poniedziałek, 17 lipca 2017

Własna droga to jest to

Witajcie Kochani,
bardzo się za Wami stęskniłam, więc postanowiłam po przerwie napisać choć słowo. Od około dwóch tygodni jestem mocno zajęta. 
Głównie pracuję zawodowo na cztery ręce, a nawet nogi. Jak ktoś nie wierzy, to proszę, oto dowody - rozmyte, bo takie tempo, że się tabelki zacierają!


czwartek, 6 lipca 2017

Uśmiech za uśmiech

Wyskoczyłam dziś rano po pieczywo do piekarni w pawilonach naprzeciwko naszej ulicy. Włosy jeszcze przed prysznicem upięłam klamrą wysoko, na nic innego nie wystarczyło mi czasu.
Co niezwykłe w kolejce przede mną zebrało się chyba ze 4 osoby, a i za mną za chwilę ustawiły się kolejne. Zwykle rano bywa tam pustawo.
Starsza pani przede mną zamawiała pieczywo i jakieś słodkie ciastko.
I wtedy w piekarni pojawił się On.
Sportowa, szczupła sylwetka. Kurtka w panterkę. Bystre oczy i szpakowate włosy zdradzały wiek koło 50-tki, ale też zdecydowanie radosne i pełne energii podejście do życia. Sprzedał mi szelmowski lekko nieśmiały uśmiech i zatrzymał się przed starszą panią, bo trudno byłoby mu się przecisnąć za mną na koniec kolejki, która zebrała się za mną od drugiej strony.
Starsza pani postanowiła jeszcze zamówić kartę do piekarni. Teraz karty dostaje się w każdym przybytku, chyba jeszcze tylko szalety miejskie nie dają kart, ale na pewno i to nadejdzie.
Kiedy wreszcie zakupy starszej pani zostały zrobione i zapłacone, a karta wydana, przyszła moja kolej.
Pomyślałam sobie, że czemu by nie zapytać Go stojącego nadal przede mną, czy czegoś nie potrzebuje. Widziałam, że zbiera wyliczoną liczbę euro.
Na moje pytanie uśmiechnął się jeszcze szerzej i podziękował oraz skwitował: przecież jeszcze nie moja kolej. Mam czas - dodał po chwili nieco zamyślony.
- No dobrze. Ale Pan się do mnie tak ładnie uśmiechnął, że musiałam zapytać. - Odpowiedziałam jak zaczarowana, po czym zrobiłam moje szybkie zakupy. 
Po odebraniu zakupów uśmiechnęłam się do niego, a on do mnie. Czasem tak bywa, że ktoś od razu zdobywa nas spojrzeniem i nie da się tej osoby tak łatwo wymazać z głowy.
Wychodząc obejrzałam się lekko, choć bez przesady.
Elektryczny wózek, na którym wjechał cicho acz energicznie, prawie z przytupem do piekarni, nadal stał przy początku kolejki a On czekał na swoją kolej.
Założę się, że oboje się uśmiechaliśmy i będziemy się uśmiechać w ciągu dzisiejszego dnia jeszcze niejeden raz.

wtorek, 4 lipca 2017

Walka o każdą piędź

To będzie wpis antymotywacyjny, bo czasem i mnie przerasta ten codzienny trud.
Tak w ogóle to ze mnie niespotykanie spokojny człowiek ... ale raczej w znaczeniu z filmu Barei pod tym samym tytułem. :)
Po latach zmagania z wolnym rynkiem i różnych innych przygodach, które kiedyś mogłyby posłużyć za kanwę dłuższej opowieści, dochodzę do wniosku, że i tak najtrudniejszą wojnę i codzienny bój każdy z nas toczy sam ze sobą. 
Albo walka o każdą piędź w rodzinie.
Codzienna wojna zaczyna się już rano, od wstania z łóżka. Czyli od podjęcia tej najważniejszej decyzji: wstać, czy nie wstać? Szczególnie kocham wtedy swoje łóżko, pościel i to ciepło pod kołdrą!
Najczęściej wewnętrzny bój wygrywa przeklinane głośno lub po cichu poczucie obowiązku. Szczególnie, jeśli poprzedni dzień był długi i męczący i nie poszliśmy spać z kurami.
A potem kolejne progi i przeszkody. 

środa, 21 czerwca 2017

W poszukiwaniu spokoju

Zbieram się do pisania już od jakiegoś czasu, ale po kolei rezygnuję z poszczególnych tematów. Powodem jest to, że są to tematy mnie drażniące, sprawy niezałatwione (nie z mojej winy) lub takie, które z czasem będą załatwione, ale na razie są to dla mnie tzw. męczydupy. Czyli męczą, siedzą mi na karku, ale załatwić ich od ręki nie mogę. 
W mediach ciągłe szaleństwo śmierci, zamachów i coraz więcej dyktatury zamiast mądrego rządzenia. Wymiera ściskana żelazną obręczą totalitarnych rządów tu i tam demokracja inteligencja.
Nie da się rozwiązać wszystkich problemów za jednym razem. Jednak trudno jest obserwować nadprodukcję ciągle nowych problemów z zapałem godnym lepszej sprawy. Pokoleń będzie potrzeba, żeby posprzątać ten bałagan, który teraz szaleje w moim kraju i na świecie.
I w ogóle nie wiem, w którą ten świat stronę zmierza.
Żeby całkiem nie zwariować staram się skupiać na własnym życiu i własnych sprawach. Bo paru mądrych ludzi powiedziało, żeby najlepiej zawsze zaczynać od siebie.
Staram się więc załatwiać choć jedną z tych męczących spraw dziennie, żeby w sumie wychodzić powoli na prostą.
A potem cieszę się z tych mniejszych i większych prywatnych osiągnięć i małych rzeczy, które mnie otaczają. Jak chociażby z tego, że do ogrodu codziennie kilkakrotnie wyciąga mnie Mozart. Wprawdzie akurat nie zawsze wtedy, kiedy mam czas, ale trzeba jej przyznać wysoką skuteczność.
Dalej szukam dla niej domu, bo ciągłe chodzenie z kotem na smyczy i ciągłe pilnowanie, żeby broń boże jakichkolwiek drzwi nie otworzyć często paraliżuje i determinuje w całości codzienne życie.
Dla tych, którzy nadal uważają, że mają prawo mi radzić powiem tylko tak. Jeśli masz dla mnie poradę, schowaj ją do kieszeni. Jeśli możesz pomóc i zapewnić mojemu kotu bezpieczny dom, to chętnie zrobię dam z siebie wszystko, żeby to wam ułatwić.
A jak nie, to zapraszam: idź wytłumacz temu kotu, całe życie wychodzącemu, że z tego domu do ogrodu już nie wyjdzie. Proszę bardzo, są chętni?
Bo mnie tłumaczyć ani wymyślać rozwiązań już nie trzeba. Potrzeba mi konkretnej pomocy, resztę darów, porad i ocen mojej osoby i mojego postępowania proszę zachować dla siebie.

środa, 14 czerwca 2017

Niezwykłe róże w naszym ogrodzie

W rogu naszego ogrodu mieszkają dwa krzewy różane. Oba kwitną jednocześnie, z tym że ten większy rodzi róże w dwóch różnych kolorach.
Zdjęcie powyżej wykonałam 11 czerwca, kiedy rozwinęło się już sporo róż. Z daleka niezbyt dobrze widać różnice w kolorach, część żółtości rozpływa się przy kontraście z ceglaną ścianą za krzewem.
Kiedy jednak podejść bliżej, zaczynamy to zauważać.
Większość róż jest biała, czyli tak zwana herbaciana. Ale część jest mocno żółta.

niedziela, 11 czerwca 2017

Ogród rekultywacja i bunt przeciw kociej jednowładzy

Jakie to miłe, kiedy mężczyzna dba o ogród, a ja mogę sobie tylko chodzić sobie tam i siam, robić zdjęcia i podziwiać. Albo usiąść na ławeczce czy przy stole z kawusią i napawać się zielenią, ćwierkoleniem ptaszków lub obserwowaniem kici.
Wczoraj rano Mikael nakupował kwiatów, żeby wymienić te, które już zaczęły wyrastać za mocno i przekwitać. I rozpoczął prace ogrodowe, które trwały do wieczora. 


wtorek, 6 czerwca 2017

Uciekająca panna młoda, wróć kicia - już nie taka młoda

Niestety kilka dni temu, a dokładnie 30 maja Mozart znów sobie rozwaliła bok. Uprzednio wyszła też sobie z domu na całą noc, zostawiając całego w nerwach Mikaela, który prawie przez całą noc nie spał, ciągle sprawdzał, czy jędza się pojawiła, czy nie. Pojawiła się. O 6 rano.
Na nasze usprawiedliwienie powiem, że trudno jest takiego samodzielnego wychodzącego z powrotem kota utrzymać latem w domu szczególnie, kiedy zaczynają się ciepłe wieczory i kot też chce z nami posiedzieć.
Dlatego i tego wieczoru Mikael wziął ją ze sobą na dwór i siedzieli prawie do 21. A potem kot się gdzieś zawieruszył i nie wrócił aż o 6 rano następnego dnia.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Wyraz ze słownika wyrazów obcych

Odpoczynek to chyba jednak u mnie wyraz ze słownika wyrazów obcych. Co sobie zaplanuję, że odpocznę, pojawia się na raz tyle pracy, jak i teraz podczas pobytu w stolicy. Zlecenie jedno za drugim. Niektóre muszę odrzucać, bo się nie wyrabiam. I pracuje mi się nadal jeszcze nie do końca w moim zwykłym tempie.
A to przecież nie wszystko. Jak zwykle podczas pobytu w Warszawie staram się załatwić maksymalnie jak najwięcej formalnych i firmowych spraw. Tym razem padło na przewiezienie wielkich gabarytów, jak już Wam pisałam przed wyjazdem. Nawoziłam się rzeczy, połaziłam z urządzającą się córcią po sklepach i marketach.
I tak jakoś patrząc na siebie z półobrotu w lustrze mimo tego całego zmęczenia niepostrzeżenie postanowiłam przejść na dietę. Dlaczego akurat teraz, jak to mawia mój znajomy: bo Ty iw nigdy nie możesz mieć za łatwo, taka karma. No widzicie, ja znów tylko o jedzeniu. A tu schudnąć do lata mi się już nie da, bo upały prosto z zimowych mrozów się zrobiły, kwiatki rozszalały się po ogródkach, a dziewczyny ma ulicach zrzuciły dużą część ciuszków.
Ja też bym moje ciuszki chętnie częściowo zrzuciła, ale po zrzuceniu okazało się, że mi niestety tak szybko zrzucanie sadełka nie idzie, które narosło podczas pocieszania się i zaniedbania się w chorobie.
A skoro choroba już mija, czucie w stopie wraca, to można przejść do realizacji kolejnych celów.
To już postanowione.

czwartek, 1 czerwca 2017

Dzień dziecka iw

Choć to może się wydawać niewyobrażalne, ale dawno, dawno temu i ja byłam dzieckiem.
Od małego mój Tata, Autor wszystkich zdjęć tutaj, miał talent do nadawania im pewnego dramatyzmu. Nie sądzę, żebym wtedy zdawała sobie sprawę, z jak niebezpiecznym narzędziem mnie fotografował. A może to miało być zapowiedzią mojego surowego charakteru. Tak czy inaczej częściowo mu się udało przewidzieć przyszłość.

poniedziałek, 29 maja 2017

Majster iw w akcji

Moje prawie 1000 km czyli wczorajszą trasę z Bremerhaven do Warszawy przejechałam w 11 godzin, a przejechałabym w 10 z dwiema dłuższymi przerwami, gdyby nie korki, szczególnie jeden. Niektórzy z Was chcieli wiedzieć, czy i tym razem jadę z koteczką. Na szczęście kotkowy ogon się zagoił, więc nie przewiduję teraz kolejnych wyjazdów, przynajmniej na razie.
Kicia najczęściej siedzi zadowolona w ogrodzie i napawa się wolnością odzyskaną po długich miesiącach zamknięcia.
Podróż była ogólnie fajna, odbyłam ją w dwóch długich etapach. Najpierw było niezbyt gorąco, więc jechało się bardzo dobrze, trochę korków spowodowanych robotami drogowymi, ale bez przesady. Tak oto przejechałam bardzo długi pierwszy odcinek, prawie do granicy Polski. Potem przystanek na drugie śniadanie, bo zaczęłam opadać z sił. Po dwóch godzinach zatrzymałam się na obiad, jak zwykle w Centrum Nevada. Lubię tamtejsze smaczne a niedrogie obiady, niewymuszoną atmosferę i sklep na tyłach, gdzie kupuję najczęściej to, czego zapomniałam zabrać ze sobą w podróż.
Zatankowana, najedzona i trochę wypoczęta ruszyłam w dalszą podróż. Podróż szła mi całkiem sprawnie, już nawet dzwoniłam do córki, że dojadę pewnie przed dziesiątą wieczorem. To był całkiem realny cel. Do przejechania zostało 27 km w ok. 24 minut. Aż tu nagle prawie pod Warszawą oba pasy ruchu stanęły albo posuwały się bardzo wolno.