak, gdyby kot został z moją córcią. Długo ten temat dyskutowaliśmy, rozważaliśmy różne scenariusze, w tym znalezienie dobrego domu dla kici, w którym mogłaby wychodzić na ogród itepe. Myślałam, że mogę, że zdołam, że to przecież (hmmmm, czy na pewno można powiedzieć?) "tylko zwierzak". Mam znajomych, którzy tak uważają i dziwili się, że tak nalegam na zabranie ze sobą kota.
A ja pewnego dnia poszłam z psem, ale przede wszystkim sama ze sobą na długi spacer do lasu i w trakcie spaceru przemyślałam sobie, jak bym się czuła, gdybym ją oddała. Ta moja rozmowa ze sobą sprawiła, że już wiedziałam, czego chcę.
Decyzja była żelazna i nieodwołalna, a moja zdecydowana postawa wobec osobnika płci męskiej sprawiła, że zrozumiał i od tego momentu bez słowa zaakceptował, że albo przyjmie pakiet dwa plus jeden albo żadnego.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Za co lubię święta?

Wiele lat przed naszą erą nie lubiłam świąt. A przynajmniej tak sobie wmawiałam i w to głęboko wierzyłam. Zawsze też właśnie w okolicy świąt działy się u mnie różne dziwne rzeczy. Tradycji zresztą stało się zadość i podczas tegorocznej Wigilii i najazdu przez Mikołaja.
A tak naprawdę same święta nie miały wiele wspólnego z tym nielubieniem, to raczej ich cała otoczka była zniechęcająca.
Wigilia 2014 - Bremerhaven

niedziela, 25 grudnia 2016

Jak najechał nas święty Mikołaj

Korzystając tego roku z prawa Bardzo świeża Rodzina na Swoim tego roku postanowiliśmy nie szaleć z rodzinnymi spotkaniami, tym bardziej, że mama Mikaela też niespecjalnie się czuła i nie miała energii przyjmować gości. Jutro jego rodzice przyjdą do nas na kawę i ciasto, które też zamierzam upiec dopiero jutro.
Od rana jednak byłam z różnych powodów niespokojna. Głównie z tego, że wydaje mi się ostatnio, że z niczym nie nadążam. I niestety to prawda.
Drugim z powodów był pan w podobnym stroju, jak na zdjęciu poniżej. 
Kiedy wracałam ze spaceru z psem, pan dokładnie w takim stroju niemalże najechał na mnie, jadącą spokojnie przepisową prędkością główną ulicą. Pewnie rozdawał prezenty na zlecenie i był spóźniony. Ale z tego pośpiechu nawet się nie rozglądał tylko pruł przed siebie, lekceważąc nie tylko przepisy, ale i zasady zdrowego rozsądku. 

piątek, 16 grudnia 2016

Oldtimer Galerie Bremen, czyli stare auta i inne przyjemności

Pod koniec listopada wybraliśmy się na kilka godzin do Bremy. Mieliśmy kupić komodę, ale okazała się nie taka, jak oczekiwaliśmy, pozostało nam więc spędzić tam trochę czasu, najchętniej miło.
I tak oto wylądowaliśmy w Oldtimer Galerie Bremen, czyli Galerii Oldtimerów tuż nad rzeką Wezerą (niem. Weser).
Kto bywał na moim poprzednim blogu blog-iw-nowa, ten raczej pamięta naszą wizytę w podobnym centrum oldtimerów w Berlinie, czyli Dlaczego warto poznać Classic Remise Berlin. Podzielę się z Wami tamtym postem ze starego bloga.
Wylądowaliśmy w tym miejscu nie przypadkiem, bo Mikael dobrze wiedział, po co mnie tam zaciągnął. W jednym z ulokowanych w centrum sklepów rozciągał się bowiem raj dla koneserów muzyki, a więc i dla niego.
I to nie tylko ze względu na prezentowany sprzęt i możliwość posłuchania czyli wypróbowania na miejscu różnego sprzętu, ale też biorąc pod uwagę olbrzymią wiedzę prowadzącego ten przybytek pana.

środa, 14 grudnia 2016

Moje nożyczki

Przeprowadzka to wielkie przedsięwzięcie, które jednocześnie uczy nas bardzo wiele o samym sobie. Mnie na przykład nauczyła, że jest jeden taki przedmiot, bez którego nie umiem się obyć: NOŻYCZKI. 
Nożyczki, co logiczne, były mi bardzo potrzebne w czasie pakowania. Wiadomo, trzeba było ciąć taśmy do zaklejania kartonów i przycinać folię do pakowania. Dlatego za każdym razem reagowałam nerwowo, kiedy nożyczki ginęły mi z oczu. Myślałam, że mi to przejdzie po przeprowadzce. Nawet wymyśliłam dla nich jedno stałe miejsce do przechowywania, czyli czerwony koszyczek, gdzie oprócz taśmy klejącej i markera musiały być odkładane na miejsce po każdym użyciu. Pisałam o tym w poście Życie w kartonach. Oczywiście równie potrzebne okazały się podczas rozpakowywania kartonów (rozcinanie taśmy klejącej, folii itp.). Tutaj też zachowałam zasadę czerwonego koszyczka.
Bo przecież wiadomo: nożyczki niezbędne są.
Na biurku w biurze oczywiście muszą być. Do rozcinania kopert mam wprawdzie specjalny nożyk do kopert, ale czasem są większe koperty, albo inne rzeczy do rozcinania, których bez nożyczek ugryźć się nie da.
Wniosek jest prosty: nożyczki na biurku są, stoją karnie w stojaku na pisadła.
Nożyczki biurowe - podstawowe, zawsze na wierzchu
Nożyczki jak się okazało, muszą być jednak nie tylko tutaj.

wtorek, 13 grudnia 2016

Z Piesiem pierwszy raz w Bremerhaven u weterynarza

Postanowiliśmy wybrać się z Piesiem do doktora. Czas już był najwyższy, bo chłopak już nieco starszy i coraz gorzej działa mu tylne zawieszenie. A przyjmowane przez niego leki akurat na to mu nie pomagają. Schwarz przyjmuje leki na serce i na tarczycę, ale mięśnie i aparat ruchu to już inna bajka.
Schwarz nie wygląda na stan, w którym się znajduje, ponieważ na spacerach porusza się jeszcze dość żwawo, jego sierść nadal lśni i nie opuszcza go radość życia, chociaż my znając go już od lat widzimy, że to powoli już nie ten sam pies.
W domu wieczorem po całym dniu często ciągnie już za sobą tylną część ciała, bo już nie ma siły wyprostować tylnych łap, żeby się dowlec na swoje posłanie do spania. Strasznie smutno na niego patrzeć. Pomagamy mu się ułożyć, ale na to reaguje wyraźnym niezadowoleniem i warkiem. Jakby chciał podkreślić, że:
- Zostaw mnie. Jeszcze jestem w formie i na własne łóżko się potrafię dowlec.

piątek, 9 grudnia 2016

Najpiękniejszy dzień na spacer

To była niedziela, kilka dni temu, a dokładnie 4 grudnia 2016 roku. I był to sobie zupełnie zwyczajny a jednocześnie nadzwyczajny dzień.
Jego niezwykłość polegała na wspaniałym i widowiskowym zjawisku przyrody, który go ozdobił: szadź. 
Szadź to pojawiający się nagle osad lodu, powstający na skutek zamarzania małych, przechłodzonych kropelek wody (mgły lub chmury) w momencie zetknięcia z powierzchnią przedmiotu albo już powstałej szadzi - podaję za Wikipedią. 
Tego dnia pewnie nawet bym nie zauważyła, gdyby nie konieczność codziennego wyjścia z Piesiem na codzienny poranny spacer.
Nie noszę albo nie wyciągam ostatnio aparatu, bo spacery z piesiem stały się dostatecznie obciążające, jest stary i trzeba mu często pomagać, wnoszę go do bagażnika, wystawiam i często podtrzymuję podczas spaceru, bo jego tylne łapy są coraz słabsze. Ale mam zawsze ze sobą komórkę z całkiem niezłym aparatem. Dzięki temu tego dnia uwieczniłam to przecudne zjawisko i chcę się nim z Wami koniecznie podzielić. Ostrzegam, a raczej polecam: będzie mnóstwo zdjęć, jak na zdjęcia zrobione komórką jakość i tak niezła.

środa, 7 grudnia 2016

Pożegnania z przeszłością

Wydawałoby się, że pożegnanie z przeszłością nastąpiło, kiedy wyprowadzałam się z mojego byłego już domu. Wiele rzeczy oddałam w dobre ręce, sporo po prostu zostawiłam nowym właścicielom, jako że uznałam, że nie będą mi już potrzebne albo nie mamy na nie miejsca. Dosłownie kilka udało mi się sprzedać, bo było na to zdecydowanie zbyt mało czasu. Powoli zaczynam się żegnać z przeszłością, z tamtymi rzeczami, z tamtym miejscem. Choć nie ukrywam, że wiele rzeczy, przeżyć i wrażeń stamtąd na zawsze pozostanie we mnie jako ważna część mnie, bo to były moje doświadczenia.
Skoro już mówimy o pożegnaniu, to udało mi się przed wyjazdem w ostatniej chwili urządzić jeszcze małe pożegnanie dla najbliższych osób i przyjaciół. Moja Przyjaciółka przywiozła taki pyszny tort, moja znajoma sąsiadka upiekła pyszne ciasto.
Mój ostatni wpis o tym, jak urządzić domowe biuro dopisywałam ponownie w Warszawie. Znalazłam się tam w niecały miesiąc po przeprowadzce dzięki temu, że otrzymałam zlecenie tłumaczenia ustnego.

piątek, 25 listopada 2016

Jak urządzić domowe biuro

Jak urządzić wygodne domowe biuro?
Czyli w co powinno być wyposażone wygodne i praktyczne nowoczesne biuro domowe do pracy freelancera: tłumacza, blogera, copywritera, projektanta stron internetowych itp.
Podzieliłam urządzenia i wyposażenie biura domowego na dwie grupy, żeby było wygodniej o nich napisać szczegółowo: wyposażenie obowiązkowe i fakultatywne.

Obowiązkowe:
1. Zasada dwóch komputerów i internetu
W biurze musi być komputer. 
A jeszcze lepiej dwa komputery.
I co absolutnie oczywiste - dostęp do internetu typu flate rate, czyli bez ograniczeń i duża prędkość do dyspozycji.
Bez tego sprzętu i usługi nie obejdzie się dziś chyba w żadnym z zawodów twórczych, a tłumacz i blogerka w jednym już na pewno musi tym dysponować. 
Jeśli chcesz działać niezależnie i niezawodnie, warto zainwestować w dwa komputery: najlepiej sprawdza się stacjonarny z większym dyskiem i laptop, którego zawsze możesz zabrać w podróż.
Dlaczego dwa? Bo w jednym coś zawsze może nawalić, wtedy - też zawsze - wykonasz zlecenie na zapasowym, a nie będziesz się głupio tłumaczyć, że komputer miał awarię, to w dzisiejszych czasach naprawdę śmieszna wymówka.
Od lat działam zgodnie z tą zasadą i dobrze się sprawdza. Ostatnio awarie komputerów mi się prawie zazębiły, ale jeden zawsze pozostawał na tyle sprawny, że mogłam skończyć na czas zlecenia.

W poszukiwaniu idealnego biura domowego

Szukając pomysłów na dobrą organizację domowego biura stworzonego do pracy tłumacza i blogerki, tworzącego sprzyjający klimat dla tej pracy przeszukałam mnóstwo stron w sieci. Niestety nie znalazłam niczego dostosowanego w pełni do moich potrzeb.
Większość artykułów na ten temat to wpisy na blogach, głównie kobiecych, to kobiety lubią być zorganizowane i lubią o tym pisać a jak już im się uda, potrafią to opisać i pokazać.

wtorek, 22 listopada 2016

Freelancer na nowym miejscu

Stwierdzenie, że rozpoczynam tu pracę zupełnie na nowo nie jest takie do końca prawdziwe. 
Na troskliwe pytania osób z otoczenia: 
- czy masz tam już jakąś pracę?
odpowiadam, że od lat pracę tworzę sobie sama i od lat niezmiennie pracuję jako tłumacz niemiecko-polski, i z tego żyję, utrzymuję się, płacę rachunki, kupuję jedzenie zwierzakom itp.
Freelancer to wybór rzemiosła na życie i własnej drogi, przez lata wypracowany sposób działania, myślenia, mój sposób na życie.
Faktycznie jestem sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Jestem też dla siebie najsurowszym szefem pod słońcem.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Wychodzimy z kartonów

W odchodzący weekend udało nam się sporo zrobić, chociaż przez niewyspanie i kilka stresów związanych z pracą, które przeniosły się na sobotę, nie byliśmy w najlepszych nastrojach. Dodając do tego, że cały dzień dziś padało na przemian z mżyło i do tego wiało, aż nas przewiewało na wylot, nastroje były raczej minorowe. Mimo to postanowiliśmy zrealizować zamierzone plany. Czyli ja swoją pracę, Mikael zaplanowane prace domowe, a razem założone plany porządkowe.
Mnie udało się rozpakować sporą część kolejnych kartonów. Zniknął wreszcie szpaler kartonów, zza którego już się można było spokojnie ostrzeliwać.

piątek, 18 listopada 2016

Opłata radiowo-telewizyjna w Niemczech

Okazuje się, że w Niemczech pobieranie opłaty telewizyjnej jest o wiele lepiej i skuteczniej zorganizowane, niż u nas w Polsce, gdzie ciągle jeszcze rząd spekuluje, gdzie by tu się podłączyć, żeby tę opłatę od wszystkich obywateli ściągnąć. Tymczasem niemiecki ustawodawca dawno tę kwestię rozwiązał. Media publiczne mają umowę ze wszystkimi urzędami meldunkowymi w kraju i w ten sposób są na bieżąco i mogą wyhaczyć do pobierania swoich opłat każdego obywatela.
Jak tylko się człowiek zamelduje (a ja to zrobiłam ok. miesiąc temu podczas ostatniego mojego pobytu tutaj), przychodzi do niego korespondencja z informacją o nadanym numerze sprawy i automatycznym zobowiązaniu delikwenta do opłaty radiowo-telewizyjnej (tzw. Rundfunkgebühr). Ten przepis, jak wynika z otrzymanego pisma, został wprowadzony od stycznia 2013 roku, według niego do opłaty składki R-TV zobowiązane jest po prostu każde mieszkanie. Jeśli w mieszkaniu czy domu już zostało utworzone konto do opłat składek, czyli np. właściciel mieszkania takie składki, opłaca, posiada on specjalny nadany mu z tego tytułu numer.
Odpowiedzialny za pobieranie składek od flagowych niemieckich programów telewizyjnych i radiowych (ARD, ZDF i Deutschlandradio) jest tzw. Beitragsservice (serwis składek), który od razu napisał do mnie pismo w tej sprawie.
W piśmie zwrócono mi uwagę, że już mnie proszono o odpowiedź w tej sprawie, ale jeszcze nie uzyskano odpowiedzi. Załączono formularz do wypełnienia ręcznego, w nagłówku umieszczono też możliwość podania w rejestracji istniejącej już opłaty R-TV lub podania numeru opłaty właściciela mieszkania czy współlokatora, który już opłaca składki.

czwartek, 17 listopada 2016

Piesio słabnie

Nie planowałam oddzielnego wpisu na ten temat, ale sytuacja zaczyna być znacząca, więc poświęcę temu oddzielny wpis. Ostatni miesiąc w Warszawie był ciężki dla nas wszystkich. Dla mnie ze względu na milion spraw do załatwienia, pakowanie, ogólnie pracę ponad siły. 
Dla Schwarza, bo coraz gorzej funkcjonują jego tylne łapy i praktycznie codziennie musiałam go wciągać na górę do sypialni.
Najchętniej wybierana pozycja przez Piesia w ostatnich miesiącach
Co robić, w tamtym domu sypialnia była na piętrze. Dlatego odetchnęłam, kiedy wreszcie znaleźliśmy się tu i wreszcie mamy wszystko, co dla psa ważne, w parterze.
Niestety Schwarz to już stary pies. Ma 14 lat z górką. Dla psa średniej wielkości (waży ok. 20 kg) to poważny wiek, według tabeli, którą znalazłam w sieci mój piesek liczy sobie w przeliczeniu na ludzkie ok. 98 lat. Za rok będzie miał według ludzkiego przelicznika 103 lata. To dla psa już poważny wiek. 
Wiem, że ma nadal piękną lśniącą sierść, ładnie się prezentuje. Ale ja swoje wiem, widzę, dostrzegam.

niedziela, 13 listopada 2016

Mozart zaskoczyła

Możecie sobie mówić, że to ja bywam cyborgiem, że robię niesłychane rzeczy w niesłychanym tempie, czasem wydawałoby się niemożliwe. Ale trzeba Wam wiedzieć, że zwierzaki też sobie dobrałam odpowiednio do mojego temperamentu. Ale do rzeczy.
Dziś przed południem po spacerze z psem postanowiłam nagrodzić czekającą i miauczącą pod drzwiami do ogrodu kicię. Założyłam Mozartowi szelki i wyszłyśmy do ogrodu. O ile pierwszy spacer na smyczy, który odbył się trzy dni temu z Mikaelem, odbył się głównie na stojąco i kicia czuła się jeszcze niepewnie, to dzisiejszy ze mną był już prawdziwym spacerem. Obeszła ze mną nasz cały ogródek, potem obwąchała wszystkie drzewka, wymrożone kwiatki i liście, weszła w zaułki, po czym wskoczyła na drzewo, z którego musiałam ją zebrać.
Od dwóch dni mieliśmy wrażenie, że czuje się już na tyle pewnie w domu, że jej dzisiejsze zachowanie na spacerze i duża pewność siebie jakoś mnie nie zdziwiły. Po spacerze była jeszcze bardzo rozemocjonowana, głównie dlatego, że był tak krótki (wytrzymałam z nią na dworze ok. 15 minut). Poszła więc spać, a w każdym razie wycofała się na spokojne pięterko i wróciła dopiero po 5 godzinach.
Po powrocie zastała w pokoju takie oto cudo:
Drzewko szczęścia - ledwo jej dziś zauważyła, podrapała 2 razy

piątek, 11 listopada 2016

Już tydzień na Nowym

Tydzień temu w Warszawie czekałam wieczorem na to, aż wyląduje samolot Mikaela. Kiedy wreszcie dotarł z półtoragodzinnym opóźnieniem, kiedy dojechaliśmy do domu, siedziałam jeszcze do czwartej nad ranem przygotowując dokumenty.
W drogę wyruszyliśmy w sobotę 5.11.2016 - miałam napisać rano, ale nie udało się. Udało się wyjechać o 13-tej. Na pokładzie było pełno wszystkiego: rzeczy, do tego pies i kot. Podróż W-wa - BH przebyliśmy w 12 godzin, z przystankami na siusiu i drzemki.
Udało się dojechać o 3 nad ranem w niedzielę 6-tego listopada. Jutro będzie więc tydzień od czasu, kiedy jesteśmy na Nowym.
Dziś w Polsce świętowano Dzień Niepodległości. Tutaj to nie jest święto, tylko zwykły dzień pracy.
Dziś rano podczas kolejnego porannego spaceru z piesiem pogoda dopisała. Temperatura koło zera, w nocy pewnie nieco poniżej. Pojawiła się szadź na trawach, ale odczuwalna temperatura była całkiem przyjemna.

środa, 9 listopada 2016

Plan obrazkowy rozpakowywania

Dziś postanowiłam zrobić sobie plan dnia. A że średnio kumata ostatnio jestem pod wpływem przeżyć związanych z przeprowadzką, to plan jest obrazkowy. Czyli strzeliłam kilka zdjęć PRZED, żebym potem miała porównanie, jak już będzie PO.
Póki co ilość tego wszystkiego jest dla mnie powalająca. Muszę sobie ją jakoś uporządkować najpierw w głowie, żeby podołać wyzwaniu.

wtorek, 8 listopada 2016

Chwile relaksu

Dzisiaj z rana jakoś zupełnie nie mogłam wstać z łóżka. Oczywiście obudziłam się, kiedy Mikael wstawał do pracy przed siódmą. Nie da się inaczej, bo szafę mamy w sypialni i to po mojej stronie. Światło więc trzeba zapalić i kawę pierwszą w łóżku przy mnie wypić, i radio włączyć i pochodzić w poszukiwaniu rzeczy różnych. To standard, nauczyłam się nie wchodzić w drogę, nie przeszkadzać, niech się sam rzuca, ciska i szuka wszystkiego, najwyżej zapomni i potem z pracy dzwoni, że zapomniał. :)
Poza tym potrzebny mi był dziś luźniejszy dzień, taki bez napinki, bez stawiania sobie szczytnych celów - przez cały ostatni miesiąc i wczoraj byłam przodowniczką i królową pracy, dziś oddałam berło, niech się ktoś inny z koroną obnosi.
Po kawie i winogronach w łóżku, bo w takim to przemiłym otoczeniu pisałam rano posta na blogu, wstałam i chciałam wyjść z psem na spacer. Niestety przez kilkanaście minut szukałam mojego klucza od domu. Klucz mam przyczepiony do kluczyków samochodowych. Bez nich zatem ani nie wyjdę, ani nie wyjadę. Wreszcie zauważyłam, że klucz jest wetknięty do zamka, żebym nie zapomniała o nim wychodząc.
Piesio biegał w kółko ciesząc się, że wychodzimy na spacerek, aż mu się wreszcie znudziło i zaczął patrzeć na mnie wyczekująco a na mordce miał wypisane:
- No długo jeszcze mam czekać? Kupa nie poczeka!
- A ja na to: - Jakoś wczoraj poczekała i to aż za długo!
No dobra.
Kluczyki się znalazły, rękawiczki też, nawet dwie pary, nawet czapka cieplejsza, która bardzo się dziś przydała.
A ja się wybrałam wreszcie jako ta sójka za morze. O godzinie prawie 10-tej już korków żadnych nie było i dojechaliśmy na miejsce dosłownie w momencik.
A tam już czekała na nas piękna jesienna słoneczna tego dnia aura:
Na początek brakowało tylko troszkę słońca.

Pierwsze spacery i sny, rozpakowywanie

Wczoraj po raz pierwszy wyszłam z Piesiem na spacer. Tutaj to nie takie proste, jak w Warszawie. Tam miałam na dojście do lasu jakieś 5 minut i tam już piesio mógł się swobodnie wybiegać (na smyczy mógł, z rzadka tylko samego puszczałam), las a raczej mały lasek był nam świetnie znany i piesio wiedział, ile ma czasu na spacer, ile na kupę, a ile na wąchanie psich kwiatków czy tam wiadomości.
Tu do lasu na piechotę jest za daleko, a ja nie mam ochoty na razie ani na zbieranie jego kup z okolicznych trawniczków, ani na mandat za niezbieranie. Toteż wsadzam go do samochodu i wywożę pięć minut dalej na jeden z tutejszych psich wybiegów.
Wczorajszy spacer zrobiliśmy na łące koło IKEI. Jest spora, część to chyba nawet czyjeś pole. Pojechaliśmy wczoraj właśnie tam. 

poniedziałek, 7 listopada 2016

Przejazd do nowego domu

Starałam się wczoraj, czyli w niedzielę opisać wrażenia z naszej podróży do nowego domu, do nowego życia. Początek wpisu powstał więc wczoraj, a dziś przy porannej kawie, już po spacerze z psem dopisuję ciąg dalszy wydarzeń. Jedno jest pewne: taką podróż pewnie nieprędko znowu przeżyjemy. Warto więc ją zapisać, żeby mieć potem do czego wracać wspomnieniami.
Wstęp - piątek:
Pierwszy dzień i pierwszy wieczór w nowym domu. Za nami bardzo długa podróż z Warszawy do Bremerhaven. Żebyśmy nie jechali sami, czyli ja i zwierzaki, w piątek wieczorem przyleciał po nas późnym wieczorem Mikael. 
Miał wylądować wieczorem w piątek, a właściwie już w sobotę o godz. 00:05. Zamiast tego miał jakąś naprawę po drodze i był o półtorej godziny opóźniony. Normalnie to nie byłby żaden problem. Trochę bym się pomartwiła, ale czekała spokojnie. Ale tego wieczoru musiałam jeszcze koniecznie przed wyjazdem przygotować dokumenty dla księgowego i zrobić kilka innych rzeczy w domu, a przede wszystkim spakować samochód przed podróżą.
Niestety to ostatnie okazało się niemożliwe. Mikael padł niedługo po przyjeździe do domu bo to on miał jechać pierwszy. Dokumenty skończyłam robić o czwartej nad ranem. 
Dzień przejazdu: sobota
Następnego dnia w sobotę pospaliśmy do dziewiątej, żeby się jakoś zregenerować. A potem zaczęłam gorączkowo pakować ostatnie rzeczy, stwierdzając przy tym, że za cholerę nie da się tego wszystkiego, co zostało zmieścić w aucie i jeszcze wsiąść do niego w czwórkę!
Tym bardziej z dużym facetem 192 cm wzrostu. O jedenastej zadzwoniłam do ludzi, którzy kupili i mieli się wprowadzić do domu, że wyjedziemy z niewielkim godzinnym opóźnieniem, bo nie daliśmy jeszcze rady spakować wszystkiego. Tymczasem okazało się, że zamówili już samochód do przeprowadzki punktualnie na 12! To był moment, kiedy wpadłam w panikę i się z tego wszystkiego poryczałam. Wydawało mi się z tego zmęczenia, że gorzej już być nie może, ale po tym telefonie okazało się, że właśnie ten moment nastąpił. Co było robić, zerwaliśmy się od stołu, bo nie było czasu na śniadanie i zabraliśmy do pakowania samochodu. Wiele rzeczy musiałam wyjąć z kartonów, mimo że były tam świetnie zapakowane i przerzucić do siatek, żeby je jakoś upchnąć pod złożonymi siedzeniami lub w przestrzeniach między pudłami.
Tak wyglądał samochód zapakowany pod sufit - pies jakoś znalazł miejsce pomiędzy rzeczami. 

czwartek, 3 listopada 2016

Notatnik przeprowadzkowiczki, dwa dni później

Starałam się zorganizować tak przeprowadzkę, żeby nie wysiąść nerwowo i siłowo. Ale to jest jednak koszmarny wysiłek. W dzień zero moja głowa rozbolała mnie na dobre. Pod wieczór i następnego dnia też jeszcze bolała. 

wtorek, 1 listopada 2016

Mały przewodnik o przeprowadzce

I nastał dzień zero. Tak się złożyło, że jedyny dzień, który mogłam wybrać to Halloween 31 października 2016 roku. Przynajmniej zapamiętam go jak inne ważne daty w moim życiu.


sobota, 29 października 2016

Życie w kartonach

Pakowanie w toku. Niestety nie mogę powiedzieć, że coś już jest w całości spakowane i gotowe. Wiele rzeczy doprowadziłam do 95% i pracuję nad nimi dalej. Uznałam więc, że to, z czego jeszcze do przeprowadzki i do wyjazdu korzystam, już spakuję w kartony, żeby jednak mieć ogląd, ile tych kartonów potrzebuję. I tak w kuchni mam spakowane sztućce i przybory, ale stoją na wierzchu, bo nadal z nich korzystam.
Podobnie karton z makaronem, kaszami, mąkami i drugi - z orzechami, płatkami owsianymi itp.

sobota, 22 października 2016

Jestem szczęściarą

W ciągu ostatnich dwóch dni dotarło do mnie, że jestem szczęściarą. Po pierwsze właśnie szykuję się do wyjazdu i rozpoczęcia wspólnego życia z mężczyzną, który każdym swoim czynem pokazuje mi, jak bardzo mu zależy. Co i rusz mnie zaskakuje czymś nowym. Po drugie w ostatnich dniach otrzymałam konkretną pomoc, a w takich wyjątkowo trudnych chwilach taka pomoc jest nieoceniona.

piątek, 21 października 2016

Aktywni pomocnicy w pakowaniu

Wczoraj pod wieczór byłam akurat w pobliżu IKEI w Jankach, dokupiłam więc małych kartonów - w sam raz do spakowania drobiazgu, czyli drobnych ale potrzebnych rzeczy biurowych.
Niby drobne, ale potem niezbędne rzeczy takie jak: spinacze, dziurkacz, zszywki, gumka do ścierania, pisaki, różne karty, adaptery do kart, pamięci USB, kable zasilające lub do podłączania komórki i innych akcesoriów do komputera... Sami wiecie, ile zwykle takiego drobiazgu przechowujemy w szufladach. 
Poza tym jedno najważniejsze pudło na bardzo ważne dokumenty...
Moich szuflad nie ruszałam za bardzo od kilku lat, praca polegała więc też na przesegregowaniu na to, co potrzebne i to co zbędne.
Każda kolejna pusta szuflada to był wielki sukces. Który zresztą cieszył nie tylko mnie, ale także mój zwierzyniec.

czwartek, 20 października 2016

Zero czasu, pakuję się

Moi Drodzy,
w moim życiu dzieje się obecnie tyle doniosłych rzeczy, że na cokolwiek poza obowiązkami z tym związanymi nie pozostaje mi czasu.
Realizuję właśnie jedno z największych wyzwań, których się podjęłam, czyli szykuję się do przeprowadzki. 
Cel: Bremerhaven. 
Praca: plan jest taki, żeby kontynuować moją działalność i pracować dalej jako tłumacz. 
Dom: już na nas czeka, Mikael zrobił co mógł, żeby wszystko było urządzone na nasz przyjazd. W związku z tym się teraz pakuję.

sobota, 8 października 2016

Z Córką w Budapeszcie

Zaczęło się od tego, że córka dobre ponad dwa miesiące temu dowiedziała się o planowanym wyjeździe służbowym na Węgry i pomyślała, że jeszcze nigdy nie zwiedziłyśmy razem Budapesztu, więc to może być doskonała i jedyna taka okazja. Podchwyciłam i w pięć minut powiedziałam "tak".
Córka była tu służbowo przez dobrych kilka dni robiąc objazd po wielu miastach Węgier w siedzibach firmy, nie mając jednocześnie zupełnie czasu na zwiedzanie.
Ja przyleciałam do niej w piątek rano.
Na zdjęciu z samolotu udało mi się złapać widok na Wyspę Św. Małgorzaty na Dunaju.
Z lotniska do centrum miasta jechałyśmy autobusem, a następnie metrem.

niedziela, 18 września 2016

Zmiany planów i upojenie sokowe

Od ciągłych zmian planów powoli już mi się głowa zaczyna kręcić wokół własnej osi. Chwilami mam ochotę ją zdjąć i ponosić trochę pod pachą, żeby sobie od tego kręcenia odpoczęła. Albo nawet odłożyć na półkę. I bardzo żałuję, że jednak takiej możliwości póki co nie mam. Zatem staram się jakoś inaczej ustabilizować głowę i resztę ciała.
Do tej stabilizacji mimo szalonych zmian codziennie i co chwila stosuję pewne stałe punkty programu. Pisałam o tym opisując Moje codzienne rytuały. Nasze spacery z Piesiem, wycieczki rowerowe na każde zakupy z wyjątkiem tych największych, szykowanie zdrowych posiłków i tylko jedno mi przeszkadza: że mój Miły jest nadal za daleko ode mnie.

sobota, 17 września 2016

Golaski na fejsie

Szczerze mówiąc oglądając kolejne zdjęcia półnagiego czy nagiego maluszka, ubranego tylko w uszka zajęcze albo inne idiotyczne przebranie czy w innych kompromitujących pozach, czekałam aż dorośnie pokolenie dzieci, które wreszcie pójdą z tym do sądu i wygrają. 
Może to wreszcie powstrzyma rodziców przed tak bezmyślnym epatowaniem bez zgody fotografowanych dzieci a najczęściej całkowicie bez ich świadomości (tych młodszych) nie swoją przecież nagością i godnością.
I wreszcie jedno z dzieci osiągnęło pełnoletniość. 18-letnia młoda kobieta z Austrii już w listopadzie tego roku rozpocznie proces przeciwko swoim rodzicom, który wszczęła z powodu zamieszczania bez jej zgody jej kompromitujących zdjęć z dzieciństwa, o czym dziś przeczytałam na blogu Mamadu.
Czytając Wasze komentarze tytułem uzupełnienia dodam, że rodzice mieli ponad 700 znajomych a zdjęć młodej kobiety zabronili usunąć mimo jej wielokrotnych prób perswazji i protestów.
Życzę tej młodej kobiecie z całego serca wygrania procesu.
Powiemy z pewną słusznością, że to normalne, że rodzice słusznie zachwyceni swoim bobaskiem, uwieczniają go zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji.
Ja też miałam zdjęcia jako golasek podczas kąpieli. I te albumy wędrowały z rąk do rąk podczas imprez rodzinnych pomiędzy gośćmi moich rodziców, a ja jako wczesna nastolatka wstydziłam się, że pokazują mnie "tak bez majtek". W pewnym dokleiłam sobie nawet na tych "najbardziej rozwartych zdjęciach" majteczki. A to było przecież wąskie grono najbliższych znajomych, rodziny i przyjaciół. Mimo to uważałam, że moja nagość jako dziecka nie jest przeznaczona dla ich oczu. Nie mówiąc już o oczach zwielokrotnionych przez portale społecznościowe o takim zasięgu, jak facebook, instagram, czy pinterest. I możliwości kopiowania i przechowywania tych zdjęć na milionach portali, stron i serwerów oraz na dyskach dewiantów, którzy się takimi zdjęciami rajcują.
Dlatego doskonale rozumiem, jak musi się czuć człowiek, wystawiony w ten sposób na oglądactwo i pośmiewisko. 
*

czwartek, 15 września 2016

Prezenty urodzinowe i aktualności

ZABIEGANIE NASZE CODZIENNE 
Jesteśmy od wielu miesięcy bardzo zabiegani oboje. Właściwie już całkiem zapomnieliśmy o urlopie i o naszych urodzinach, które były dopiero co w sierpniu.
Mikael który krok po kroku wykańcza dla nas dom w Bremerhaven. Ja  wspomagam go przy tym, na ile mogę, chociażby organizując transport sprzętów i rzeczy kupionych w Polsce. Ostatnie wykończenia to jak wiadomo dość upierdliwa sprawa, ciągle okazuje się, że jeszcze coś trzeba poprawić, zainstalować, zmyć, powiesić itd. A dopiero co było nam tak pięknie.

CO U MNIE
Na przykład tydzień temu przez telefon nadzorowałam transport drzwi zamówionych przez nas w Leroy'u w Szczecinie.

piątek, 9 września 2016

Wspaniały dzień

To był bardzo udany dzień. Łączył w sobie radość i zadowolenie z dobrze wykonanej pracy, zdrowe jedzenie, odpoczynek, radość ze zwierzaków, chęć do podejmowania się dalszych wyzwań.

Udało się zrealizować bardzo dobrze dzisiejsze zlecenie i to mimo trudności z dotarciem na miejsce (dzięki pani recepcjonistce udało się!) - choć moja nawigacja wyprowadziła mnie dosłownie w pole, gdzie stanęłam zdumiona szukając centrum konferencyjnego, w którym miałam tłumaczyć tego dnia w jednej z sześciu kabin.
Na szczęście współczesna technika ma szersze możliwości i na ratunek nawigacja live przez telefon komórkowy i panią z recepcji umożliwiła mi dojechanie do celu i rozpoczęcie pracy o czasie.

poniedziałek, 5 września 2016

Armageddon pogodowy

Dzisiejszy poranny spacer po lesie okazał się potwierdzeniem tego, co wczoraj widziałam i słyszałam za oknem. Bo wczoraj nad moim miastem przetoczył się istny Armageddon pogodowy. Błyskało już od 20. Koło 21 rozpoczęła się regularna ulewa o takiej sile, że miałam wrażenie przy wszystkich zamkniętych oknach w domu, że one są niedomknięte. Kiedy się okazało, że jednak są zamknięte, wsłuchałam się w ulewę. W okna waliła ściana deszczu tak jakby ktoś na nią lał wprost wężem strażackim lub polewał nieprzerwanie wiadrami. Jak dobrze, że mam szczelne okna. Ale i tak przeżywaliśmy to wszyscy. Kicia schowała się pod wersalkę, piesio też się wtulił jak najbliżej blisko nóg.
A dziś w lesie naszym oczom ukazały się takie oto widoki.

sobota, 3 września 2016

Moje codzienne rytuały

Każdy z nas ma własny układ dnia. Ja nie chodzę do pracy, jak większość z Was, ponieważ pracuję jako tłumacz na wolnym rynku. Tłumacz, jak większość freelancerów, sam sobie musi zaplanować program dnia tak, żeby popracować i załatwić też wszystkie inne niezbędne do życia sprawy. Żeby jednak solidnie i bezpiecznie utrzymać się z tego, co robi, musi mieć dobrze zorganizowany czas.
Inaczej grozi mu posypanie się na rachunkach i opłatach, a w efekcie będzie zmuszony zakończyć działalność na własny rachunek. A ja ostatnio po raz kolejny stwierdzam, że bardzo cenię sobie komfort w mojej pracy, pozwalający mi chociażby na chodzenie sobie rano w dni robocze na spacery z psem czy przyrządzanie sobie w przerwach w pracy świeżych posiłków w ciągu dnia.
Wstając rano od ok. dwóch miesięcy ok. 7 zaczynam dzień od porannych ćwiczeń. Takich na rozgrzanie, rozciągnięcie, po rozgrzaniu włączam trochę siłowych, potem na najważniejsze partie ciała, na koniec rozciąganie. Zamierzam im zresztą poświęcić osobny wpis, ale to innym razem. Po takim lekkim ale skutecznym treningu idę się wykąpać. Czasem, kiedy się gdzieś spieszę lub choruję, albo mam dzień regeneracji, odpuszczam ćwiczenia.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Porządkuję sprawy

W poczekalni czeka już chyba z 10 rozpoczętych postów. Ze zdjęciami, opisami, na konkretne tematy i z przesłaniem. W mojej głowie dojrzewają kolejne. Ale nie opublikuję dziś żadnego z nich. Zamiast tego będzie wpis aktualizujący moje obecne sprawy. Te, które już załatwiłam i te, które jeszcze czekają na waiting list. Bo kiedy one tam czekają w kolejce do załatwienia moja głowa jest nimi ciągle pochłonięta. Dopiero, kiedy będę je miała z czaszki, napiszę o innych rzeczach.
Od wielu miesięcy i znów od ostatnich tygodni czyszczę ostatnio moją czasoprzestrzeń z różnych niepotrzebnych zaszłości i zbędnych obciążeń. Na spokojnie porządkuję sprawy. Aby na moim niebie były klasyfikowane już tylko w kategoriach estetycznych.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Spływy kajakami rzeką Krutynią: dzień pierwszy

Spływy po malowniczej rzece Krutyni organizowane były już przed II wojną światową. Obecnie to już prawdziwy przemysł. Cała turystyka w tym regionie się na tym opiera i dobrze. Turystów polskich jest mniej więcej tyle samo, co niemieckojęzycznych. Jedni spływają kajakami, inni dają się wozić na łodziach i mając wolne ręce przez cały czas śledzą przyrodę nie tylko za pomocą oczu, ale i obiektywów. My wybraliśmy się na Krutyń dość przypadkowo. Nie przewidywaliśmy tego spływu, ale kiedy tylko dowiedzieliśmy się, że rzeka i możliwość powiosłowania jest tak blisko w zasięgu ręki, z radością skorzystaliśmy z oferty najbliższego przewoźnika.
Technicznie spływ kajakami Krutynią w roku 2016 wygląda to tak: dojeżdżasz samochodem na parking nad rzeką jednego z licznych przewoźników i tam go zostawiasz. Od siedzących pod parasolem młodych chłopaków wypożyczasz kajakew. wyposażeniem (poduszki, kapoki) i deklarujesz dokąd spływasz, a oni pobierają od Ciebie opłatę. Dostajesz wizytówkę z numerami telefonów, pod które masz zadzwonić, jak już spłyniesz. Po telefonie spory samochód na co najmniej 8-9 osób z przyczepką na kajaki pojawia się w ciągu 15 minut i odbiera Cię z miejsca końcowego oraz odwozi z powrotem na parking do Twojego samochodu. Proste? Jak najbardziej. Chłopcy nie marnują czasu. Nie widziałam tam nikogo starszego niż ok. 30 lat. A i młodsi mają tam wiele do roboty.

piątek, 19 sierpnia 2016

Tyralierą

Chodzą po sklepach czy chodnikach zawsze obok siebie. Ręka w rękę. Ramię w ramię. W sklepie pchają oprócz tego przed sobą wypchany wózek, często opierając się o niego całą siłą. I jedno umieją najlepiej: zapchać sobą absolutnie każdą alejkę, każde przejście!
Wczoraj w osiedlowym markecie idzie matka z wózkiem i całkiem sporą dziewczynką (ok. 7 lat) obok. Dziewczynka trzyma się wózka i idzie razem z matką kroczącą dumnie dokładnie centralnie środkiem alejki. No właśnie. Kroczącą, mającą mnóstwo czasu na wszystko, a szczególnie na rozglądanie się. I kompletnie mającą w tyle, którędy ominą ją idący za nią inni bywalcy sklepu.
Próbuję raz przejść z prawej - nie da rady, zostawiła może ze 20 cm. Aż taka chuda to nawet ja nie jestem...
Po lewej podczepiona do wózka ta mała, przyczepiona do wózka ręką, jakby nie mogła iść samodzielnie. Nie ma że powie małej: córcia, ludzie muszą przejść, choć tu do mnie, trzymaj się mnie bliżej. Nie. Bo przecież w sklepie jest tylko ona jedna. I nikt więcej.
No więc jeszcze raz próbuję, mówię przepraszam i wkładam delikatnie ramię pomiędzy dziewczynkę a niecałe 30 cm po lewej stronie alejki. W końcu trochę mi się spieszy. A zresztą nie mam obowiązku robić zakupów w tempie tej pani. Przechodzę jakoś wciągając wszystko z nosem włącznie. Za sobą słyszę gniewne fukanie i uwagę: proszę nie popychać mojego dziecka! No jasne. Stara zołza ze mnie.
*

czwartek, 11 sierpnia 2016

Zwiedzamy Wilczy Szaniec - Wolfsschanze

Hitler miał w czasie II wojny światowej kilka głównych kwater, rozsianych po Europie, jednak tę w Polsce, w Gierłoży niedaleko Kętrzyna (niem. Rastenburg), zwaną po niemiecku Wolfsschanze, po polsku Wilczy Szaniec, zajmował najdłużej. To właśnie tam miał też miejsce historyczny, bo jedyny zamach na Hitlera.
Budowana głównie jako punkt dowodzenia wysunięty najdalej na Wschód, Główna kwatera Hitlera Wolfsschanze była dla niego bardzo ważnym miejscem, które zaczęto budować w związku z atakiem Niemiec na Rosję w 1941 roku. Budową zajęła się organizacja Todt. Dla potrzeb oficjalnych przyjęto dla tej strategicznej kwatery nazwę "Chemische Werke Askania" [Chemiczne Zakłady Askania]. 
Przy jej budowie pracowało w sumie 20.000 ludzi, inżynierów i robotników budowlanych. Każdy z nich ze względów bezpieczeństwa miał prawo przebywać na placu budowy najdłużej trzy miesiące, żeby żaden nie zdawał sobie sprawy z całości przedsięwzięcia.
Do budowy lotniska i dróg dojazdowych do kwatery obok pracowników niemieckich brano również zwangsarbeiterów (robotników przymusowych) pochodzenia polskiego, norweskiego, francuskiego oraz ze związku radzieckiego.
Na terenie Wilczego Szańca znajdowało się w sumie 40 budynków mieszkalnych, o przeznaczeniu gospodarczym i biurowym, ponadto siedem masywnych ciężkich i 40 lekkich bunkrów ze stali zbrojonej. W sumie w latach 1940-1944 zbudowano ponad 100 różnych budynków. Sufity bunkrów były grubości sześciu do ośmiu metrów. Drugie tyle lub nawet do dziesięciu metrów sięgały w głąb fundamenty bunkrów.
Tak ważne strategicznie miejsce musiało być bardzo dobrze zabezpieczone i mało widoczne również z lotu ptaka. Zabezpieczone było zatem stalową siatką rozciągniętą ponad wszystkimi budynkami. Ponadto wokół kwatery rozciągał się zaminowany pas szerokości od 50 do 150 m oraz dodatkowo pas z drutu kolczastego długości w sumie 10 km.
Kwatera była dostępna drogą kolejową i lotniczą.

środa, 10 sierpnia 2016

Urlop aktywnie i na luzie

Nie będę udawać, że jestem jakimś sportowym guru, bo są inni, lepsi ode mnie. Taką aktywność, jak moją to oni wciągają nosem na śniadanie. Ale dla mnie jest to takie minimum aktywności, które sobie założyłam i które dobrze mi się łączy z odpoczynkiem.
Od pierwszego ranka, kiedy wstałam, widok kompletnie pustego jeziora i pomostów był dla mnie niczym magnes. Leżeć tak sobie na kocyku na takim pomoście i móc robić ćwiczenia z takim widokiem to już samo w sobie jest nagrodą za cały rok trudów w mieście!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Nareszcie szczypta wolności

W tym wpisie będzie mało gadania, za to dużo zdjęć. Czasem w życiu trzeba nie tylko zachwycać się pięknymi stronami życia, ale i jeść, i rachunki płacić. Tak więc jak to zwykle bywa najwięcej zleceń dostałam tuż przed wyjazdem na urlop. I oczywiście moja praca też przeciągnęła się na tyle, że tuż przed wyjazdem w niedzielę musiałam pracować do 22 wieczorem. 
Siłą rzeczy pakowanie nastąpiło rano w dniu wyjazdu, a przedtem oboje byliśmy tak zmęczeni (Mikael dotarł autobusem po męczącej podróży w sobotę o 6 rano), że musieliśmy się wyspać.
Dojazd na Mazury nie jest może zbyt skomplikowany, ale ostatnie 1,5 godziny to już była jazda po miejscowych wąskich szosach. Niektóre mijanki do tej pory wspominam z drżeniem w nogach i w sercu. Ale do celu. Na miejscu znaleźliśmy się po południu.
Dla obojga z nas był to pierwszy raz w gospodarstwie agroturystycznym.

piątek, 5 sierpnia 2016

Nie trzeba raka, szczęście jest blisko

Czy zauważyliście, że często wielką popularnością cieszą się ludzie bardzo chorzy, a raczej ich nagła przemiana do tego, żeby w chwili, kiedy dowiadują się, że nie wiadomo, ile im jeszcze zostało, zaczynają nagle czy wreszcie żyć pełną piersią, realizować pragnienia i spełniać marzenia.
Czy naprawdę trzeba dostać diagnozę raka, żeby poczuć, że żyje się tak intensywnie, że bardziej już nie będzie? I że nikt nie da ci w życiu więcej sekund, niż jest ci przeznaczone.
Często zresztą są to osoby, które i poprzednio żyły intensywnie, pełnią życia, ale z uwagi na to, że wydawało im się, że ciągle mają dużo czasu, nie zdobywały się na rzeczy nadzwyczajne. A tymczasem te nadzwyczajne rzeczy leżą w zasięgu ręki. I jak widać można je osiągnąć nawet z wyrokiem zapisanym na recepcie.

A tymczasem te nadzwyczajne rzeczy to mogą być też rzeczy całkiem zwyczajne, codzienne.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Moje inspiracje

Od dawna intensywnie szukam miejsc w sieci, których autorki autorzy świetnie się znają na rzeczy, czyli na tym, o czym piszą. Zgłębiają te swoje dziedziny, o których piszą, a potem opisują to w sposób przystępny na swoich blogach. To pierwsza porcja moich inspiracji.
Świadomie nie piszę tu na razie o książkach, bo w obecnych szybkich czasach ilość wiedzy i badań naukowych rośnie w takim tempie, że przeciętny człowiek nie jest w stanie nadążyć za rozwojem całej nauki.
Są jednak ludzie, którzy są pasjonatami pewnych dziedzin i oni je śledzą. Warto poczytać, co mają do powiedzenia na swoich miejscach w sieci.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Potrzebna mi zmiana czyli wpis niedokończony

Potrzebna mi zmiana.
Nie mam pojęcia, czy chodzi o kobiecą zmianę długości włosów. Czy może o zmianę ustawienia mebli w salonie. Ale stół przestawiałam już dwa razy w ubiegłym miesiącu, więc to chyba nie to.
Może bym tak jednak te włosy zapuściła... W międzyczasie (czyli konstruując pracowicie kolejne zdania w tłumaczeniu) zaglądam w przerwach do moich archiwalnych zdjęć.
Patrzę, jak mi było z długimi włosami.
Nieee, no jasne. Włosy! To o to chodzi!
Jak będą długie, to od razu się sobie bardziej spodobam.